Dzieci zgłosiły mnie do programu „Seniorze, nie jesteś sam" - przyszła ankieterka. Po godzinie i szarlotce wyszło, że mam łańcuszek, klub, Renię i brydża: „panią to my byśmy chętnie zatrudnili". Zatrudnili: odwiedzam pana Mariana z Polnej, co środę. Dzieci dumne: „nasza mama wolontariuszką!". Ich zgłoszenie. Mój wniosek.

Ale zacznę od początku. Od tego, jak Agnieszka zadzwoniła w niedzielę rano. Niedzielę, a nie sobotę, bo w sobotę miałam brydża u Reni i córka doskonale o tym wiedziała.

Zawsze dzwoniła w niedzielę o dziesiątej, jakby miała budzik ustawiony na „sprawdzić mamę".

- Mamo, a co dzisiaj robisz? - zaczęła takim tonem, jakby dopiero co zjadła cytrynę i próbowała się uśmiechnąć.

- Idę na spacer z Krysią, potem klub seniora, potem Renia mnie ciągnie na wystawę ceramiki w ratuszu. A co?

Cisza. Długa cisza. A potem:

- Nic, nic. Po prostu pytam.

To „nic, nic" powinno mnie było zaniepokoić. Agnieszka nigdy nie pytała o nic. Agnieszka zawsze pytała o coś.

Ale miałam sześćdziesiąt cztery lata, dwadzieścia lat na emeryturze nauczycielskiej, dwoje dorosłych dzieci i absolutną pewność, że znam swoje życie lepiej niż ktokolwiek. Więc wzruszyłam ramionami i poszłam na spacer z Krysią.

Dwa tygodnie później zadzwonił domofon. Otworzyłam, bo akurat czekałam na listonosza - Bogdan miał przynieść paczkę z księgarni. Ale to nie był Bogdan. Na progu stanęła dziewczyna, może trzydziestoletnia, w granatowym polarze z naszywką fundacji i z teczką w ręku.

- Dzień dobry, pani Halina Wójcik? Jestem z programu „Seniorze, nie jesteś sam". Pani rodzina zgłosiła pani udział.

Stanęłam w drzwiach mojego mieszkania na Winogradach w Poznaniu - trzecie piętro, blok z lat osiemdziesiątych, ale po remoncie, porządny - i poczułam coś dziwnego. Nie złość. Nie jeszcze. Raczej zdumienie, takie jak wtedy, gdy ktoś ci mówi, że pada deszcz, a ty stoisz w słońcu.

- Rodzina? Która rodzina?

- Córka, Agnieszka Wójcik-Nowak, i syn, Tomasz Wójcik. Zgłoszenie wspólne.

Tomek. Mój syn. Który dzwoni raz w miesiącu, mówi „cześć mamo, co słychać, u mnie dobrze, buziaki" i odkłada słuchawkę, zanim zdążę powiedzieć, że sernik mi wyszedł. Ten Tomek zgłosił mnie do programu dla samotnych seniorów.

Zaprosiłam dziewczynę - Patrycja miała na imię - do środka, bo tak mnie wychowano: kto przyszedł, ten gość. Postawiłam herbatę, wyjęłam szarlotkę - piekłam rano, bo Renia miała przyjść wieczorem na karty. Patrycja usiadła przy stole, otworzyła teczkę, zaczęła zadawać pytania. Standardowa ankieta: czy mieszkam sama, czy mam kontakt z rodziną, czy wychodzę z domu, czy mam przyjaciół, czy potrzebuję pomocy w codziennych czynnościach.

Odpowiadałam cierpliwie. Tak, mieszkam sama od śmierci Zbyszka - czternaście lat temu, rak płuc, nie palił nawet, taki los. Kontakt z rodziną? Agnieszka dzwoni co niedzielę, Tomek raz w miesiącu. Wnuki? Troje, widuję je na Wigilię i w wakacje, bo Agnieszka mieszka we Wrocławiu, a Tomek w Warszawie. Czy wychodzę? Patrycja, kochana, ja ledwo zdążam wrócić do domu.

I zaczęłam wymieniać. Klub seniora w poniedziałki i czwartki. Brydż u Reni we wtorki i soboty. Spacery z Krysią - codziennie, bo Krysia ma psa i ten pies potrzebuje towarzystwa, a ja potrzebuję ruchu. Chór parafialny w piątki. Łańcuszek modlitewny - raz w tygodniu spotkanie, resztę przez telefon. Wystawy w ratuszu. Kino seniorów co dwa tygodnie. Biblioteka.

Patrycja odłożyła długopis. Spojrzała na mnie ponad krawędzią swoich okularów.

- Pani Halino, ja mam na liście osiemnaście osób do odwiedzenia w tym tygodniu. Przy żadnej nie jadłam szarlotki. I żadna nie ma takiego kalendarza jak pani.

Milczałam.

- Panią to my byśmy chętnie zatrudnili - powiedziała i się uśmiechnęła.

Nie wiem, co mnie bardziej uderzyło - to zdanie czy to, co za nim stało. Bo skoro mnie mogliby zatrudnić, to znaczy, że ktoś inny, ktoś naprawdę samotny, mógłby mnie potrzebować. A moje dzieci, które ten program znalazły - one nie widziały mojego łańcuszka, Reni, brydża i chóru. One widziały matkę, sześćdziesiąt cztery lata, sama w bloku na Winogradach. I to im wystarczyło, żeby postawić diagnozę.

