Przez pięć lat każdą wolną sobotę pilnowałam wnuków. W ten weekend pierwszy raz powiedziałam „nie" i pojechałam z koleżankami na grzyby. Telefon wyłączyłam już w autobusie.

Wyłączyłam go świadomie. Nie dlatego, że się rozładował, nie dlatego, że nie było zasięgu. Nacisnęłam przycisk i patrzyłam, jak ekran gaśnie, a potem schowałam telefon na samo dno torby, pod termos z herbatą i zapasowe skarpety. Lucyna, która siedziała obok, zerknęła na mnie i powiedziała tylko: - No nareszcie, Bożena. Nareszcie.

Lucyna nie wiedziała wszystkiego. Wiedziała tyle, co reszta koleżanek z dawnej pracy - że od kiedy córka Agnieszka urodziła bliźniaki, moje soboty przestały być moje. Ale nie wiedziała o telefonach o szóstej rano z pytaniem „mamo, bo Kacperek znowu kaszle, dasz radę przyjść o ósmej zamiast o dziewiątej?". Nie wiedziała o świętach, które organizowałam sama, bo Agnieszka z Darkiem „nie mieli siły". Nie wiedziała o tym jednym zdaniu, które usłyszałam w zeszłym tygodniu i które wszystko zmieniło.

Mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w hurtowni budowlanej na Wildzie. Odeszłam na emeryturę dwa lata temu, ale prawdziwa emerytura - ta z wolnym czasem, z książką na balkonie, z kawą pitą powoli - nigdy nie nadeszła. Bo tydzień po moim ostatnim dniu w pracy Agnieszka zadzwoniła i powiedziała: - Mamo, to idealnie się składa. Od poniedziałku nie muszę brać urlopu, bo ty możesz siedzieć z chłopcami.

I tak się zaczęło. Nie protestowałam. Jakoś mi to nawet nie przyszło do głowy. Bo tak się robi, prawda? Babcia pomaga. Babcia jest. Babcia gotuje rosół i prowadzi na plac zabaw, i czyta bajki, i sprząta po obiedzie, i kąpie, i usypia. A kiedy rodzice wracają wieczorem, babcia zbiera się cicho i jedzie autobusem do siebie, na swoje osiedle, do pustego mieszkania na trzecim piętrze, gdzie na komodzie stoi kryształowy wazon po mamie i cisza taka, że słychać zegar w kuchni.

Nie mówię, że nie kocham wnuków. Kacper i Mikołaj to moje serce. Pięć lat i trzy miesiące - wiem, bo pamiętam każdy ich dzień od porodu. Ale gdzieś po drodze zaczęłam znikać. Nie Bożena, emerytka z Poznania, która kiedyś chodziła na grzyby, robiła przetwory i czytała kryminały Chmielewskiej wieczorami. Została tylko babcia. Funkcja, nie osoba.

Koleżanki próbowały mnie wyrywać. Lucyna dzwoniła regularnie: - Bożenka, w sobotę jedziemy na targ do Lubonia, jedziesz? Nie jechałam. Krysia proponowała sanatorium w Ciechocinku - odmawiałam, bo „kto będzie pilnował chłopców". Renata zapraszała na imieniny - przychodziłam na godzinę i uciekałam, bo Agnieszka pisała SMS-y: „Mikołaj płacze, wrócisz wcześniej?".

A potem, w zeszły wtorek, usłyszałam to zdanie. Byłam u Agnieszki, zmywałam naczynia po obiedzie. Ona rozmawiała przez telefon w salonie - myślała, że nie słyszę, bo lała się woda. Ale ja zamknęłam kran, żeby odstawić garnek, i usłyszałam wyraźnie: - Nie, nie, spokojnie, mama i tak nie ma co robić. Siedzi w domu sama, to chociaż się czuje potrzebna. Wiesz, jak to jest ze starszymi ludźmi.

Stałam z mokrym garnkiem w ręku. Woda kapała na podłogę. Czułam, jak coś we mnie pęka - cicho, bez huku, jak nitka w swetrze, którą ciągnie się za długo.

