
Dzieci naciskały, żebym sprzedała mieszkanie i przeprowadziła się „do nich, do pokoju na dole". Zamiast tego wynajęłam pokój studentce z akademii muzycznej. Rano gra mi na skrzypcach i pyta, czy dobrze spałam - pierwszy raz ktoś pyta.
Ale zacznę od początku. Od telefonu, który zadzwonił w środku października, kiedy kroiłam jabłka na szarlotkę. Wyświetliło się „Magda". Córka dzwoniła rzadko, więc odebrałam od razu, z nożem w jednej ręce i mokrymi palcami.
- Mamo, musimy porozmawiać. My z Darkiem i Piotrek z Kasią - wszyscy uważamy, że to bez sensu, żebyś siedziała sama w tym mieszkaniu. Trzy pokoje na jedną osobę? Po co ci to?
Odłożyłam nóż. Jabłko pociemniało na desce, bo zapomniałam je skropić cytryną. Patrzyłam na nie i myślałam, że Magda użyła słowa „siedziała". Jakbym była psem na łańcuchu.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata, od trzech jestem wdową i od trzydziestu ośmiu lat mieszkam w tym samym bloku na Ochocie. Trzecie piętro, balkon na południowy zachód, widok na kasztanowce. Zbyszek umarł na raka trzustki - szybko, w cztery miesiące. Po pogrzebie dzieci dały mi pół roku, a potem zaczęły te rozmowy.
Piotrek - młodszy, inżynier w firmie budowlanej pod Krakowem - miał dom z poddaszem i wolny pokój na parterze, taki z osobnym wejściem od ogrodu. Mówił, że zrobiłby mi łazienkę, że miałabym spokój, że wnuki byłyby blisko. Magda z kolei mieszkała w Warszawie, ale na Białołęce, daleko od moich znajomych, od mojej przychodni, od cmentarza, na który chodziłam we wtorki podlewać bratki na grobie Zbyszka.
- Mamo, pomyśl logicznie - powtarzała Magda. - Rachunki za takie mieszkanie, czynsz, ogrzewanie. A jakbyś sprzedała, tobyś miała ze czterdzieści procent na koncie i spokojne życie.
Logicznie. Lubię to słowo w ustach dzieci, które do trzydziestki pożyczały ode mnie na rachunki.
Nie byłam na nie zła. Naprawdę nie. Widziałam, że się martwią, ale martwią się po swojemu - tak, jak im wygodnie. Pokój na dole u Piotrka to znaczy: mama pod ręką, mama posiedzi z wnukami, mama ugotuje rosół, a wieczorem mama grzecznie zamknie drzwi i nie będzie przeszkadzać. Znałam ten scenariusz, bo widziałam go u koleżanki Danuty. Danuta sprzedała swoje M3, przeniosła się do syna na Dolny Śląsk i po roku mówiła mi przez telefon szeptem, bo synowa się denerwowała, jak rozmawiała za głośno.
W listopadzie pojechałam do Piotrka na Wszystkich Świętych - tam jest grób teściowej, którą zawsze lubiłam. Widziałam ten pokój. Ładny, jasny, z oknem na ogród. Na łóżku leżała już nowa pościel. Piotrek pokazywał mi, gdzie będzie półka na książki, gdzie wieszak. Kasia uśmiechała się ciepło, ale tym uśmiechem gospodyni, która wie, że będzie musiała gotować dla jednej osoby więcej.
- Tato by chciał, żebyś nie była sama - powiedział Piotrek wieczorem przy herbacie.
Nie odpowiedziałam, bo mnie to zabolało. Zbyszek akurat nigdy by czegoś takiego nie powiedział. Zbyszek powiedziałby: „Haluś, rób jak czujesz".
Wróciłam do Warszawy i dwa tygodnie chodziłam po mieszkaniu jak po muzeum. Dotykałam framug, które Zbyszek malował co trzy lata. Stałam na balkonie i patrzyłam na kasztanowce, które pamiętam jako sadzonki. Otwierałam szafę i wdychałam resztkę zapachu jego kurtki, tej zielonej, w którą się wtulałam, kiedy zasypiał na kanapie przy Teleexpressie.
I wtedy - nie wiem, skąd ten pomysł, może z artykułu w gazecie, może z rozmowy z sąsiadką Krysią z piątego piętra - wpadłam na to, żeby wynająć pokój. Nie pierwszy lepszy, nie przez biuro. Poszłam do akademii muzycznej na Okólnik i zostawiłam ogłoszenie na tablicy: „Pokój w cichym mieszkaniu na Ochocie, blisko tramwaju, dla spokojnej osoby. Niewysoki czynsz w zamian za dobrą energię".
