
Mam czworo wnucząt i wiem, że tak nie wolno, ale z Frankiem rozumiemy się bez słów, odkąd był mały. Reszta wpada po pieniądze na urodziny. Franek przychodzi „posiedzieć". W piątek zasnął u mnie na kanapie - trzydziestolatek ze swoimi zmartwieniami, a przy mnie śpi jak dawniej.
Leżał skulony, z kolanami podciągniętymi do piersi, dokładnie jak wtedy, gdy miał pięć lat i uciekał do mnie przed burzą. Zdjęłam mu buty, przykryłam kocem - tym wełnianym, w kratę, co go Henryk kupił kiedyś na targu w Nowym Sączu. Franek nawet się nie poruszył. Tylko oddech mu się wyrównał, głęboki i spokojny, jakby wreszcie mógł odpuścić.
Usiadłam w fotelu naprzeciwko i patrzyłam na niego, na te cienie pod oczami, na zaciśnięte nawet we śnie szczęki. Trzydzieści lat. Mężczyzna. Inżynier. A przy mnie - wciąż ten sam chłopiec z blond grzywką, który przynosił mi z przedszkola rysunki i mówił: „Babciu, to dom dla nas dwóch".
Wiem, co powiedzieliby inni. Córka Magda by powiedziała. Zresztą, już powiedziała.
- Mamo, ty go rozpieszczasz. Zawsze go rozpieszczałaś - rzuciła mi w zeszłym miesiącu, kiedy zobaczyła, że Frankowi oddałam starą komodę Henryka. Tę z orzechowego drewna, z mosiężnymi uchwytami. Magda od lat chciała ją mieć w swoim salonie na Mokotowie, a ja dałam wnukowi, bo on jedyny zapytał: „Babciu, a co dziadek trzymał w tej górnej szufladzie?".
Nie pieniądze. Nie wartość. Zapytał o dziadka.
Mam sześćdziesiąt osiem lat, mieszkam sama na Bielanach od trzech lat, od kiedy Henryk odszedł. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Troje moich dzieci - Magda, Kacper i Ania - próbowały mnie potem przeprowadzić do mniejszego mieszkania albo do Magdy na Mokotów, „żeby mama nie była sama". Ale ja nie jestem sama. Mam swoje cztery pokoje, swoje kwiaty na balkonie, swoją ciszę. I mam Franka.
Franek to syn Kacpra, mojego średniego. Kacper jest kierowcą TIR-a, jeździ po Europie, w domu bywa może dwa tygodnie w miesiącu. Żona Kacpra, Beata, jest porządną kobietą, ale taką, co to ma system na wszystko - rozpiskę na lodówce, kto kiedy sprząta, ile minut na prysznic. Franek od dziecka u nich się dusił. Nie awanturował się, nie buntował. Po prostu przychodził do mnie.
Najpierw po szkole - siadał przy kuchennym stole, odrabiał lekcje, a ja mu kroiłam jabłko na ćwiartki i stawiałam herbatę. Potem na studiach - wpadał w soboty, pomagał mi z zakupami, naprawiał kran. Henryk uczył go majsterkować, dawał mu swoje narzędzia, traktował jak następcę. Reszta wnucząt - Zuzia, Oliwier i Natalka - byli normalnymi wnukami. Przychodzili na Wigilię, na imieniny, dzwonili na Dzień Babci. Ale Franek? Franek przychodził, kiedy nikt nie musiał.
Problem zaczął się dwa miesiące temu, na moich imieninach. Nie, wcześniej. Problem narastał latami, tyle że ja nie chciałam go widzieć.
Na imieniny przyszli wszyscy. Magda z mężem, Ania z partnerem, Kacper wyjątkowo był w kraju. Wnuki - Zuzia przyniosła mi krem do rąk, Oliwier butelkę wina, Natalka nic, bo zapomniała, ale całowała mnie serdecznie. Franek przywiózł sadzonkę lawendy, bo wiedział, że mi na balkonie wymarła ta sprzed dwóch lat.
Siedzieliśmy przy stole, jedliśmy mój sernik i babkę piaskową, i było miło, dopóki Magda nie zaczęła tematu mieszkania.
- Mamo, cztery pokoje to za dużo dla jednej osoby. Na Bielanach można dostać za to dobre pieniądze. Przeprowadzisz się bliżej mnie, będziemy miały kontakt na co dzień.
