Piszę wnukom listy do szuflady - na osiemnaste urodziny, na ślub, na dzień, w którym będzie im ciężko. Widujemy się dwa razy w roku, więc nie wiem, czy zdążę powiedzieć to osobiście. Na wierzchniej kopercie napisałam: „Otworzyć, kiedy zapytacie, jaka naprawdę byłam."

Dziś rano skończyłam czternasty list. Ręka już nie ta co kiedyś - palce sztywnieją po trzeciej stronie, a pismo zaczyna wyglądać jak u pierwszoklasisty. Ale drukować nie zamierzam. Drukowane listy są dla urzędów. Dla wnuków - tylko odręcznie, nawet jeśli potem muszę odłożyć długopis i rozmasować nadgarstek nad kuchennym zlewem.

Koperty trzymam w dolnej szufladzie komody, pod albumem ze zdjęciami z komunii Marysi. Trzynaście zapieczętowanych, czternasta jeszcze mokra od atramentu. Na każdej data i instrukcja: kiedy otworzyć. Mój mąż Henryk, gdyby żył, powiedziałby pewnie: „Halina, ty się boisz, że ci język odejmie, to piszesz na zapas?". I miałby trochę racji. Boję się. Ale nie tego, że język mi odejmie. Boję się, że zabraknie okazji.

Bo z moimi wnukami jest tak: Zuzia ma dwanaście lat i mieszka z Maryją - moją córką - w Poznaniu. Olek ma dziewięć i mieszka z Tomkiem - moim synem - w Krakowie. Ja jestem we Wrocławiu, na trzecim piętrze bloku na Gaju, sama od czterech lat, odkąd Henryk odszedł po udarze. Widuję dzieci i wnuki na Wigilię i czasem w wakacje, jeśli im pasuje. Zazwyczaj pasuje raz.

Nie, nie jesteśmy pokłóconą rodziną. Przynajmniej oficjalnie. Marysia dzwoni w niedzielę, Tomek pisze SMS-y. Krótkie, ale pisze. Pytają o zdrowie, o ciśnienie, czy byłam u lekarza. Ja odpowiadam, że tak, że dobrze, że nic mi nie trzeba. I to jest cała nasza rozmowa. Taka uprzejma, ciepła - i kompletnie pusta.

Zaczęło się od pogrzebu Henryka. Nie, wcześniej. Od tego, jak Henryk zachorował i dzieci musiały się zmierzyć z tym, że ich ojciec - ten silny, milczący mężczyzna, który całe życie naprawiał samochody w warsztacie na Grabiszynku - nagle leży i nie poznaje własnego syna. Tomek przyjechał na dwa dni. Marysia na pięć. Potem wrócili do swoich miast, swoich spraw. Ja zostałam z Henrykiem i z pielęgniarką z NFZ, która przychodziła trzy razy w tygodniu.

Nie mam do nich pretensji. A może mam, ale nauczyłam się to chować tak głęboko, że sama nie wiem, gdzie to schowałam. Na pogrzebie Marysia powiedziała do Tomka na boku, myśląc, że nie słyszę: „Mama sobie poradzi, ona zawsze sobie radzi". I Tomek kiwnął głową.

To zdanie mnie wtedy zamroziło. Bo ja całe życie „sobie radziłam" - z dwójką dzieci, z mężem, który pracował po dwanaście godzin, z rachunkami, z cieknącym dachem na działce, z teściową, która przez piętnaście lat komentowała każdy mój obiad. Radziłam sobie, bo nikt nie pytał, czy chcę pomocy. A teraz to „radzenie sobie" stało się wyrokiem.

Pierwszy list napisałam miesiąc po pogrzebie. Do Zuzi, na osiemnastkę. Usiadłam wieczorem przy stole, zapaliłam lampkę i zaczęłam: „Kochana Zuziu, kiedy to przeczytasz, będziesz już prawie dorosła, a ja chcę, żebyś wiedziała kilka rzeczy, których nikt Ci pewnie nie powie". Pisałam dwie godziny. O tym, jak poznałam jej dziadka na zabawie w remizce. O tym, jak się bałam przed porodem Marysi. O tym, jak raz, jedyny raz, chciałam odejść od Henryka - i dlaczego zostałam.