Zadzwoniłam do Agnieszki tego samego wieczoru.

- Była u mnie ankieterka z fundacji.

- O, i jak? Miła? Pomogą ci?

- Agnieszka, ja nie potrzebuję pomocy.

- Mamo, nie złość się. Z Tomkiem się martwiliśmy. Sama w tym mieszkaniu, tata nie żyje tyle lat...

- Sama? Ja mam więcej znajomych niż ty, córeczko.

Pauza. A potem Agnieszka powiedziała coś, co mnie zatrzymało w pół kroku między kuchnią a salonem.

- Wiem, mamo. Właśnie dlatego się martwimy. Bo ty nie potrzebujesz nas, a my... my nie wiemy, jak z tym żyć.

Usiadłam na krześle. Szarlotka na blacie stygła. I nagle zobaczyłam tę sytuację z drugiej strony. Dzieci, które dzwonią w niedzielę i słyszą „nie mogę gadać, idę do Reni". Wnuki, które przyjeżdżają na Wigilię i babcia mówi, że w Sylwestra jedzie z Krysią do sanatorium. Syn, który proponuje wspólne wakacje, a matka już ma zaplanowany wyjazd z chórem nad Bałtyk.

Czy to możliwe, że moje dzieci zgłosiły mnie do programu nie dlatego, że bały się mojej samotności - ale dlatego, że bały się swojej?

Nie spałam pół nocy. Rano zadzwoniłam do Patrycji. Powiedziałam, że chcę zostać wolontariuszką. Że jeśli komuś mogę pomóc, to chętnie. Patrycja się ucieszyła. Przeszłam krótkie szkolenie - dwa sobotnie spotkania w siedzibie fundacji. I dostałam swojego pierwszego podopiecznego.

Pan Marian z ulicy Polnej. Siedemdziesiąt osiem lat, wdowiec, dwoje dzieci za granicą - córka w Irlandii, syn w Niemczech. Emerytowany kolejarz. Mieszka sam w kawalerce na parterze, wychodzi tylko do sklepu po chleb i kefir. Odwiedzam go co środę o czternastej.

Pan Marian jest naprawdę samotny. Nie tak jak ja - nie na pokaz, nie w statystyce. Naprawdę. Kiedy przychodzę, on ma przygotowane dwie filiżanki, ciastka z Biedronki i pytania. Zawsze pytania. Jak tam chór? Co nowego w klubie? Co Renia? Czy Krysia dalej ma tego psa, co ciągnął na smyczy? Słucha mojego życia jak radia - uważnie, z przyjemnością, komentując.

A ja słucham jego. O żonie Teresie, która kochała lilie i sadziła je na działce, zanim działkę sprzedali, bo Teresa zachorowała i nie miał kto podlewać. O synu, który dzwoni w Boże Narodzenie i na urodziny, ale nigdy nie pyta, co słychać - mówi, że drogo. O córce, która przysyła zdjęcia wnuków, których pan Marian widział trzy razy w życiu.

Wracam od niego i myślę o Agnieszce. O Tomku. O tym, że dzwonią. Że się martwią. Że zgłosili mnie do tego programu - nieporadnie, niezręcznie, może nawet trochę protekcjonalnie. Ale dzwonią.

Zadzwoniłam do Tomka we wtorek. Nie w niedzielę - we wtorek, bez planu, bez okazji.

- Tomek, a wpadnij w weekend. Z dziećmi. Upiekę sernik.

Cisza. Potem:

- Mamo? Wszystko w porządku?

- Wszystko w porządku. Po prostu wpadnij.

Przyjechał. Z żoną i dwójką maluchów. Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy sernik, dzieci biegały po mieszkaniu, a Tomek patrzył na mnie tak, jakby mnie widział pierwszy raz od lat. Może widział. Może ja też go widziałam pierwszy raz - nie jako dziecko, które się oddaliło, ale jako dorosłego mężczyznę, który nie umie powiedzieć matce, że za nią tęskni.

Teraz mam środy u pana Mariana, niedzielne telefony od Agnieszki i serniki dla Tomka, kiedy wpadnie. Dzieci mówią znajomym: „nasza mama wolontariuszką, wyobrażacie sobie?". Są dumne. A ja się zastanawiam, czy to zgłoszenie do programu nie było ich sposobem na powiedzenie tego, czego nigdy nie powiedzieli wprost.

Pan Marian zapytał mnie ostatnio, czy moje dzieci często dzwonią. Powiedziałam, że tak. Uśmiechnął się i pokiwał głową. A potem dodał cicho:

- To niech pani im odbiera, pani Halino. Zawsze niech pani odbiera.

Wracałam do domu pieszo, choć padał drobny deszcz. Myślałam o Reni, o brydżu, o chórze, o Krystynie z psem. O tym pełnym, kolorowym życiu, które sobie zbudowałam. I o dwojgu dorosłych ludzi, którzy zgłosili mnie jako osobę samotną - bo tak się przy mnie czuli.