Biblioteka ruszyła z akcją „Żywa Książka": zamiast tomu wypożycza się człowieka i godzinę rozmowy. Zgłosiłam się jako tytuł: „Aniela, 78 lat - powódź, bloki, cztery pokolenia". W pierwszą sobotę wypożyczono mnie pięć razy. Najdłużej - młody chłopak, który „nie ma już babć". Oddał mnie po terminie. Kar nie naliczam.

Pani z biblioteki - Marzena, drobna kobieta w okularach na łańcuszku - zadzwoniła do mnie w środę, tydzień przed akcją. Powiedziała, że szukają „żywych książek" z doświadczeniem życiowym. Że ludzie mogą się zapisać i wypożyczyć nie tom, a człowieka na godzinę rozmowy. Zapytała, czy chciałabym się zgłosić. Że mam „interesującą historię".

- Skąd pani wie, jaką mam historię? - zapytałam, bo byłam akurat w trakcie obierania ziemniaków na kopytka i miałam mokre ręce.

- Pani Anielo, pani przychodzi do nas od trzydziestu lat. Rozmawiamy. Ja pamiętam - powiedziała Marzena.

I to mnie jakoś chwyciło za gardło. Że ktoś pamięta. Bo wiecie, jak się ma siedemdziesiąt osiem lat i mieszka się samemu na trzecim piętrze w bloku na wrocławskim Kozanowie, to człowiek zaczyna mieć wrażenie, że jest przezroczysty. Że przechodzi przez życie, a ono go nie rejestruje. Córka Teresa dzwoni w niedzielę, wnuczka Patrycja pisze SMS-a na imieniny, prawnuk Adaś machał do mnie ostatnio przez telefon - ale to wszystko trwa po kilka minut. Jakby mój czas był już niczyj. Jakby nie warto było go zajmować.

Zgodziłam się tego samego wieczoru. Wymyśliłam tytuł przy herbacie z cytryną, z kocem na nogach. „Aniela, 78 lat - powódź, bloki, cztery pokolenia". Brzmiało jak z okładki książki, którą sama bym wzięła z półki.

W sobotę rano ubrałam się jak na Dzień Matki - jasna bluzka w drobne kwiaty, fioletowy sweterek zapinany na guziki, kolczyki po mamie. Marzena posadziła mnie przy stoliku w czytelni, dała kubek z herbatą i karteczkę z moim „tytułem". Obok, przy innych stolikach, siedzieli inni: pan Bogdan, siedemdziesiąt lat, były górnik - tytuł „Pięćset metrów pod ziemią"; Kasia, trzydzieści pięć lat - „Adopcja: jak zostałam mamą nie swojego dziecka"; chłopak z brodą, dwadzieścia parę lat - „Wróciłem z Holandii i nie wiem, po co".

Pierwsza mnie wypożyczyła starsza pani, Jadwiga, która sama przeżyła powódź tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego siódmego roku, tyle że w Kłodzku. Gadałyśmy jak dwie kumoszki przy płocie. Ona straciła dobytek, ja straciłam dobytek. Ona dostała nowy piec od gminy, ja dostałam łóżko polowe od wojska. Śmiałyśmy się, choć nie było z czego - ale to jest takie nasze, polskie. Śmiejemy się, żeby nie wyć.

Potem przyszła młoda kobieta z niemowlakiem w chuście. Pytała o to, jak wychowywałam dzieci w bloku, bez internetu, bez zmywarki, bez poradników. Opowiedziałam jej o Teresie, która się rodziła w szpitalu przy Kamieńskiego, a Zbyszek - mój mąż, elektryk, dobry człowiek, choć niewylewny - chodził pod oknami z papierosem i czekał. Opowiedziałam, jak prałam pieluchy na tarce, jak robiłam obiad z niczego i jak Teresa pierwszego dnia szkoły płakała tak strasznie, że pani woźna musiała mnie wpuścić z powrotem. Ta młoda kobieta miała łzy w oczach. Powiedziała: „Pani Anielo, ja się boję, że sobie nie poradzę". Pogłaskałam ją po ręce i powiedziałam to, co moja matka mówiła mnie: „Dziecko, jak się boisz, to znaczy, że ci zależy. Z tego się nie wyrasta".

Trzecia osoba - mężczyzna koło pięćdziesiątki, Dariusz, spawacz. Chciał wiedzieć o blokach, o osiedlu, o tym, jak to jest mieszkać w jednym miejscu czterdzieści lat. Opowiedziałam mu o tym, jak się wprowadzaliśmy na Kozanów w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku. Jak Zbyszek niosł meblościankę z kolegą po schodach i zaklinowali się na drugim półpiętrze. Jak sąsiadka z dołu, pani Wiesława, przyniosła nam kompot wiśniowy pierwszego dnia i powiedziała: „Tu się żyje głośno, ale uczciwie". Dariusz słuchał i kiwał głową. Na koniec powiedział: „Moja mama mieszkała w takim bloku. Sprzedałem to mieszkanie po jej śmierci. Chyba za szybko".

