W tym roku odprowadziłam już trzy koleżanki. Gdy powiedziałam córce o piątkowym pogrzebie Irenki, westchnęła: „mamo, ty ostatnio żyjesz od pogrzebu do pogrzebu, znajdź sobie coś weselszego". Z Irenką siedziałyśmy w jednej ławce od pierwszej klasy. Pięćdziesiąt osiem lat.

Odłożyłam telefon i zostałam z tym zdaniem w kuchni, przy niedopitej herbacie, która zdążyła wystygnąć. Coś weselszego. Jakby pogrzeb to był mój wybór. Jakby chodziło o hobby, które można zmienić na nordic walking albo ceramikę.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt pięć lat i od trzech jestem na emeryturze. Całe życie przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Mąż Tadeusz odszedł siedem lat temu - nie od żony, od życia. Zawał w warsztacie samochodowym, między podnośnikiem a skrzynką z narzędziami. Córka Magda mieszka w Krakowie z mężem i dwójką dzieci. Syn Piotrek jest w Irlandii, dzwoni co drugą niedzielę, czasem co trzecią.

Po pogrzebie Tadeusza jakoś się pozbierałam. Ludzie mówili, że jestem dzielna. Nie byłam dzielna - byłam odrętwiona, a potem po prostu przyzwyczajona. Do pustego mieszkania, do ciszy, do tego, że nikt nie zostawia brudnych kubków na blacie. Ale koleżanki zostały. Irenka, Hania, Lucyna, Marzena. Znałyśmy się od podstawówki na Targowej, potem los nas rozsypał po różnych dzielnicach, ale co miesiąc spotykałyśmy się w Café Południe na Saskiej Kępie. Cztery kawy, jedno ciasto dzielone na pół, dwie godziny gadania o niczym i o wszystkim.

W styczniu odeszła Lucyna. Trzustka. Dowiedziała się w październiku, w styczniu już jej nie było. Na pogrzebie Hania trzymała mnie za rękę i szeptała: „Bożenka, my się musimy pilnować". W marcu sama trafiła do szpitala. Udar. Przeżyła, ale nie mówi, nie chodzi. Odwiedzam ją w ośrodku rehabilitacyjnym na Żoliborzu - patrzy na mnie i coś próbuje powiedzieć oczami, ale nie wiem co. Marzena pojechała na pogrzeb Lucyny i powiedziała mi potem, że nie da rady na kolejny. Że ją to wykańcza. Zamknęła się w domu, nie odbiera telefonów. A teraz Irenka.

Irenka umarła we wtorek wieczorem, cicho, we śnie. Jej syn Grzegorz zadzwonił do mnie w środę rano. „Pani Bożeno, mama odeszła. Była spokojna". Podziękowałam, jakbym potwierdzała odbiór paczki. Dopiero potem, gdy poszłam do łazienki i zobaczyłam się w lustrze - zmęczona twarz, popielate włosy ściągnięte w kucyk - dopiero wtedy zaczęłam płakać. Bo zobaczyłam, że z nas czterech zostałam sama. Hania jest, ale jej nie ma. Marzena nie chce rozmawiać. A Irenka leży teraz w zakładzie pogrzebowym na Grochowskiej, w tym samym, w którym leżał Tadeusz.

Do Magdy zadzwoniłam wieczorem. Chciałam jej po prostu powiedzieć, bo komu innemu miałam powiedzieć? Grzegorzowi? Sąsiadce z trzeciego piętra, z którą zamieniamy po dwa słowa przy windzie?

„Mamo, ty ostatnio żyjesz od pogrzebu do pogrzebu, znajdź sobie coś weselszego".

Nie powiedziałam nic. Przełknęłam to jak suchy chleb i zmieniłam temat na wnuki. Bartek dostał szóstkę z matmy, Zosia zaczęła balet. Magda się ożywiła, mówiła szybko, śmiała się. Ja słuchałam i kiwałam głową, chociaż nie mogła mnie widzieć.

Po rozmowie usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam robić to, co robiłam najlepiej przez czterdzieści lat pracy - liczyć. Styczeń - pogrzeb Lucyny. Marzec - udar Hani. Maj - pogrzeb Irenki. Trzy koleżanki w pięć miesięcy. Zostałam z albumem ze zdjęciami z komunii, na którym stoimy we czwórkę w białych sukienkach pod kościołem na Kamionku. Irenka ma przekrzywioną kokardę. Lucyna szczerzy się tak, że widać brak jedynki. Hania trzyma lalkę, bo nie chciała jej zostawić. A ja stoję między nimi - chudziutka, poważna, z rękami złożonymi jak do modlitwy.

Piątek przyszedł szybko. Ubrałam się w ten sam czarny kostium, co na pogrzeb Lucyny, co na pogrzeb Tadeusza. Kupiłam białe tulipany, bo Irenka nie znosiła róż. „Róże to jest takie oczywiste" - mawiała, a potem zamawiała herbatę z malinami, bo kawa podnosi ciśnienie.