Ze starszymi ludźmi. Mama nie ma co robić. Chociaż się czuje potrzebna.

Nie powiedziałam nic. Odstawiłam garnek, wytarłam ręce, pożegnałam się normalnie. Całą drogę autobusem siedziałam bez ruchu i patrzyłam w okno. Dopiero w domu, przy herbacie z cytryną, pozwoliłam sobie zapłakać. Nie z żalu - z wściekłości. Na Agnieszkę? Na siebie? Nie wiem. Chyba bardziej na siebie.

W środę zadzwoniła Lucyna z propozycją sobotniego wyjazdu na grzyby - autobus o siódmej, las pod Puszczykowem, wracamy wieczorem. I wtedy powiedziałam „tak". Szybko, zanim zdążę się rozmyślić.

W piątek wieczorem napisałam do Agnieszki: „Jutro nie mogę, jadę z koleżankami na grzyby". Odpowiedź przyszła po trzech minutach: „Jak to nie możesz? Mamo, z Darkiem mamy kolację u znajomych, umawialiśmy się miesiąc temu". Nie umawialiśmy się. Nikt mnie nie pytał. Odpisałam: „Przykro mi, ale jutro mam swoje plany". I odłożyłam telefon ekranem w dół.

Potem zaczęło się bombardowanie. Pięć SMS-ów. Dwa nieodebrane połączenia. Jeden głosowy: „Mamo, no co ty, bez przesady, Kacper będzie płakał, wiesz, że nie chce zostawać z nikim innym". Nie oddzwoniłam.

Rano, w autobusie, Lucyna podała mi jabłko i kanapkę z żółtym serem. Krysia opowiadała o swoim zięciu, który znowu coś narozrabiał. Renata śmiała się tak głośno, że kierowca poprosił o ciszę. I ja się śmiałam. Pierwszy raz od miesięcy - tak prawdziwie, od brzucha, aż łzy leciały. Wtedy wyłączyłam telefon.

Las pachniał wilgocią i mchem. Znalazłam trzy prawdziwki i całą torbę kurek. Klęczałam na ziemi, odgarniałam liście, czułam zimną ziemię pod palcami i myślałam: ja tu jestem. Bożena. Nie babcia, nie funkcja - ja.

Wróciłam do domu koło dziewiętnastej. Włączyłam telefon. Dwanaście nieodebranych od Agnieszki. Trzy od Darka. Jeden SMS od Agnieszki z godziny czternastej: „Dzięki mamo. Przez ciebie siedzę w domu zamiast na kolacji. Mam nadzieję, że grzyby były tego warte".

I jeden wcześniejszy, z godziny dziesiątej, którego prawie przeoczyłam. Od pięcioletniego Kacperka - a raczej napisany jego ręką, bo Agnieszka musiała mu pomóc z literami: „BACIU TESKNIE".

Usiadłam na taborecie w przedpokoju z telefonem w ręku. Na podłodze stała torba pełna grzybów. W domu pachniało jeszcze lasem - od mojej kurtki, od włosów, od dłoni. Patrzyłam na ten SMS i czułam wszystko naraz: radość z dzisiejszego dnia, złość na Agnieszkę, tęsknotę za Kacperkiem, dumę, że pojechałam, i strach - że następnym razem znowu nie potrafię powiedzieć „nie".

Nie odpisałam tego wieczoru. Poszłam do kuchni, obrałam grzyby, zalałam je wodą. Otworzyłam książkę Chmielewskiej - tę samą, którą zaczęłam czytać dwa lata temu i odłożyłam na stronie czterdziestej drugiej.

Doczytałam do setnej. Herbata wystygła. Zegar w kuchni tykał. I po raz pierwszy od bardzo dawna ta cisza nie była pusta.

Ale o trzeciej w nocy obudziłam się i leżałam w ciemności z otwartymi oczami. Bo wiedziałam, że rano Agnieszka zadzwoni. I że będę musiała wybrać - nie raz, nie dwa, ale za każdym razem od nowa. I że każdy ten wybór będzie bolał.