Czwarta i piąta osoba zlały mi się trochę. Studentka pisząca pracę o pamięci zbiorowej. Pani z urzędu, która „przyszła z ciekawości". Byłam już zmęczona, ale trzymałam się. Herbata stygła, głos mi siadał.

A potem, tuż przed zamknięciem, przyszedł on.

Może dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata. Bluza z kapturem, plecak, buty sportowe. Usiadł naprzeciwko mnie i przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Patrzył na karteczkę z moim tytułem. Marzena zajrzała, czy wszystko w porządku. Skinęłam głową.

- Ja nie miałem babć - powiedział w końcu. - Jedna umarła, jak miałem pięć lat. Drugiej nigdy nie poznałem, bo ojciec się z nią pokłócił, zanim się urodziłem.

- A tata? - zapytałam.

- Tata nie żyje. Dwa lata temu. Rak.

Nie powiedziałam „współczuję", bo to słowo jest za małe. Nalałam mu herbaty z termosu, który przyniosłam z domu, i powiedziałam: „To opowiedz mi o nim".

I opowiedział. Że ojciec nazywał się Grzegorz, był kierowcą TIR-a, jeździł po całej Europie. Że przywoził czekoladki z Belgii i małe buteleczki szamponu z hoteli. Że nigdy nie mówił „kocham cię", ale zawsze sprawdzał, czy syn zamknął drzwi na klucz. Że na pogrzebie było jedenaście osób i chłopak nie wiedział, co powiedzieć, więc nie powiedział nic.

Godzina minęła i Marzena podeszła delikatnie, żeby nas uprzedzić. Chłopak - nie podał mi imienia i nie pytałam - spojrzał na mnie i powiedział:

- Mogę jeszcze chwilę?

Marzena spojrzała na mnie. Skinęłam głową.

Został jeszcze czterdzieści minut. Opowiedziałam mu o Zbyszku, który umarł dwanaście lat temu na zawał, cicho, we śnie, jakby nie chciał robić zamieszania nawet własną śmiercią. O tym, jak przez rok po jego odejściu nie mogłam zasnąć po prawej stronie łóżka, bo lewa była jego i wydawało mi się, że ją zajmuję bezprawnie. O Teresie, która pomagała, jak umiała, ale miała własne życie, własne problemy, własne rachunki. O prawnuku Adasiu, który ma trzy lata i mówi do mnie „baba Niela" i to jest najpiękniejsze zdanie, jakie ktoś do mnie kiedykolwiek powiedział.

Chłopak słuchał tak, jak się słucha muzyki - całym sobą.

Kiedy wstał, żeby iść, powiedział cicho:

- Przepraszam, że przetrzymałem.

- Kar nie naliczam - odpowiedziałam.

Uśmiechnął się. Pierwszy raz. I wyszedł.

W domu siedziałam długo w kuchni przy zgaszonym świetle. Kopytka z obiadu stały nietknięte na talerzu. Myślałam o tym chłopaku. O tym, że w całym Wrocławiu nie miał nikogo, kto by go posłuchał tak, jak słucha babcia - bez oceniania, bez radzenia, bez patrzenia na zegarek. I o tym, że ja też nie miałam nikogo, kto by mnie potrzebował w ten sposób - nie z obowiązku, nie z przyzwyczajenia, ale dlatego, że akurat tego dnia potrzebował żywego człowieka, a nie książki.

Teresa zadzwoniła w niedzielę. Opowiedziałam jej o akcji. Milczała przez chwilę, a potem powiedziała:

- Mamo, ale ty się nie przemęczaj. Masz swoje lata.

Nie odpowiedziałam od razu. Bo chciałam powiedzieć: „Córeczko, ja się dzisiaj pierwszy raz od lat nie czułam stara". Ale nie powiedziałam. Nie chciałam, żeby pomyślała, że to wyrzut.

Marzena dzwoniła w poniedziałek. Że akcja będzie co miesiąc. Że mogę się zgłosić znowu. Że tamten chłopak pytał, czy może mnie „wypożyczyć" następnym razem.

Powiedziałam, że muszę się zastanowić. I naprawdę się zastanawiam. Bo jest w tym coś, czego nie umiem nazwać - coś między radością a strachem. Radość, że jeszcze jestem komuś potrzebna. I strach, że jeśli znowu usiądę naprzeciwko tego chłopaka, to się przywiążę. A ja już wiem, jak smakuje tracenie ludzi, do których się człowiek przywiązał.

Termos jest umyty i stoi na półce. Fioletowy sweterek wisi w szafie, gotowy.

Jeszcze nie wiem, czy pójdę.