Nie zostałam z miłości. Zostałam, bo nie miałam dokąd pójść, a było mi wstyd. Miałam trzydzieści osiem lat, dwójkę dzieci w szkole podstawowej i posadę księgowej w spółdzielni. Henryk nie był złym człowiekiem. Był nieobecnym człowiekiem. Wracał z warsztatu, mył ręce benzyną, jadł kolację i siadał przed telewizorem. I tak przez trzydzieści dwa lata. A ja obok.

Tego im nigdy nie powiedziałam. Marysia idealizuje ojca, odkąd umarł. Tomek go nie idealizuje, ale nie chce o nim rozmawiać. Więc piszę. Bo w listach mogę być prawdziwa - nawet brutalnie prawdziwa - bez patrzenia komuś w oczy.

Napisałam Olkowi list na dzień, w którym będzie mu ciężko. Nie wiem, jaki to będzie dzień. Ale wiem, że przyjdzie, bo przychodzi na każdego. Napisałam mu: „Kochany Olku, jeśli kiedyś poczujesz, że świat jest za duży, a Ty za mały - wiedz, że Twoja babcia czuła tak samo. Przez większość życia. I jakoś znalazła swój kawałek podłogi, na którym dało się stać". Nie wiem, czy to dobre słowa. Ale są szczere.

Najtrudniejszy był list do Marysi. Tak, piszę też do dzieci, choć zaczęłam od wnuków. Do Marysi napisałam o tym, że przepraszam ją za rzecz, o którą nigdy mnie nie oskarżyła - za to, że jako matka byłam obecna, ale niedostępna. Że karmiłam, prałam, sprawdzałam zadania, ale rzadko siadałam i po prostu pytałam: „Co czujesz?". Bo mnie nikt nigdy o to nie pytał i nie wiedziałam, że tak można.

Do Tomka jeszcze nie napisałam. Z Tomkiem jest najtrudniej, bo on jest jak Henryk - milczy, kiwa głową, mówi, że wszystko dobrze. Dzwoni rzadziej niż Marysia. Ale kiedy dzwoni, to słyszę w jego głosie coś, czego nie potrafię nazwać. Jakby chciał zapytać o coś ważnego, ale w ostatniej chwili rezygnował.

Ostatnio Marysia wspomniała przez telefon, że Zuzia pytała o mnie. „Babciu, a dlaczego babcia nie przyjeżdża?" - powtórzyła mi jej słowa. Chciałam odpowiedzieć: bo mnie nie zapraszacie. Ale powiedziałam: „Och, wiesz, te kolana, ta podróż...". Marysia odetchnęła z ulgą. Łatwiejsza odpowiedź dla nas obu.

Nie jestem bohaterką tej historii. Jestem sześćdziesięciosiedmioletnią kobietą, która wieczorami siada przy stole i pisze listy do ludzi, z którymi mogłaby po prostu porozmawiać. Ale nie potrafi. Albo nie ma odwagi. Albo za bardzo przyzwyczaiła się do radzenia sobie.

Czasem się zastanawiam, czy te listy to nie jest tchórzostwo. Czy zamiast pisać do szuflady, nie powinnam zadzwonić do Marysi i powiedzieć: „Córeczko, jest mi samotnie". Zadzwonić do Tomka i zapytać: „Synku, dlaczego tak rzadko?". Pojechać do Poznania, usiąść z Zuzią na kanapie i opowiadać jej o dziadku - prawdziwego, nie tego wyidealizowanego.

Ale wtedy musiałabym usłyszeć odpowiedź. A odpowiedź może być taka, że im wystarczy to, co jest. Że niedzielny telefon i Wigilia to dla nich dość. Że ta ciepła, uprzejma pustka - to ich wersja bliskości.

Więc piszę. Pieczętuję koperty. Układam w szufladzie.

Na tej wierzchniej kopercie - tej od Zuzi, na dzień, kiedy zapyta - napisałam prawdę. Całą, bez retuszu. O kobiecie, która kochała, ale nie umiała tego okazać. Która została, choć chciała odejść. Która pod koniec życia siedzi sama w bloku na Gaju i prowadzi najdłuższą rozmowę swojego życia - z ludźmi, którzy jeszcze jej nie słyszą.

Wczoraj kupiłam nową paczkę kopert. Trzydzieści sztuk. Pomyślałam, że to powinno wystarczyć. Potem pomyślałam: a może zamiast następnej koperty powinnam kupić bilet do Poznania.

Paczka kopert leży na blacie. Nieotwarta. Bilet nie kupiony. I ja pomiędzy - z długopisem w jednej ręce i telefonem w drugiej.