Kacper milczał. Ania patrzyła w talerz. A Franek - Franek odłożył widelec i powiedział spokojnie:
- Ciociu, babcia nigdzie się nie przeprowadza, dopóki sama nie zechce.
Magda zrobiła się czerwona. Potem była cisza, a w tej ciszy usłyszałam, jak Oliwier szepce do Natalki: „O, zaczyna się serial". I to mną wstrząsnęło bardziej niż wszystko inne. Bo to znaczyło, że dzieci - moje wnuki - widzą nas jak odcinki telenoweli. Babcia i jej ulubieniec kontra reszta rodziny.
Po imieninach Magda zadzwoniła i powiedziała rzecz, która do dziś mnie boli.
- Mamo, wiesz, że Franek liczy na to mieszkanie? Dlatego cię odwiedza. Dlatego naprawia, pomaga, przytula. Bo wie, że mu je zapiszesz.
Nie odpowiedziałam od razu. Odetchnęłam. W uszach mi szumiało.
- Magda - powiedziałam w końcu - jeśli tak o nim myślisz, to znaczy, że go nie znasz. A może nigdy nie chciałaś poznać.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam w kuchni. Ręce mi się trzęsły. Nie ze złości - z czegoś gorszego. Z podejrzenia, że może Magda nie jest w tym zupełnie sama. Że może Kacper też tak myśli, tylko nie mówi, bo wiecznie go nie ma. Że może Ania, która zawsze trzyma się z boku, po cichu się z nimi zgadza.
A może - i to jest myśl, która nie daje mi spać - może ja rzeczywiście robię Frankowi krzywdę. Może ta moja bliskość z nim buduje mur między nim a resztą rodziny. Może kocham go za bardzo, za głośno, za wyraźnie, i przez to inni się odsunęli. Nie ode mnie - od niego.
Franek nie wie o tej rozmowie z Magdą. Przychodzi dalej. W piątek przyszedł prosto z pracy, zmęczony, z torbą pełną dokumentów. Powiedział tylko: „Babciu, mogę chwilę posiedzieć?" i usiadł na kanapie. Opowiadał mi o projekcie, który mu nie wychodzi, o dziewczynie, z którą się rozstał miesiąc temu, o tym, że Beata znów ma pretensje, bo za rzadko dzwoni do ojca.
Potem umilkł w pół zdania. Zamknął oczy. I zasnął, tak jak stał - w koszuli, ze skarpetkami w paski.
Patrzyłam na niego i myślałam o tym, co powiedziała Magda. O pieniądzach. O mieszkaniu. O tym, że miłość zawsze można wytłumaczyć interesem, jeśli się wystarczająco mocno chce.
A potem pomyślałam o czymś innym. O testamencie, który leży w szufladzie biurka. Henryk napisał go rok przed śmiercią, ręcznie, na zwykłej kartce. Podzielił wszystko po równo - trójka dzieci, równe części. O wnukach ani słowa. Ale ja swój testament mogę napisać inaczej.
I tu jest pytanie, które zadaję sobie od tygodnia, codziennie, nad poranną kawą, wieczorem przy telewizorze, w nocy, kiedy nie mogę zasnąć.
Czy mam prawo kochać jedno wnuczę bardziej i czy to „bardziej" powinno mieć konsekwencje na papierze? Czy jeśli zapiszę Frankowi to mieszkanie, potwierdzę to, co mówi Magda - że bliskość da się kupić? A jeśli podzielę równo, jak Henryk - czy nie skłamię? Bo równo nie znaczy sprawiedliwie. Franek dał mi coś, czego reszta nie dała. Nie dlatego, że jest lepszy. Może dlatego, że jest bardziej samotny. Tak jak ja.
Franek obudził się w sobotę rano, przeprosił, że zasnął, zjadł dwie kromki z dżemem i poszedł. W drzwiach odwrócił się i powiedział:
- Babciu, dziękuję. Za nic konkretnego. Po prostu dziękuję.
Zamknęłam drzwi i długo stałam w przedpokoju, z ręką na klamce, jakbym wahała się, czy je otworzyć z powrotem i zawołać go. Powiedzieć mu wszystko - o Magdzie, o testamencie, o tym, że miłość do niego jest prawdziwa, ale może niesprawiedliwa.
Nie otworzyłam. Zamiast tego weszłam do kuchni, nalałam herbaty i wyciągnęłam z szuflady czystą kartkę papieru. Położyłam ją na stole. Długopis obok. I siedzę tak od godziny, bo pierwszego zdania nie potrafię napisać.