Syn zaprosił mnie na „rodzinny obiad z niespodzianką". Niespodzianką była sala w hotelu przy trasie, sto krzeseł i pan z mikrofonem od garnków za dziewięć tysięcy. „Ty tylko posiedź, mamo - za obecność seniora dają robot kuchenny." Siedziałam trzy godziny i klaskałam na znak - robot stoi u nich.
Kiedy wracałam autobusem do domu, przez całą drogę miałam przed oczami tę scenę: Darek stoi przy drzwiach sali konferencyjnej, trzyma mnie pod łokieć i prowadzi do stolika z uśmiechem, jakby naprawdę zapraszał na obiad. Obok siedziały inne starsze panie - z torebkami na kolanach, z serwetkami w dłoniach, z nadzieją w oczach. Każdą przyprowadził ktoś. Każda dostała obietnicę.
Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech jestem na emeryturze po trzydziestu latach pracy w księgowości spółdzielni mieszkaniowej w Poznaniu. Mieszkam sama na Ratajach, na trzecim piętrze, w tym samym bloku, w którym wychowałam dwóch synów. Darek, starszy, ma trzydzieści osiem lat. Młodszy, Piotrek, trzydzieści cztery. Obaj żonaci, obaj w Poznaniu, obaj - jak mi się wydawało - porządni.
Ale to Darek zadzwonił tamtego czwartku rano. Głos miał taki ciepły, jakiego nie słyszałam od miesięcy.
- Mamo, słuchaj, chcemy cię zabrać na obiad. Taki rodzinny. Z niespodzianką.
- Jaki obiad? Gdzie?
- No, taki fajny lokal przy trasie na Wronki. Kasia znalazła. Będzie jedzenie, będzie miło. Ubierz się ładnie.
Ubrałam się ładnie. Wyjęłam z szafy tę granatową bluzkę, którą kupił mi Piotrek na Dzień Matki dwa lata temu. Przypięłam broszkę po mamie. Nawet włosy ułożyłam u fryzjerki, bo akurat miałam wizytę u Ireny dzień wcześniej i poprosiłam o lakier. Czułam się zaproszona. Potrzebna. Darek po mnie przyjechał, Kasia siedziała z przodu i gadała o dzieciach. Wszystko wyglądało normalnie. Aż do momentu, kiedy zobaczyłam parking pełen samochodów i szyld „Hotel Relax - Sala Diamentowa".
- Darek, co to jest?
- Spokojnie, mamo. To taki pokaz, wiesz. Ale dają obiad. I za to, że przyjdziesz jako osoba starsza, dostajemy robot kuchenny. Taki porządny, za tysiąc dwieście. Ty tylko posiedź, poklaskaj, i jedziemy do domu.
Kasia nawet na mnie nie spojrzała. Patrzyła w telefon.
Powinnam była powiedzieć: nie. Powinnam była wysiadać. Ale pomyślałam - raz, że już tu jestem. Dwa, że Darek tak rzadko o cokolwiek prosi. Trzy, że może to naprawdę nic takiego, posiedzi się godzinkę, zje kanapkę, i koniec.
Godzinka zamieniła się w trzy godziny.
Pan z mikrofonem miał na sobie garnitur i chodził między stolikami jak konferansjer na weselu. Mówił o zdrowym gotowaniu, o jakości stali chirurgicznej, o tym, że normalna cena to dwanaście tysięcy, ale dzisiaj - dzisiaj, proszę państwa, tylko dzisiaj - za dziewięć. Pokazywał garnki, które lśniły pod halogenami jak relikwia. Asystentka kroiła marchewkę i wkładała do środka. Marchewka parowała. Ludzie klaskali.
Siedzące obok mnie kobiety klaskały, to i ja klaskałam. Kiedy nie klaskałam, pani w żakiecie podchodziła i pytała szeptem: „Wszystko w porządku? Może herbatkę?". Herbatka była z saszetki, obiad to trzy kanapki z żółtym serem i pomidor. Żaden rodzinny obiad. Żadna niespodzianka.
A potem zaczęło się coś gorszego. Pan z mikrofonem podchodził do starszych pań i pytał o zdrowie. O wnuki. O to, czy mają cukrzycę, nadciśnienie, bóle kolan. Jedna pani - musiała mieć ze siedemdziesiąt pięć lat - zaczęła opowiadać o swoim mężu, który umarł na raka żołądka. Pan z mikrofonem pokiwał głową ze smutkiem i powiedział, że w tych garnkach gotuje się bez tłuszczu, a to ratuje życie. Ta pani wyciągnęła portfel.
