Pomagałam im pakować dom przed przeprowadzką. W worku z napisem „makulatura" leżały moje listy do syna - pisane na studia, co tydzień, przez wszystkie jego lata w Krakowie. „Kto by to trzymał, mamo, wszystko jest w telefonach." Worek pojechał ze mną. Osiemdziesiąt listów przeczytam sobie sama.

Postawiłam ten worek w przedpokoju i nie ruszałam go przez trzy dni. Cuchnął trochę wilgocią, trochę kurzem - zapach piwnic i starych szuflad. Mijałam go rano w kapciach po drodze do kuchni, mijałam wieczorem, wracając z łazienki. Za każdym razem serce robiło coś dziwnego - jakby przyspieszało i zwalniało jednocześnie. Dopiero w czwartek, kiedy Henryk pojechał na działkę ROD podlewać pomidory, usiadłam przy stole, rozwiązałam worek i wyciągnęłam pierwszą kopertę.

Rączka. Poznałam ją od razu - swoje własne pismo sprzed dwudziestu lat, równiejsze niż teraz, z charakterystycznymi pętelkami na literze „d". Koperta z nadrukiem „Poczta Polska", znaczek z Janem Pawłem II. Nadawca: Halina Majchrzak, ul. Reymonta 14/3, Wrocław. Odbiorca: Grzegorz Majchrzak, akademik „Żaczek", al. 3 Maja 5, Kraków.

Grześ wyjechał na studia w 2001 roku. Miał dziewiętnaście lat i wielkie plany - architektura na Politechnice Krakowskiej. Ja miałam czterdzieści jeden lat, pracowałam w księgowości spółdzielni mieszkaniowej i pierwszy raz w życiu miałam pusty pokój w mieszkaniu. Ten pokój był gorszy niż jakikolwiek ból, jaki znałam wcześniej. Więc zaczęłam pisać.

Co niedzielę, po obiedzie. Henryk kładł się na kanapie z „Faktem", a ja siadałam w kuchni i pisałam do syna. Nie SMS-y - bo telefon komórkowy Grześ dostał dopiero na trzecim roku i i tak pisanie na tych malutkich klawiaturach wyglądało jak tortura. Pisałam listy. Na papierze w linie, wyrwanym z zeszytu w kratkę, bo linie pomagały mi trzymać pismo prosto.

Pisałam o wszystkim. Że pani Krysia z drugiego piętra znowu wieszała pranie na balkonie i kapało na nasze okna. Że ojciec naprawił kran w łazience, ale teraz cieknie pod zlewem w kuchni. Że babcia Zosia dzwoniła i pytała, czy Grzesiek je wystarczająco, bo ona słyszała, że w Krakowie drogie obiady. Że sernik w tym roku wyszedł lepiej, bo Lucyna z pracy dała mi przepis ze skórką pomarańczową. Że tęsknię. Że jestem dumna. Że niech uważa na siebie na tych krakowskich ulicach.

Grześ odpowiadał. Rzadziej, krócej - ale odpowiadał. Kartki pocztowe z widokiem Wawelu, czasem pół strony wyrwanej z notesu. „Mamo, jest dobrze, nie martw się. Zdałem materiały budowlane. Całuję. G." Te jego listy trzymałam w pudełku po czekoladkach Wedla na górnej półce szafy. Sprawdziłam następnego dnia - pudełko nadal tam stoi. Nie wyrzuciłam ani jednej kartki.

A on wyrzucił osiemdziesiąt moich.

Nie od razu, rozumiem to. Nie złośliwie. Pewnie leżały gdzieś w szafie, potem w kartonie po przeprowadzce do pierwszego mieszkania z Agnieszką, potem do drugiego, większego, kiedy urodził się Kubuś. Karton jechał za nimi jak niechciany pasażer. Aż do teraz - kiedy kupili dom pod Wrocławiem i wreszcie ktoś ten karton otworzył.

I ktoś zdecydował: makulatura.

Nie wiem, czy to był Grześ, czy Agnieszka. Nie zapytałam. Może nie chcę wiedzieć. Stałam wtedy w ich salonie, owijałam kieliszki w gazetę, i zobaczyłam kątem oka ten czarny worek. Coś mnie tknęło. Zajrzałam.

- Mamo, co robisz? - Grześ wszedł z kolejnym kartonem. Zobaczył, że trzymam swoją kopertę.

