
Siedemnastolatek przyprowadził dziewczynę najpierw do mnie: „przećwiczymy, babciu, zanim mama zrobi przesłuchanie". Ola zjadła racuchy, odpowiedziała na trzy pytania - żadnego o oceny. Przy pożegnaniu szepnął: „no i jak?". Powiedziałam prawdę: „patrzy na ciebie tak, jak ty na racuchy. Bierz".
To było w maju, w piątek, tuż po szesnastej. Pamiętam, bo akurat kończyłam prasować poszewki i zastanawiałam się, czy zdążę jeszcze podlać bratki na balkonie, zanim zacznie się „Klan". Kiedy zadzwonił domofon i usłyszałam głos Kubusia - „babciu, to ja, otwórz, ale szybko" - pomyślałam, że znów zapomniał ładowarki. Tymczasem w progu stanął mój wnuk, czerwony po czubki uszu, a za nim dziewczyna w kwiecistej sukience, z warkoczem przewieszonym przez ramię i oczami jak dwa kasztany.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Pradze-Południe. Odkąd Zbyszek umarł siedem lat temu, to mieszkanie stało się za duże i za ciche. Córka Renata - matka Kubusia - mieszka dwie przecznice dalej z mężem Dariuszem i młodszą córką Zosią. Kubuś wpada do mnie regularnie. Czasem po pieniądze na pizzę, czasem żeby odebrać pranie, a czasem - jak się okazało - żeby przeprowadzić generalną próbę przed premierą.
„Babciu, to jest Ola" - powiedział tym swoim poważnym głosem, którym mówi, kiedy chce udawać dorosłego. Ola podała mi rękę, mocno, pewnie, i powiedziała: „Dzień dobry, bardzo mi miło". Żadnego chichotania, żadnego patrzenia w podłogę. Spodobała mi się od razu, chociaż wiem, że pierwsze wrażenie to jeszcze nie całość człowieka.
„Siadajcie" - machnęłam ręką w stronę kuchni. - „Mam racuchy z jabłkami, jeszcze ciepłe."
Kubuś spojrzał na mnie z ulgą, jakbym właśnie rozbroiła bombę. Usiedli przy stole, a ja postawiłam talerz, posypałam cukrem pudrem, nalałam herbaty. Ola wzięła racucha, odgryzła kawałek i zamknęła oczy. „Pani Halino, to jest najlepsze, co jadłam w tym roku" - powiedziała. I jakoś jej uwierzyłam, bo ludzie, którzy kłamią, nie zamykają oczu przy jedzeniu.
Zapytałam ją o trzy rzeczy. Nie o oceny, nie o rodziców, nie o plany na przyszłość. Zapytałam, czy lubi czytać - powiedziała, że tak, głównie kryminały i reportaże. Zapytałam, czy ma rodzeństwo - powiedziała, że starszego brata, który studiuje w Gdańsku i dzwoni za rzadko. Zapytałam, skąd się znają z Kubusiem - powiedziała, że z kółka szachowego, i uśmiechnęła się w sposób, który mówił więcej niż cała odpowiedź.
Kubuś siedział cicho. Normalnie mój wnuk gada bez przerwy, jest jak radio, które nie ma guzika do ściszania. A tu milczał, patrzył na Olę i jadł racuchy jeden po drugim, mechanicznie, jakby zapomniał, że je. Widziałam, jak pod stołem ich kolana się dotykały i żadne z nich się nie odsuwało.
Przy pożegnaniu, kiedy Ola poszła do łazienki, Kubuś złapał mnie za rękaw i szepnął: „No i jak?". Jego oczy były takie, jakie miał Zbyszek, kiedy czterdzieści lat temu poprosił mnie o rękę. Pełne nadziei i strachu jednocześnie. Powiedziałam mu prawdę, bo na kłamstwo nie było mnie stać: „Patrzy na ciebie tak, jak ty na racuchy. Bierz".
Zaśmiał się, pierwszy raz od kiedy przyszedł. Pocałował mnie w policzek i wyszli. Przez okno widziałam, jak na dole bierze ją za rękę. Pewnym gestem, ale ostrożnym. Tak się bierze za rękę kogoś, kogo boimy się przestraszyć.
Problem zaczął się w poniedziałek.
Renata zadzwoniła o ósmej rano, co już samo w sobie było złym znakiem - normalnie dzwoni wieczorem, po serialu.
„Mamo, wiedziałaś?" - zaczęła bez przywitania.
„O czym?"
„O tej dziewczynie. Kubuś mi wczoraj powiedział przy kolacji. Że się spotykają od dwóch miesięcy. I że najpierw poszedł z nią do ciebie."
