
Synowa przyszła z albumem zdjęć wnuków i usiadła obok mnie na tapczanie. Powiedziała, że dzieciom należy się większy pokój i że wystarczy jeden podpis u notariusza. Kiedy się zawahałam, dodała ciszej: „Chyba chce pani, żeby wnuki miały gdzie mieszkać?"
Trzymałam w rękach ten album - brązową okładkę z wytłoczonym misiem - i nie mogłam się ruszyć. Mała Zosia na huśtawce. Bartuś z pierwszego dnia przedszkola, z plecaczkiem większym od niego. Fotografie pachniały drukiem, były świeże, zrobione pewnie tydzień temu. Renata siedziała tak blisko, że czułam jej perfumy - słodkie, ciężkie - i ciepło jej ramienia przez mój sweter.
Wypiłam łyk herbaty. Zimnej już. Zaparzałam ją, zanim Renata zadzwoniła domofonem, a więc musiała stać w kuchni dobre czterdzieści minut. Nie wiem, dlaczego to zapamiętałam - temperaturę herbaty - ale czasem umysł czepia się głupstw, żeby nie myśleć o tym, co naprawdę ważne.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam w tym samym mieszkaniu na poznańskim Ratajach. Trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią, balkon wychodzący na plac zabaw, który pamiętam jeszcze jako piaskownicę, w której bawił się mój syn Grzegorz. Teraz na tym placu bawią się jego dzieci. Moje wnuki.
Henryk, mój mąż, kupił to mieszkanie w osiemdziesiątym szóstym roku. Dosłownie kupił - sprzedał samochód, pożyczył od brata, dorobił nockami w zakładzie. Był elektrykiem, porządnym, spokojnym. Umarł siedem lat temu na raka trzustki, tak szybko, że nie zdążyłam się nawet porządnie z nim pożegnać. Zostałam sama z dwoma pokojami, balkonem i emeryturą z ZUS-u, która ledwo starczała na czynsz i jedzenie.
Grzegorz się ożenił z Renatą cztery lata temu. Ona jest fryzjerką, prowadzi salon na Wildzie, ładna, zadbana, energiczna. Na początku byłam zadowolona. Wreszcie ktoś weźmie mojego syna w garść - Grzesiek pracował jako kierowca ciężarówki, często wyjeżdżał, a kiedy wracał, potrafił trzy dni siedzieć przed telewizorem w dresie. Renata go ogarnęła. Wziął się za dodatkowe kursy, zaczął zarabiać lepiej. Potem przyszła Zosia, potem Bartuś. Wynajmowali kawalerkę na Górczynie - ciasno, ale jakoś się mieścili.
Pierwszy raz Renata wspomniała o moim mieszkaniu przy Wigilii. Delikatnie, mimochodem. „Pani Halino, taki ładny pokój ten większy, dzieciom byłoby tu cudownie." Pokiwałam głową, bo co miałam powiedzieć. Myślałam, że to taki grzecznościowy komentarz.
W styczniu Grzegorz zadzwonił. Pytał, jak się czuję, czy potrzebuję czegoś z apteki. Normalnie dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę. Teraz dzwonił codziennie. Piąty dzień z rzędu zapytał o zdrowie, a potem, takim tonem, jakim się prosi o sól, powiedział: „Mamo, myślałem, że może byśmy się zamienili. Ty weźmiesz naszą kawalerkę, a my twoje dwa pokoje. Dzieciom jest ciasno."
Poczułam, jak coś ścisnęło mnie w żołądku. Nie powiedział „zabierzemy ci mieszkanie". Powiedział „zamienili się". Tylko że jego kawalerkę miał na wynajem, a moje dwa pokoje były moje. Moje i Henryka. Zapisane w księdze wieczystej, spłacone do ostatniego grosza.
- Grzesiu - powiedziałam - daj mi pomyśleć.
- Jasne, mamo. Nie śpiesz się.
Ale się śpieszył. Bo tydzień później przyszła Renata z albumem.
Siedziałyśmy na tapczanie, a ona przekładała strony. „Zosia rośnie jak na drożdżach, proszę zobaczyć. A Bartuś potrzebuje kącika do nauki, za rok idzie do zerówki." Każde zdanie było ciosem. Nie brutalnym - raczej takim, który trafia w miękkie miejsce, o którym nie wiedziałaś, że boli.
- Renata - zaczęłam ostrożnie - to mieszkanie to wszystko, co mi zostało po Henryku.
Spojrzała na mnie ciepło. Ale w tej ciepłości było coś, czego nie umiałam nazwać. Może kalkulacja. A może naprawdę jej zależało na dzieciach i ja byłam niesprawiedliwa.
- Pani Halino, nikt pani niczego nie zabiera. Chodzi o przepisanie. Grzegorz jest pani jedynym synem, i tak kiedyś to odziedziczy. A teraz dzieci rosną w kawalerce trzydzieści metrów, śpią w jednym łóżku. Wystarczy jeden podpis u notariusza.
