Coś osobistego

Od stycznia obowiązuje „harmonogram kontaktów z wnukami": pierwsza sobota kwartału, dwie godziny - „żeby się dzieci za bardzo nie przyzwyczajały". Osiem godzin rocznie, policzyłam. Odpisałam jednym zdaniem: „przyzwyczajenie do babci nie jest chorobą". Na

Córka po jednym spotkaniu orzekła, że „ta cała Irena to zły wpływ": za głośna, za dużo się śmieje, „ciąga cię po kabaretach". Odpowiedziałam spokojnie: „w moim wieku zły wpływ to komplement". W piątek jedziemy z Ireną na kabaret do Rybnika. Bilety kupił

Spytałam mamę - dziewięćdziesiąt sześć lat - jak przeżyć wszystko i nie zgorzknieć. Milczała długo, po swojemu. „Kochaj. Rób swoje. Wybaczaj". Policzyłam: trzy słowa, mamo, a mówiłaś o czterech. „Czwarte przyjdzie samo, jak będziesz miała komu

Wnuk zdał prawko i wozi mnie sam z siebie: do lekarza, na działkę, raz nad zalew. W niedzielę przez uchylone drzwi usłyszałam, jak córka mówi mu w kuchni: „tylko nie daj się babci wykorzystywać". Jemu. O mnie. Tankuję mu zawsze do pełna.

Kiedy zięć złamał nogę, awansowałam na „mamusię kochaną" - trzy miesiące obiadów, dowozów i odbierania Julki ze szkoły. Gips zdjęli w piątek. Ostatni telefon od nich mam z czwartku.

Opłaciłam wnuczce pół wesela - salę i orkiestrę, z lokaty po Stefanie. Przy podziękowaniach młodzi wyczytali rodziców obu stron, chrzestnych, kucharki. Wodzireja pożegnali z imienia i nazwiska. Mój stolik był przy wyjściu na taras.

Wnuk ze studiów przywozi mi co niedzielę torbę prania. Córka prycha: „wykorzystuje cię, odeślij go do pralni". A my przy tym praniu siedzimy dwie godziny - o dziewczynie, o strachach, o wszystkim. Proszek kupuję ten droższy - niech przywozi.

Z synową od piętnastu lat była między nami grzeczność i nic więcej. Przy chorym Franiu siedziałyśmy tydzień na zmianę: ona dnie, ja noce. Przy którejś kawie z automatu powiedziała pierwszy raz: „Jadziu, idź się przespij, ja czuwam". Franio wyzdrowiał, a

Z siostrą pojechałyśmy autobusem do wsi, gdzie stał nasz rodzinny dom. Domu nie ma - jest sklep spożywczy. Ale studnia jest, lipa jest, i bocianie gniazdo na słupie jest. Piłyśmy wodę z pompy, śmiejąc się i płacząc na zmianę. Sześćdziesiąt lat od

Na imieniny przyjechał kurier: bukiet, balonik i wydrukowana kartka „Sto lat, Mamo! W biegu, ale myślami z Tobą". Pomógł mi znaleźć wazon i zjadł kawałek szarlotki przy stole. Jedyny gość w te imieniny.

Wnuczka ma mój klucz - „podleję kwiatki", kiedy jestem na działce. Sąsiad z dołu zapytał, czy wynajmuję komuś na piątki, bo „młodzież się bawi do rana". W kredensie brakuje czterech kieliszków po babci. Kwiatki, owszem, podlane.

Wykupiłam z lokaty tydzień w Kołobrzegu, pokój dwuosobowy. Jadę z Krysią z drugiego piętra - od dwóch zim nosi mi zakupy i o nic nie pyta. Córka spytała tylko, czemu „marnuję pieniądze na obcych". Obca nosiła. Swoja pytała.

U córki na lodówce wisiała kartka „Mama - opcje". Trzy punkty: „u Marka od września", „ośrodek - ile?", „zostaje sama plus pani z opieki". Przy trzecim dopisano ołówkiem: „najtaniej".

Czterdzieści lat to ja jeździłam do wszystkich - z torbami, z przesiadką, w upał. W środę powiedziałam synowi: „teraz wasza kolej, swoje przejeździłam". W słuchawce zrobiło się cicho. W niedzielę stali w drzwiach z szarlotką - pierwszy raz bez okazji.

Córka orzekła, że „za dużo siedzę w telefonie" - chór, Lodzia, szachy z panem z Osaki, wnuki na ramce. Zarządziła „detoks: tydzień bez smartfona, dla zdrowia". Oddałam telefon w poniedziałek. We wtorek nie mogła się dodzwonić i przyjechała w panice przez

Na osiemnastkę opłaciłam wnukowi kurs prawa jazdy - dwa i pół tysiąca z lokaty, w kopercie, dyskretnie. Przy torcie zięć ogłosił: „no i rodzice ci kurs załatwili, doceniaj". Wnuk znalazł mnie wzrokiem przez stół. Puściłam oko.

W grudniu przyszedł SMS z pomyłki: „Mamo, odbierz proszę Antka o 15". Odpisałam, że to pomyłka - i powodzenia z Antkiem. Słowo za słowem: Karolina, trzydzieści lat, dwa bloki dalej, sama z małym. Antka odbieram teraz we wtorki. Naprawdę.

W środy czytam na głos w hospicjum - pan Henryk wybrał Sienkiewicza. Dzieci kręcą nosem, że „to przygnębiające, mamo, znajdź coś weselszego". W piątek pan Henryk powiedział, że czytam, „jakbym wierzyła, że zdąży do końca tomu". Zdążył - zaczynamy „Potop".

Wnuczka z chłopakiem mieszkają u mnie „chwilowo, bo kaucje straszne" - od maja. Wczoraj chłopak poprosił, żebym dawała znać, zanim wejdę do kuchni, „bo ma calle o różnych porach". Do własnej kuchni. Daję znać.

Przy mnie rozmawiają głośno i o wszystkim - „mama i tak nie słyszy". Aparat, który kupiła mi wnuczka, działa lepiej, niż im powiedziałam. Wiem o kredycie, o Grecji na wrzesień i o „wkładzie z mieszkania mamy". Słucham dalej.