Odwróciłam głowę i szukałam wzrokiem Darka. Stał przy wejściu, rozmawiał z jednym z organizatorów. Śmiali się. Organizator poklepał go po ramieniu. Wiedziałam już, że ten robot kuchenny to nie jedyna „nagroda". Że Darek dostanie coś więcej za to, że mnie tu przyprowadził.
Kiedy w końcu wyszliśmy, było po czwartej. Robot kuchenny siedział w kartonowym pudełku w bagażniku. Biały, z logiem firmy, której nazwy nie pamiętam. Darek był zadowolony.
- No i co, mamo? Nie było tak źle, prawda?
Milczałam.
- Mamo, no co ci? Nic ci nie kazali kupić. Posiedziałaś, zjadłaś kanapkę, mamy robot. Wszyscy zadowoleni.
- Darek - powiedziałam - ta staruszka kupiła garnki za dziewięć tysięcy.
- No i co? To jej decyzja. Nikt jej nie zmuszał.
- A gdyby to ja kupiła?
Cisza. Kasia podniosła wzrok znad telefonu i po raz pierwszy spojrzała na mnie w lusterku. Darek odchrząknął.
- Mamo, ale nie kupiłaś. No właśnie. Bo jesteś mądra.
Nie byłam mądra. Byłam wykorzystana. Moja obecność - moje siwe włosy, moja broszka po mamie, moja granatowa bluzka na okazję - posłużyły za rekwizyt. „Osoba starsza" w regulaminie. Punkt na liście. Za obecność seniora dają robot kuchenny - to zdanie krążyło mi w głowie jak zacięta płyta.
Wieczorem zadzwonił Piotrek. Nie wiem, skąd wiedział - pewnie Kasia coś napisała na rodzinnej grupie.
- Mamo, słyszałem. Mam nadzieję, że nic nie podpisałaś.
- Nic nie podpisałam.
- Dobrze. Bo wiesz, Darek ostatnio - znaczy, on chyba w to wszedł głębiej, niż myślimy. Nie tylko garnki. Odkurzacze, materace, oczyszczacze powietrza. Zbiera punkty za przyprowadzonych ludzi. Dostaje prowizję.
Usiadłam na łóżku i przez chwilę nie mogłam złapać oddechu. Mój syn. Mój pierworodny. Prowizja za matkę.
Przez następne dni nie odbierałam od Darka telefonu. Za trzecim razem napisał SMS: „Mamo, przesadzasz. To był obiad. Co ty z tego robisz?" Za piątym razem Kasia napisała: „Proszę Pani, Darek jest bardzo zdenerwowany, może porozmawiamy jak dorośli?" Jak dorośli. Jakbym to ja zachowała się dziecinnie.
W niedzielę poszłam na mszę do kościoła na Rynku Łazarskim, jak co tydzień. Po mszy stałam przed kościołem i piłam kawę z automatu. Podeszła Halina, sąsiadka z piątego piętra, i powiedziała:
- Krystyna, a mnie to wnuczka chciała zabrać na taki pokaz garnków. Ale ja powiedziałam: a idźcie. Nie dam się wozić jak eksponat.
Uśmiechnęłam się i nic nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że ja się dałam?
Robot kuchenny stoi u Darka w kuchni, na blacie obok tostera. Widziałam go, kiedy wpadłam po zamrażarkę z porzeczkami na szarlotkę - weszłam, wzięłam i wyszłam, pięć minut. Darek próbował mnie zatrzymać na herbatę. Powiedziałam, że się spieszę.
Nie spieszyłam się nigdzie.
Piotrek mówi, żebym dała spokój, bo Darek „sam zrozumie". Może zrozumie. Ale ja ciągle widzę tę staruszkę z portfelem i pana w garniturze, który mówi jej, że gotowanie bez tłuszczu ratuje życie. I mojego syna przy drzwiach, klepiącego się po ramieniu z organizatorem. I siebie - w granatowej bluzce, z broszką po mamie, klaskającą na znak.
Czasem myślę, że powinnam z nim porozmawiać. Usiąść, powiedzieć wszystko. Że mnie to zabolało. Że nie chodzi o te trzy godziny, tylko o to, czym dla niego jestem.
A potem myślę: a jeśli on mi odpowie szczerze?