
Mąż po udarze - podnoszę go, myję, karmię. Sama, od jedenastu miesięcy. Córka przyjeżdża w niedziele na godzinę, z sernikiem z cukierni. Wczoraj poradziła: „mamo, weźcie opiekunkę, stać was przecież".
Stać nas. Akurat. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole, na którym stał ten jej sernik - ledwo tknięty, bo Ryszard nie może jeść twardych rzeczy, a ja od miesięcy nie mam apetytu. Patrzyłam na to ciasto i myślałam, że moja córka nie wie, ile kosztuje pieluch dla dorosłych na miesiąc. Że nie wie, jak pachnie pokój, w którym leży człowiek, który kiedyś sam chodził do lasu na grzyby, a teraz nie potrafi utrzymać łyżki.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata, i przez ostatnie jedenaście miesięcy nauczyłam się rzeczy, o których żaden podręcznik nie pisze. Nauczyłam się przewracać osiemdziesięciokilogramowego mężczyznę z boku na bok, żeby nie miał odleżyn. Nauczyłam się rozgniatać tabletki w moździerzu, który kiedyś służył do pieprzu. Nauczyłam się spać po trzy godziny i funkcjonować, jakby to było osiem.
Ryszard dostał udaru w maju zeszłego roku. Piątkowy wieczór, oglądaliśmy teleturniej, on nagle zaczął mówić dziwnie - jakby miał za duży język. Pomyślałam, że żartuje. Dopiero kiedy upuścił pilota i prawa ręka zwisła jak szmata, zadzwoniłam na pogotowie. Karetka przyjechała po dwudziestu minutach. Dwadzieścia minut, podczas których stałam nad mężem i powtarzałam: „Rysiek, nie zasypiaj, Rysiek, patrz na mnie".
Przeżył. Lekarze powiedzieli, że miał szczęście. Ja się zastanawiałam, co to za szczęście, kiedy człowiek nie może chodzić, mówi pojedyncze słowa i w nocy płacze, bo się budzi i nie wie, gdzie jest.
Mieszkamy na Bielanach, w bloku z lat siedemdziesiątych, trzecie piętro bez windy. Ryszard był elektrykiem, przez trzydzieści lat pracował w zakładzie energetycznym. Silny mężczyzna, szeroki w barach, taki co to meble sam wnosił. Po udarze schudł piętnaście kilo. Kiedy go podnoszę z łóżka na wózek, czuję każdy jego kręg pod palcami.
Nasza córka Magda ma trzydzieści osiem lat, mieszka na Ursynowie z mężem i dwójką dzieci. Czterdzieści minut autobusem, gdyby ktoś pytał. Przyjeżdża w niedziele, zawsze koło drugiej, zawsze z sernikiem z tej samej cukierni na Puławskiej. Wchodzi, całuje ojca w czoło, mówi: „cześć tato, wyglądasz lepiej", chociaż Ryszard nie wygląda lepiej. Potem siedzi w kuchni ze mną, pije kawę i opowiada o dzieciach. O Zosi, która dostała piątkę z matmy. O Kubusiu, który zaczął karate.
Ja słucham i kiwam głową. I staram się nie liczyć minut.
Bo wiem, że po godzinie powie: „mamo, muszę lecieć, Kuba ma trening o czwartej". Albo: „Tomek czeka z obiadem". I wyjdzie, a ja zostanę z Ryszardem, z brudną pościelą w pralce, z kroplówką, którą trzeba podłączyć o szóstej, z ciszą, która jest tak gęsta, że aż dzwoni w uszach.
Wczoraj było inaczej. Wczoraj Magda zadzwoniła w poniedziałek wieczorem - a nigdy nie dzwoni w tygodniu, chyba że jest Wigilia albo czyjeś urodziny. Powiedziała tym swoim rzeczowym tonem, który ma po ojcu:
- Mamo, myślałam o tym. Nie możesz tak dalej. Musicie wziąć opiekunkę. Stać was przecież, tata ma emeryturę, ty masz emeryturę, da się to ogarnąć.
Da się ogarnąć. Tak powiedziała. Jakby chodziło o naprawę kranu.
- Magda - odpowiedziałam spokojnie. - A może ty byś czasem przyszła na dłużej? Nie z sernikiem. Po prostu przyszła i pomogła mi go wykąpać?
Cisza. Długa, ciężka cisza, w której słyszałam, jak Kubuś w tle krzyczy coś o tablecie.
- Mamo, ja mam dwójkę dzieci i pracę. Nie mogę tu być codziennie. Dlatego mówię o opiekunkce.