W kościele było może trzydzieści osób. Grzegorz z żoną, dwaj wnukowie Irenki w za dużych garniturach, sąsiedzi z bloku, kilka koleżanek z dawnej pracy w bibliotece. Ksiądz mówił ogólnikowo, jak to zwykle na pogrzebach ludzi, których nie znał. Że dobra matka, że wierna żona, że Pan powołał do siebie. Irenka by się śmiała. Mąż ją zostawił po dwudziestu latach dla młodszej kasjerki z Biedronki, a ona powiedziała wtedy: „niech mu będzie, ja przynajmniej będę miała ciszę na czytanie". I miała.

Na cmentarzu stałam sama przy grobie, gdy inni już się rozchodzili. Ziemia była wilgotna po porannym deszczu, pachniało bzu i mokrą trawą. Patrzyłam na ten świeży kopczyk i myślałam o tym, co powiedziała Magda. Że żyję od pogrzebu do pogrzebu.

A może miała rację?

Może z zewnątrz tak to właśnie wygląda. Emerytowana księgowa z Pragi, która chodzi po pogrzebach jak na targ, z przyzwyczajenia, z braku innego zajęcia. Może Magda widzi kobietę, która nie umie się cieszyć, która zamiast przyjechać do Krakowa pobawić się z wnukami, dzwoni z kolejnym nekrologiem.

Ale Magda nie wie, jak smakuje herbata z Irenką o czwartej po południu w Café Południe, gdy za oknem pada deszcz i żadna z nas nie musi nigdzie iść. Magda nie pamięta, jak Lucyna przyniosła mi garnek rosołu dzień po pogrzebie Tadeusza i powiedziała: „jedz, Bożena, bo jak nie zjesz, to ja tu będę siedzieć do północy". Magda nie widzi Hani, która leży teraz na szpitalnym łóżku i mruga do mnie, bo nic innego nie może.

Pięćdziesiąt osiem lat to nie znajomość. To jest kawał życia wpleciony w czyjeś życie tak mocno, że gdy tamto się kończy, twoje też trochę umiera.

Wieczorem zadzwonił Piotrek z Irlandii. Niedzielny telefon wypadał dopiero za trzy dni, więc się zdziwiłam.

- Mamo, Magda do mnie dzwoniła. Mówi, że się o ciebie martwi.

- Nie ma się czym martwić.

- Mówi, że powinnaś się czymś zająć. Może jakiś kurs, klub seniora, cokolwiek.

- Piotrek, ja dzisiaj pochowałam Irenkę. Nie chcę teraz rozmawiać o klubie seniora.

Cisza. Słyszałam, jak w tle gra telewizor, jakiś mecz.

- No dobrze, mamo. Ale pomyśl o tym, ok?

Pomyślałam. Tej nocy nie mogłam spać, więc myślałam. Leżałam w ciemnym pokoju, w tym samym łóżku, w którym sypiałam z Tadeuszem, i myślałam o tym, że moje dzieci chcą dla mnie dobrze. Że kochają mnie na swój sposób - z dystansu, z troski, która nie dotyka, bo Kraków jest daleko, a Irlandia jeszcze dalej. Że dla nich mój smutek jest problemem do rozwiązania. Zapisać mamę na jogę, kupić mamie wycieczkę do Ciechocinka, żeby mama przestała chodzić na pogrzeby.

Tylko że ja nie chodzę na pogrzeby dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty. Chodzę, bo to jedyne, co mogę jeszcze zrobić dla ludzi, z którymi przeżyłam pół wieku. Ostatnia przysługa. Ostatnie pożegnanie. I nie zamienię tego na ceramikę.

W sobotę rano pojechałam na Żoliborz, do Hani. Siedziałam przy jej łóżku, trzymałam ją za rękę i opowiadałam jej o pogrzebie Irenki. O białych tulipanach, o wnukach w za dużych garniturach, o księdzu, który nie znał Irenki. Hania mrugała. Może rozumiała, może nie.

Gdy wychodziłam, na korytarzu wyciągnęłam telefon. Wybrałam numer Marzeny. Pięć sygnałów, sześć, siedem. Już miałam się rozłączyć.

- Halo? - głos cichy, niepewny.

- Marzena, to ja, Bożena. Zostałyśmy same. Może byśmy się spotkały w sobotę? W Południu, jak zawsze. Zamówię tę twoją szarlotkę.

Długa cisza. Tak długa, że sprawdziłam, czy połączenie nie zerwało.

- Nie wiem, Bożenka - powiedziała w końcu. - Nie wiem, czy dam radę.

Nie nalegałam. Powiedziałam: „będę tam o czwartej, jakbyś chciała". I rozłączyłam się.

W następną sobotę o czwartej siedziałam w Café Południe. Zamówiłam dwie kawy i dwa kawałki szarlotki. Kelnerka postawiła drugi nakrycie na stoliku pod oknem - tam, gdzie zawsze siadała Marzena. Za oknem kwitły kasztany. Zegar nad ladą tykał głośno w pustej sali.

Czekałam.