Tego dnia nie powiedziałam ani tak, ani nie. Renata wyszła z uśmiechem i pocałowała mnie w policzek. Album zostawiła na stoliku - nie wiem, czy celowo.
Przez następne tygodnie nie mogłam spać. Leżałam w ciemności i słuchałam szumu lodówki, tego samego dźwięku co od trzydziestu ośmiu lat, i myślałam. O Henryku, który wracał z nocnej zmiany i zdejmował buty w przedpokoju, żeby mnie nie budzić. O Grzesiu, który tutaj stawiał pierwsze kroki - od tapczanu do komody, trzy metry, które wtedy wydawały mi się całym światem. O ścianach, które pomalowałam sama po pogrzebie Henryka, bo potrzebowałam czegoś robić rękami, żeby nie zwariować.
Zadzwoniłam do Lucyny, mojej koleżanki z dawnej pracy. Lucyna dwadzieścia lat przepracowała w księgowości, zna życie.
- Halina, nie rób tego - powiedziała od razu. - Przepisz i jesteś na ich łasce. Dzisiaj cię kochają, jutro im się zmieni. Widziałam to sto razy. Podpisujesz, a za rok mówią ci, że wolą mieć ciszę, i szukasz kąta po znajomych.
- Ale to mój syn, Lucyna.
- Synów też znam. Są dobrzy, dopóki żona nie powie inaczej.
Nie chciałam jej wierzyć. Grzegorz to dobry chłopak. Trochę miękki, to prawda. Trochę za bardzo słucha Renaty. Ale kocha mnie. Dzwoni, pyta o leki, przynosi zakupy w sobotę.
Tydzień później Grzegorz przyjechał sam. Usiadł w kuchni, zjadł trzy pierogi z talerza, który podsunęłam mu odruchowo, i powiedział cicho:
- Mamo, Renata mówi, że jeśli nie przepiszesz mieszkania, to ona chce szukać kredytu. A nas na kredyt nie stać. Mówi, że wtedy... no, że trzeba będzie coś zmienić.
- Co zmienić, Grzesiu?
Patrzył w talerz. Nie podniósł oczu.
- Nie wiem, mamo. Ona jest zmęczona tą ciasnotą. Ja też jestem.
Usłyszałam w jego głosie coś, co mnie przeraziło. Nie groźbę - rezygnację. Jakby sam nie wiedział, po czyjej jest stronie, i jakby to niewiedza zjadała go od środka.
Kiedy wyszedł, umyłam talerz i stałam przy zlewie z mokrymi rękami. Patrzyłam przez okno na plac zabaw. Huśtawka kołysała się lekko na wietrze, choć nikogo na niej nie było. Pomyślałam o Zosi, o Bartusiu. O tym, że śpią w jednym łóżku w kawalerce na trzydziestu metrach. O tym, że to prawda - jest im ciasno. I pomyślałam o sobie. Sama w dwóch pokojach, w których cisza jest tak gęsta, że czasem włączam radio, żeby nie słyszeć własnych myśli.
Następnego dnia rano poszłam do notariusza. Nie podpisywać - zapytać. Pani notariusz, młoda kobieta w okularach, wytłumaczyła mi spokojnie, że mogę przepisać z dożywotnim prawem do zamieszkania. Że to mnie chroni. Że nikt mnie nie wyrzuci.
- Ale to nie będzie już moje? - zapytałam.
- Formalnie nie.
Wracałam tramwajem przez Rataje i patrzyłam na bloki. W każdym oknie czyjeś życie. W każdym mieszkaniu pewnie jakiś dylemat, o którym sąsiedzi nie wiedzą. Wysiadłam przystanek wcześniej, kupiłam sernik w cukierni i wróciłam do domu.
Album ze zdjęciami wnuków leżał nadal na stoliku. Otworzyłam go. Zosia się śmiała - brakowało jej dwóch przednich zębów. Bartuś trzymał kredkę w zaciśniętej pięści jak broń. Moje wnuki. Krew mojej krwi. I krew Henryka, który sprzedał samochód, żeby mieć ten dach nad głową.
Zadzwoniłam do Grzegorza wieczorem.
- Grzesiu, przyjdź jutro. Porozmawiamy. Ale sam. Bez Renaty.
Cisza w słuchawce trwała trzy sekundy. Może cztery.
- Dobrze, mamo.
Odłożyłam telefon i usiadłam na tapczanie, w tym samym miejscu, gdzie dzień wcześniej siedziała Renata. Sernik stygł na blacie w kuchni. Za oknem plac zabaw pustoszał w zmierzchu. Pomyślałam, że jutro coś postanowię. Albo nie postanowię. Że Henryk by wiedział, co zrobić, ale Henryka tu nie ma. Jest tylko ten tapczan, te ściany, ten album z uśmiechniętymi buziami moich wnuków i pytanie, na które nie znam odpowiedzi: gdzie kończy się miłość do dzieci, a zaczyna rezygnacja z siebie?