Konsultant dzwonił trzeci raz: „odwrócona hipoteka, pani mieszkanie może na panią pracować". Zapytałam wprost, skąd mają numer. „Z formularza kontaktowego - zgłoszenie wypełnił syn." Przy obiedzie syn wzruszył ramionami: „spokojnie, mamo, tylko sprawdzałem opcje".
Opcje. To słowo zostało mi w głowie na całą noc. Leżałam w ciemności, słuchając, jak za oknem przejeżdża ostatni tramwaj linii siedemnastej - ten dźwięk znam od trzydziestu ośmiu lat, odkąd z Henrykiem wprowadziliśmy się do tego mieszkania na Ochocie.
Trzy pokoje, czterdzieści siedem metrów, czwarte piętro bez windy. Meblościanka w salonie, którą Henryk składał trzy dni, bo instrukcja była po niemiecku. Tapeta w kuchni, którą wybrałam na bazarze na Wolumenie w dziewięćdziesiątym trzecim. Opcje.
Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem wdową. Henryk odszedł nagle - tętniak, w nocy, nawet nie zdążył powiedzieć, że go coś boli. Zostałam z tym mieszkaniem, emeryturą tysiąc dziewięćset złotych netto i synem Darkiem, który - jak mi się wydawało - miał swoje życie poukładane na tyle dobrze, żeby nie interesować się wartością rynkową mieszkania matki.
Darek ma czterdzieści lat. Skończył politechnikę, pracuje jako elektryk w firmie instalacyjnej we Wrocławiu. Ożenił się z Renatą osiem lat temu. Mają syna Kubusia, który w tym roku idzie do szkoły. Dzwonią do mnie w niedziele, czasem w środy. Przyjeżdżają na Wigilię, na Wielkanoc i na moją operację kolana - wtedy Renata ugotowała rosół i zostawiła w słoikach w lodówce na cały tydzień. Normalna rodzina. Kochająca. Przynajmniej tak myślałam do tego trzeciego telefonu z firmy finansowej.
Następnego dnia po obiedzie, kiedy Darek wrócił do siebie do Wrocławia, zadzwoniłam do tej firmy. Poprosiłam o szczegóły zgłoszenia. Konsultantka - inna niż poprzednio, młoda, grzeczna - powiedziała, że syn podał moje imię, nazwisko, adres, numer telefonu, a w formularzu zaznaczył opcję „mieszkanie własnościowe, osoba samotna, wiek 60+". Podziękowałam i rozłączyłam się. Ręce mi drżały, ale nie z gniewu. Z czegoś gorszego - z tego uczucia, kiedy zaczynasz rozumieć coś, czego nie chcesz rozumieć.
Wieczorem zadzwoniłam do Bożeny, mojej siostry, która mieszka w Ursusie. Bożena jest ode mnie starsza o pięć lat i ma ten rodzaj mądrości, który bierze się z tego, że sama przeszła przez rozwód, raka i wychowała trójkę dzieci bez alimentów.
- Krysia, nie panikuj - powiedziała spokojnie. - Może naprawdę tylko sprawdzał. Młodzi teraz tak robią, wszystko googlują.
- Bożena, on podał moje dane. Mój PESEL. Skąd go miał? Z portfela, jak byłam u niego na Wielkanoc?
Cisza. Potem Bożena westchnęła.
- A z Renatą rozmawiałaś?
- Nie. I nie zamierzam.
Bo widzicie, z Renatą mam relację uprzejmą, ale cienką jak papier. Ona pochodzi z rodziny, która liczy pieniądze. Nie mówię tego ze złośliwości - sama liczyłam każdą złotówkę przez większość życia. Ale Renata liczy cudze. Na komunii Kubusia, gdy dałam wnukowi kopertę z pięciuset złotymi - odłożonymi z emerytury przez trzy miesiące - widziałam, jak zerka na grubość koperty. Nic nie powiedziała. Ale zerknęła.
Przez tydzień nie dzwoniłam do Darka. On zadzwonił w niedzielę, jak zawsze.
- Cześć, mamo, co u ciebie?
- Dobrze. A u was?
- Normalnie. Kubuś się przeziębił, ale już lepiej. Słuchaj, mamo, chciałem pogadać o jednej rzeczy.
Serce mi stanęło. Ale głos miałam spokojny.
- Słucham.