- To moje listy - powiedziałam. Głos mi nie drżał, bo jeszcze nie dotarło.

- A, te? Mamo, no kto by to trzymał. Wszystko jest w telefonach teraz. Jak chcesz, to weź sobie, ale to naprawdę stare rzeczy.

Stare rzeczy. Powiedział to lekko, z uśmiechem nawet - jakby mówił o zużytych butach albo zepsutym odkurzaczu. Agnieszka stała w drzwiach i patrzyła na mnie z tym swoim przepraszającym wyrazem twarzy, który miała zawsze, kiedy Grześ powiedział coś nie tak. Ale nic nie powiedziała.

Zawiązałam worek, zaniosłam do samochodu. Grześ pomógł mi go włożyć do bagażnika. Przez całą drogę do domu - czterdzieści minut, bo korki na obwodnicy - nie włączyłam radia. Jechałam w ciszy i myślałam o tym, jak w 2003 roku pisałam do niego list numer dwadzieścia siedem, bo pamiętam - numerowałam je na kopercie. Pisałam go w nocy, po dyżurze w pracy, bo Henryk właśnie dostał wynik biopsji i czekaliśmy na diagnozę. Napisałam wtedy: „Synku, tata ma badania, ale nie martw się, wszystko pewnie będzie dobrze. Najważniejsze, żebyś Ty miał głowę spokojną przed sesją." Nie napisałam, że płakałam przez całą noc. Że ręce mi się trzęsły tak, że ledwo trafiałam w linijki.

Ten list leżał w worku z napisem „makulatura".

Teraz siedzę przy kuchennym stole i czytam je po kolei. Jestem przy liście numer trzynaście - luty 2002. Piszę w nim o mrozie, o tym, że rury na klatce schodowej zamarzły, że sąsiad z czwartego piętra poślizgnął się na lodzie i złamał rękę. I na końcu, dopisane ciasno na marginesie: „Grzesiu, widziałam wczoraj w telewizji Kraków i myślałam, że może w tej chwili idziesz tą samą ulicą. Śmieszna jestem, co?"

Nie byłam śmieszna. Byłam matką, która tęskniła za dzieckiem.

Henryk wrócił z działki z reklamówką ogórków.

- Co to? - Stanął w drzwiach kuchni, patrząc na stół zasypany kopertami.

- Moje listy do Grzesia. Były w worku na makulaturę.

Henryk postawił ogórki na blacie. Usiadł naprzeciwko. Wziął jedną kopertę, obrócił w palcach. Nie otworzył.

- I co teraz? - zapytał cicho.

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Mogłam zadzwonić do Grzesia, powiedzieć mu, co czuję. Mogłam zrobić mu wyrzuty - ale za co właściwie? Za to, że jest dorosłym mężczyzną, który nie przywiązuje się do papierowych kartek? Za to, że żyje teraz, a nie przeszłością? A może miał rację - może to naprawdę były tylko stare rzeczy?

Ale moje ręce, które pisały te listy, pamiętały każde słowo. Pamiętały niedzielne popołudnia, zapach kawy, dźwięk długopisu na papierze. Każda koperta to była godzina mojego życia. Osiemdziesiąt godzin. Dwa pełne tygodnie robocze, jeśli ktoś lubi tak liczyć.

Wzięłam telefon i napisałam do syna SMS-a: „Dojechałam do domu. Worek zabrałam." Grześ odpisał po minucie: „Ok mamo 👍 Dzięki za pomoc przy pakowaniu!" I emotikon z buziakiem.

Emotikon. Zamiast listu - emotikon.

Schowałam telefon. Podniosłam kolejną kopertę - numer czternaście, marzec 2002. Henryk nadal siedział naprzeciwko i patrzył na mnie bez słowa. Wiedziałam, że nie powie „zadzwoń do niego" ani „odpuść". Henryk od trzydziestu pięciu lat wiedział, kiedy milczeć.

Wieczorem włożyłam wszystkie listy do pudełka po czekoladkach Wedla - tego samego, w którym trzymałam kartki od Grzesia. Zmieściły się, choć ciasno. Postawiłam pudełko na górnej półce szafy. Pomyślałam, że kiedyś, za dwadzieścia lat, ktoś będzie pakował moje mieszkanie. Może Grześ. Może Kubuś. Znajdą pudełko. I znowu będą musieli zdecydować, co z nim zrobić.

Nie wiem, co wybiorą. Ale wiem, że listy tam będą czekać.