
Siostra z mężem robią remont, więc „na chwilę" wstawili do mnie meble, pudła i lodówkę. Minęło osiem miesięcy. Śpię między ich szafą a kartonami, a kiedy poprosiłam, żeby zabrali choć część: „Przecież ty i tak sama, miejsca ci nie ubywa."
Te słowa usłyszałam w niedzielę, przy herbacie. Marta nawet nie podniosła wzroku znad telefonu. Powiedziała to takim tonem, jakby stwierdzała oczywistość - że woda jest mokra, że zima jest zimna, że Lucyna i tak sama, więc co za różnica.
Postawiłam filiżankę na spodku. Porcelana szczęknęła głośniej, niż chciałam. Szwagier Andrzej, który siedział na moim jedynym fotelu - bo drugi stał teraz pod ich pudłami - chrząknął i zmienił kanał w telewizorze.
Nazywam się Lucyna. Mam pięćdziesiąt osiem lat, od sześciu jestem po rozwodzie, pracuję jako księgowa w hurtowni budowlanej na Gocławiu. Mieszkam w bloku na Pradze-Południe, w dwupokojowym mieszkaniu, które dostałam po rodzicach. Czterdzieści sześć metrów kwadratowych. Kiedyś to było moje królestwo. Teraz śpię na wersalce wciśniętej między szafę siostry a stertę kartonów, z których wystają rogi abażurów i nogi od krzeseł.
Marta jest ode mnie młodsza o cztery lata. Zawsze była tą ładniejszą, tą żywszą, tą, za którą oglądali się chłopcy na osiedlu. Wyszła za Andrzeja, kiedy miała dwadzieścia trzy lata. On pracował jako elektryk, potem otworzył własną firmę. Nieźle im szło. Kupili trzypokojowe na Gocławiu, potem zamienili na dom pod Otwockiem. A potem przyszedł remont.
„Lucynka, to będzie góra miesiąc" - powiedziała Marta w październiku, stojąc w moich drzwiach. Za nią Andrzej dźwigał pierwszą szafę. Nie pytali. Informowali. - „Podłogi wymieniamy, łazienka do zera, kuchnia do zera. No nie zmieścimy się tam z meblami, sama rozumiesz."
Rozumiałam. Oczywiście, że rozumiałam. To moja siostra. Jedyna. Po mamie zostały nam te porcelanowe filiżanki i nawyk troszczenia się o siebie nawzajem. A przynajmniej tak myślałam.
Pierwszego dnia wjechały dwie szafy, regał, sześć kartonów i lodówka - ich stara, zapasowa, ale wciąż sprawna, do której Marta powiedziała: „Podłącz ją sobie w przedpokoju, przyda ci się." Nie przydała mi się. Stoi przy drzwiach, buzzy całą noc i musze się obok niej przeciskać bokiem, żeby wyjść do toalety.
Po miesiącu zadzwoniłam. „Marta, jak tam remont?" - „Ojej, wiesz, okazało się, że rury do wymiany, to potrwa." Po dwóch miesiącach napisałam SMS-a: „Moglibyście zabrać choć te kartony z kuchni? Nie mam gdzie postawić garnków." Odpisała po dwóch dniach: „Andrzej nie ma kiedy, sam robi większość robót po godzinach."
Po trzech miesiącach przestałam pytać. Przyzwyczaiłam się chodzić bokiem. Przyzwyczaiłam się jeść przy blacie, bo stół zasłoniły pudła z ich książkami. Przyzwyczaiłam się do tego, że moje mieszkanie pachnie cudzym życiem - naftalina z ich zimowych kurtek, stęchlizna ze starych albumów, środek do konserwacji drewna z szafy.
Koleżanka z pracy, Bożena, zapytała mnie kiedyś, dlaczego nie zapraszam jej już na kawę. „Bo nie mam gdzie cię posadzić" - powiedziałam i zaśmiałam się, jakby to był żart. Bożena się nie zaśmiała.
- Lucyna, ty chyba żartujesz. Osiem miesięcy? Powiedz im, żeby zabrali to w cholerę.
- Ale to moja siostra.
- Właśnie dlatego powinna wiedzieć, że przesadza.