Magda powiedziała, że zwariowałam. Użyła dokładnie tego słowa.
- Wpuścisz sobie obcą osobę do domu? Mamo, ty masz sześćdziesiąt cztery lata, a nie dwadzieścia!
- Właśnie dlatego - odpowiedziałam.
Zgłosiło się kilka osób. Wybrałam Olę. Dwadzieścia dwa lata, drugoroczniak na wydziale instrumentalnym, skrzypce. Drobna, ciemnowłosa, z Lublina. Przyjechała z walizką, futterałem i torbą pełną książek. Powiedziała „dzień dobry" w progu i od razu zdjęła buty, nie pytając. To mnie przekonało ostatecznie.
Pierwsze dni były dziwne. Nie przyzwyczajona do dźwięków w domu - bo Zbyszek pod koniec był cichy jak cień - nagle słyszałam muzykę. Ola ćwiczyła w swoim pokoju, z zamkniętymi drzwiami, ale skrzypce przechodzą przez ściany jak woda przez piasek. Bacha, Wieniawskiego, rzeczy, których nie znam. Siedziałam w kuchni z herbatą i płakałam, ale to nie był zły płacz. To był taki, jakby ktoś otworzył okno, które długo było zamknięte na głucho.
Ola jest nieśmiała. Pierwszego tygodnia prawie nie wychodziła ze swojego pokoju. Ale ja zostawiałam na stole talerz z sernikiem, a rano talerz był pusty i leżała przy nim karteczka: „Pani Halino, sernik był genialny. Dziękuję!". Potem zaczęłyśmy rozmawiać - przy kolacji, bo obie jadamy późno. Opowiadała mi o Lublinie, o ojcu, który jest mechanikiem i który jej powiedział, że z muzyki nie wyżyje, a potem ukradkiem płacił za jej stancję. Opowiadałam jej o Zbyszku, o dzieciach, o tym, jak to jest mieć trzydzieści osiem lat w jednym miejscu i słyszeć, że pora się wynieść.
Piotrek przyjechał w grudniu, przed Wigilią. Chciał zobaczyć, „co to za jedna". Siedział w kuchni, pił kawę, a Ola akurat wróciła z zajęć i powiedziała mu „dzień dobry" tym swoim cichym głosem. Piotrek później na klatce schodowej szepnął mi:
- Mamo, ona cię wykorzystuje. Mieszka za grosze, a ty gotujesz jej obiady.
- Ja gotuję jej obiady, bo lubię gotować i bo wreszcie ktoś je moje obiady - odpowiedziałam.
Zamknął usta, ale widziałam, że jest zły. Tego samego wieczoru Magda zadzwoniła i powiedziała, że powinnam „przynajmniej skonsultować się z prawnikiem", bo Ola może mnie „owinąć sobie wokół palca" i wyłudzić mieszkanie. Roześmiałam się. Pierwszy raz od śmierci Zbyszka roześmiałam się tak głośno, że aż Ola wyjrzała z pokoju.
Jest marzec. Ola gra mi rano Schuberta, bo wie, że lubię. Pyta, czy dobrze spałam. Robi mi herbatę z cytryną, bo zauważyła, że tak piję. Opowiada o chłopaku, który jej się podoba, a ja słucham i myślę, że ostatni raz ktoś mi opowiadał o zakochaniu trzydzieści lat temu, gdy Magda przyniosła do domu Darka.
Dzieci dzwonią rzadziej. Piotrek jest obrażony, Magda - urażona, co w jej przypadku oznacza krótkie SMS-y zamiast telefonów. „Mamo, jak tam zdrowie?" - bez znaku zapytania na końcu, jakby nawet interpunkcja ją męczyła.
Czasem w nocy leżę i myślę, czy postąpiłam dobrze. Ola wyprowadzi się za rok, za dwa - skończy studia, znajdzie kogoś, zacznie swoje życie. I zostanę sama. Znowu. A wtedy może już nie będzie pokoju na dole u Piotrka. Może to okno się zamknie.
Ale potem przychodzi rano. Słyszę skrzypce za ścianą. Wstaję, nastawiam czajnik. Ola wychodzi z pokoju, z rozczochranymi włosami, z kalafonią na palcach, i pyta: „Pani Halino, dobrze pani spała?".
I ja nie wiem, co odpowiedzieć, bo od trzech lat nikt mnie o to nie pytał. Ale mówię: „Dobrze, córeczko". I dopiero potem myślę, że powiedziałam „córeczko" - do obcej dziewczyny z Lublina, która nie jest moją córką. A moje córki i synowie nie pytają.
Może tak wygląda rodzina, której nie planowałeś. A może tak wygląda ucieczka od rodziny, którą masz. Sama już nie wiem.