Cisza. Czułam w niej żal, który Renata nawet nie próbowała ukryć.
„Najpierw do ciebie, mamo. Nie do mnie. Do ciebie."
„Renatko, on się bał…"
„Czego się bał? Że go zabiję? Że zamknę w pokoju? Ja jestem jego matką, mamo. Jego matką."
Miała rację. I jednocześnie nie miała. Bo ja wiedziałam, dlaczego Kubuś przyszedł najpierw do mnie. Nie dlatego, że mnie kocha bardziej. Tylko dlatego, że Renata ma w sobie coś, co ja dawno straciłam albo nigdy nie miałam - potrzebę kontroli. Kiedy Kubuś był mały, Renata sprawdzała mu plecak przed szkołą. Kiedy miał dwanaście lat, czytała SMS-y. Kiedy miał piętnaście, znalazła w jego pokoju paczkę papierosów i urządziła przesłuchanie, które trwało dwie godziny. Kubuś nie zapalił od tamtej pory ani jednego papierosa, ale też nie powiedział matce ani jednej ważnej rzeczy.
Próbowałam to Renacie tłumaczyć. Delikatnie, jak się tłumaczy dorosłemu dziecku, którego nie chce się zranić.
„Może pomyśl o tym tak, że chciał, żeby było dobrze. Żebyś poznała Olę, kiedy on już będzie pewny."
„Pewny czego? Że ja go nie kocham?"
„Pewny, że Ola zda egzamin."
„Jaki egzamin, mamo?"
„Twój."
Renata się rozłączyła. Nie trzasnęła słuchawką, bo to komórka i nie ma czym trzaskać, ale cisza po jej stronie była jak trzaśnięte drzwi.
Przez następne dwa tygodnie Renata do mnie nie dzwoniła. Kubuś wpadł raz, po ładowarkę - tym razem naprawdę - i powiedział, że mama poznała Olę. „I jak było?" - zapytałam. Wzruszył ramionami. „Normalnie. Wypytała ją o wszystko. Oceny, rodzice, co chce studiować. Ola odpowiedziała na każde pytanie. Mama powiedziała, że miła dziewczyna." Ale sposób, w jaki to powiedział - monotonnym głosem, patrząc w podłogę - mówił mi, że „miła dziewczyna" w ustach Renaty brzmiało jak wyrok w zawieszeniu.
W sobotę poszłam do Renaty. Kupiłam po drodze sernik u Malinowskiej z Grochowskiej, ten, który Renata lubi, z rodzynkami i skórką pomarańczową. Otworzyła drzwi, postawiła wodę na herbatę, pokroiła sernik. Przez dwadzieścia minut rozmawiałyśmy o Zosi, o remoncie łazienki, o tym, że Dariusz znów pracuje w nadgodzinach. Wreszcie Renata usiadła naprzeciwko mnie, oparła brodę na dłoniach i powiedziała cicho:
„Mamo, dlaczego on ci ufa bardziej niż mnie?"
Miała przekrwione oczy. Nie od płaczu - od nieprzespanych nocy, w których przewracała to pytanie na wszystkie strony. Znałam ten rodzaj zmęczenia. Sama je przeżyłam, kiedy Renata miała osiemnaście lat i oznajmiła, że nie będzie zdawać na studia, bo chce pracować w kwiaciarni. Poszłam wtedy do mojej matki, nie do Zbyszka. I mama powiedziała: „Daj jej spokój, wyrośnie z tego albo nie wyrośnie, ale to jej życie". Renata wyrosła, zdała maturę poprawkową, skończyła rachunkowość. Ale do dziś nie wie, że to babcia Stasia ją wtedy obroniła przede mną.
Mogłam to Renacie powiedzieć. Mogłam powiedzieć, że historia się powtarza, że to nie jest o miłości większej czy mniejszej, że wnuki idą do babć, bo babcie nie muszą już wychowywać i mogą po prostu słuchać. Mogłam powiedzieć, że ona jest dobrą matką, tylko czasem za dużo chce wiedzieć.
Ale nie powiedziałam tego wszystkiego. Powiedziałam tylko:
„Bo ja nie zadaję pytań o oceny."
Renata patrzyła na mnie długo. Potem wstała, zabrała talerze do zlewu i odkręciła wodę. Stała tyłem, a ja nie wiedziałam, czy płacze, czy myje naczynia, czy jedno i drugie naraz.
Wyszłam po kilku minutach. Na klatce schodowej włączyło się światło z czujnikiem ruchu, takie białe, szpitalne. Stałam przez chwilę i zastanawiałam się, czy powiedziałam za mało, czy za dużo. I czy Renata kiedykolwiek zapyta Olę o to, co lubi czytać.