Bożena ma troje dzieci i teściową na karku. Wie, co to znaczy, kiedy ktoś traktuje twoją przestrzeń jak swoją. Ale Bożena to Bożena - mówi prosto, działa prosto. Ja nigdy taka nie byłam. Ja zawsze ustępowałam. Mama mawiała: „Lucynka, ty jesteś ta rozsądniejsza, to ty ustąp." I ustępowałam. Marta chciała większy pokój - dostała. Marta chciała iść pierwsza na studia - poszła. Marta chciała tę starą komodę po babci - wzięła. A ja dostawałam to, co zostawało. Porcelanę. Dwa pokoje na Pradze. Ciszę.
Cisza mi nie przeszkadzała. Naprawdę. Po rozwodzie z Ryszardem - który okazał się mistrzem w wydawaniu pieniędzy, których nie zarabiał - doceniłam spokój. Wieczory z książką, herbata w ulubionym kubku, geranium na parapecie. Małe, moje, uporządkowane życie.
Aż do października, kiedy wjechały szafy.
W szóstym miesiącu pojechałam do nich, pod Otwock. Chciałam zobaczyć, jak idzie remont. Andrzej otworzył mi drzwi w dresie, w ręku trzymał piwo. W salonie - nowa podłoga, ściany pomalowane na szaro, w kuchni błyszcząca zabudowa. Łazienka lśniła kafelkami do sufitu.
- Ładnie wam wyszło - powiedziałam, czując, jak coś ściska mnie w żołądku.
- No, powoli, powoli - Andrzej wzruszył ramionami. - Jeszcze sporo roboty.
Sporo roboty. Patrzyłam na ten dom i widziałam, że remont jest praktycznie skończony. Może brakowało listew przypodłogowych. Może lamp w przedpokoju. Ale meble? Meble mogły wrócić miesiące temu.
Tamtego wieczoru nie powiedziałam nic. Wróciłam do siebie, usiadłam na wersalce między szafą a kartonami i płakałam. Nie z żalu. Ze złości. Na siebie.
Bo to ja wpuściłam te szafy. To ja nie powiedziałam „nie" w październiku. To ja przez dwadzieścia lat byłam tą rozsądniejszą, tą, która ustępuje. I teraz siedzę w swoim własnym mieszkaniu jak gość.
W tę niedzielę, tę z herbatą i zdaniem o tym, że jestem „i tak sama" - coś we mnie pękło. Nie z hukiem. Cichutko, jak pęka nitka w swetrze, zanim całość zacznie się pruć.
- Marta - powiedziałam spokojnie. - Macie dwa tygodnie.
Podniosła wzrok. Pierwszy raz od ośmiu miesięcy widziałam w jej oczach zaskoczenie.
- Słucham?
- Dwa tygodnie na zabranie wszystkiego. Każdego pudła, każdej szafy, lodówki. Wszystkiego.
Andrzej odłożył pilota. Marta postawiła telefon na stole.
- Lucyna, no co ty. Gdzie my to nagle...?
- To nie jest nagle. To jest osiem miesięcy. I to nie jest prośba.
Cisza. Słyszałam, jak ta przeklęta lodówka w przedpokoju buczy. Marta otworzyła usta, zamknęła. Zobaczyłam, jak jej twarz przechodzi od zdziwienia przez irytację do czegoś, co chyba miało być oburzeniem.
- Ty poważnie? Własnej siostrze robisz takie ultimatum?
Nie odpowiedziałam. Sięgnęłam po filiżankę, wypiłam resztkę herbaty. Mama miała rację w jednym - ta porcelana jest naprawdę piękna.
Marta wstała, Andrzej za nią. W drzwiach odwróciła się i powiedziała: „Mama by się nie poznała."
Może miała rację. A może właśnie mama by się wreszcie poznała.
Minął tydzień. Nikt nie przyjechał. Nikt nie zadzwonił. Stoję teraz w przedpokoju, patrzę na tę lodówkę, na te kartony, i myślę o jednym: czy za tydzień naprawdę jestem w stanie wystawić to wszystko na klatkę schodową. Rzeczy mojej siostry. Jedynej siostry, jaka mi została.
Bożena mówi, żebym wystawiła. Serce mówi, żebym zadzwoniła jeszcze raz. A ta lodówka buczy i buczy, jakby czekała na decyzję razem ze mną.