- Ja też miałam dziecko i pracę - powiedziałam. - A kiedy twoja babcia leżała po złamaniu biodra, jeździłam do niej codziennie po drugiej zmianie z księgowości. Dwadzieścia kilometrów autobusem nocnym. Przez pięć miesięcy.
- To były inne czasy, mamo.
Inne czasy. Może i inne. Może wtedy ludzie mieli mniej, ale dawali więcej. A może po prostu wstydzili się powiedzieć na głos: „nie mam czasu dla własnych rodziców".
Nie powiedziałam tego Magdzie. Ugryzłam się w język, bo Ryszard zawsze powtarzał, że nie wolno mówić rzeczy, których nie da się cofnąć. Ryszard, który teraz leży w pokoju obok i nie potrafi sam powiedzieć całego zdania.
W nocy nie mogłam zasnąć. Leżałam na kanapie w salonie - śpię na kanapie od jedenastu miesięcy, bo Ryszard potrzebuje całego łóżka i barierek - i myślałam o tym, jak to się stało. Jak moja córka, którą karmiłam piersią, którą uczyłam jeździć na rowerze na osiedlowym podwórku, którą trzymałam za rękę w pierwszym dniu szkoły, stała się osobą, która przyjeżdża na godzinę z sernikiem i myśli, że to wystarczy.
Czy ją źle wychowałam? Może tak. Może za bardzo ją chroniłam. Może za dużo robiłam za nią, żeby miała łatwiej niż ja. I teraz ma łatwiej. Tak łatwo, że nie widzi, że jej matka umiera ze zmęczenia po kawałku, dzień po dniu.
Rano wstałam o piątej, jak zwykle. Przewróciłam Ryszarda na drugi bok, zmieniłam pieluchę, zrobiłam owsiankę. Podałam mu łyżką, jedną łyżkę za drugą, cierpliwie, jak niemowlęciu. Ryszard patrzył na mnie tymi swoimi oczami - bo oczy ma takie same jak przed udarem, jasne, niebieskie - i powiedział jedno słowo:
- Hala.
I uśmiechnął się. Krzywo, bo połowa twarzy wciąż nie słucha, ale uśmiechnął się.
I ja wtedy pomyślałam: co by było, gdybym to ja leżała? Czy Ryszard dałby radę? Czy Magda przyjeżdżałaby z sernikiem?
Wieczorem zrobiłam coś, czego nie robiłam od miesięcy. Zadzwoniłam do Krysi, sąsiadki z drugiego piętra. Krysia ma siedemdziesiąt lat i kiepski kręgosłup, ale zawsze powtarza: „Halinka, jakby co, to dzwoń". Zapytałam, czy mogłaby posłuchać, czy Ryszard się nie obudzi, bo muszę wyjść na godzinę.
Zeszłam na dół. Był ciepły kwietniowy wieczór. Kasztanowce na osiedlu zaczynały kwitnąć. Usiadłam na ławce przed blokiem i płakałam. Pierwszy raz od jedenastu miesięcy - po prostu siedziałam i płakałam, a ludzie przechodzili i nikt nie pytał, bo w blokach nikt nie pyta.
Potem wróciłam do domu, umyłam twarz, sprawdziłam Ryszarda. Spał spokojnie. Krysia powiedziała: „Nawet się nie obudził, śpi jak aniołek".
Tej nocy postanowiłam, że jutro zadzwonię w sprawie opiekunki. Nie dlatego, że Magda miała rację. Nie dlatego, że się poddaję. Dlatego, że kiedy siedziałam na tej ławce, zrozumiałam, że jeśli sama się wykończę, to Ryszard nie będzie miał nikogo. Bo sernik z cukierni to nie jest opieka. A godzina w niedzielę to nie jest obecność.
Ale kiedy rano wzięłam telefon do ręki, nie wybrałam numeru do agencji opiekunek. Wybrałam numer Magdy. I powiedziałam:
- Córeczko, muszę ci coś powiedzieć. Ale nie przez telefon. Przyjedź dzisiaj. Nie w niedzielę. Dzisiaj.
Magda milczała przez chwilę. Potem powiedziała cicho:
- Dobrze, mamo. Przyjadę po pracy.
Odłożyłam telefon i poszłam nakarmić Ryszarda. Nie wiem, co jej powiem, kiedy przyjdzie. Może to, co czuję. Może to, czego nigdy nie umiałam powiedzieć na głos. A może po prostu poproszę ją, żeby usiadła przy ojcu i potrzymała go za rękę. Dłużej niż godzinę.
Nie wiem, czy przyjdzie. Powiedziała, że tak. Ale Magda dużo mówi.