- No bo wiesz, myśleliśmy z Renatą, że może byś tak do nas przyjechała na dłużej? Mamy ten pokój gościnny, Kubuś by się cieszył. A ty tam sama w tym mieszkaniu, czwarte piętro, kolano ci daje po schodach…
Zamknęłam oczy. Otworzyłam je. Za oknem kwitła lipa, ta sama, pod którą Henryk palił papierosy po nocnej zmianie w zajezdni tramwajowej.
- Darek - powiedziałam - czy ty chcesz, żebym sprzedała mieszkanie?
Znowu cisza. Inna niż u Bożeny. Gęstsza.
- Mamo, no nie o to chodzi. Ale jakbyś je wynajęła, albo ta odwrócona hipoteka, to byłyby dodatkowe pieniądze, a ty byś miała opiekę, Kubuś babcię na co dzień…
- Kto wpadł na ten pomysł? Ty czy Renata?
- Mamo, proszę cię. Razem. Martwimy się o ciebie.
Martwią się. Czterdzieści siedem metrów na Ochocie, pięć minut od metra, w cenach rynkowych - sprawdziłam następnego dnia - warte jakieś pięćset pięćdziesiąt, sześćset tysięcy złotych. Emerytka na czwartym piętrze bez windy, z chorym kolanem, sama. Martwią się.
Pojechałam do Bożeny. Siedziałyśmy w jej kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną i jedłyśmy sernik z blaszki - taki sam, jaki robiła nasza mama.
- Może naprawdę się martwi - powiedziała Bożena, ale bez przekonania.
- Bożena, on wypełnił formularz za moimi plecami. Podał mój PESEL. Gdyby się martwił, to by usiadł przy tym stole, nalał mi herbaty i powiedział: mamo, pogadajmy o przyszłości.
Siostra pokiwała głową. Odstawiła kubek.
- Wiesz co, Krysia? Ja ci powiem jedno. Jak mój Tomek miał kłopoty z firmą, to pierwsza rzecz, o której pomyślał, to moje mieszkanie. Nie ze złości. Z paniki. Mają kredyt?
Nie wiedziałam. Nigdy nie pytałam. Ale kiedy o tym pomyślałam, przypomniało mi się, że Renata wspominała coś o remoncie łazienki, o tym, że Kubuś powinien mieć osobny pokój, że metraż im nie wystarcza. A Darek od roku nie mówił o urlopie. Ani razu.
Zadzwoniłam do syna we wtorek wieczorem.
- Darek, powiedz mi prawdę. Macie problemy finansowe?
Usłyszałam, jak wstaje od stołu, wychodzi z pokoju, zamyka drzwi.
- Mamo, nie chciałem cię martwić. Mamy zaległości w kredycie. Trzy raty. Renata straciła pracę w lutym, do teraz nie znalazła.
Odłożyłam słuchawkę dopiero po czterdziestu minutach. Darek płakał. Ja nie płakałam. Siedziałam w kuchni, patrzyłam na tapetę z Wolumenu i myślałam o Henryku. O tym, jak mawiał: „ten dach nad głową, Krysia, to jedyna pewna rzecz, którą mamy".
Minął miesiąc. Konsultant z firmy finansowej nie zadzwonił więcej - poprosiłam, żeby usunęli moje dane. Darek dzwoni częściej, w poniedziałki i czwartki, oprócz niedziel. O odwróconej hipotece nie wspomniał ani razu. O przyjeździe do Wrocławia - dwa razy.
Poszłam do prawnika, bo Bożena mnie namówiła. Prawniczka, młoda dziewczyna, pani Agnieszka, wyjaśniła mi, co to jest odwrócona hipoteka, co to jest dożywocie, co to jest darowizna z służebnością. Słuchałam uważnie. Podziękowałam. Zapłaciłam dwieście złotych za konsultację.
I nic nie zrobiłam.
Bo widzicie, ja wiem, że Darek ma kłopoty. Wiem, że to mieszkanie jest warte więcej niż wszystko, co zarobię do końca życia. Wiem, że mój wnuk potrzebuje osobnego pokoju. Wiem, że czwarte piętro bez windy z moim kolanem to coraz trudniejsza sprawa. Ale wiem też, że Darek nie usiadł ze mną przy stole i nie powiedział: „mamo, potrzebuję pomocy". Zamiast tego wypełnił formularz.
Wczoraj wieczorem wyjęłam z szuflady kopertę, którą Henryk trzymał za meblościanką - tę z aktem notarialnym na mieszkanie. Położyłam ją na stole w kuchni. Stoi tam do teraz, między cukiernicą a solniczką. Czasem na nią patrzę.
Nie wiem jeszcze, co z nią zrobię.