Po siedemdziesiątce zaczęłam rozdawać za życia: broszkę po mamie dostała wnuczka, zegarek męża - wnuk. Córka się obruszyła: „mamo, jeszcze nie czas, potem się wszystko pomiesza". A ja chcę widzieć, jak noszą. Z trumny się nie widzi.

Zaczęło się od drobiazgu. We wrześniu ubiegłego roku Zuzia - moja wnuczka, dwadzieścia trzy lata, dopiero co po studiach - wpadła do mnie na Bielany po drodze z rozmowy o pracę. Miała na sobie tę swoją czarną marynarkę, pod szyją nic, gładko, pusto. I ja nagle zobaczyłam moją mamę. Ten sam kształt twarzy, te same ciemne oczy. Wstałam od stołu, poszłam do sypialni, otworzyłam szkatułkę i wyjęłam broszkę. Złoty filigran, maleńki szafir, zrobiona na zamówienie w latach pięćdziesiątych w zakładzie jubilerskim na Chmielnej.

- Zuziu, przyłóż sobie tu - powiedziałam i podałam jej broszkę.

Przypięła, stanęła przed lustrem w przedpokoju i zrobiło się coś dziwnego z powietrzem w tym mieszkaniu. Jakby mama weszła do pokoju. Zuzia dotknęła broszki palcami i powiedziała cicho: „Babciu, ona jest ciepła". Bo była ciepła. Leżała w mojej dłoni przez minutę, zanim ją podałam.

- Zabierz ją. Jest twoja.

Zuzia zaczęła protestować, że nie może, że to za dużo, ale ja już wiedziałam. Wiedziałam tak, jak się wie o pewnych rzeczach po siedemdziesięciu dwóch latach życia - bez argumentów, samym ciałem. Ta broszka nie powinna leżeć w szkatułce. Powinna żyć.

Potem był zegarek Henryka. Mój mąż zmarł sześć lat temu - wylew, nagły, w niedzielę po obiedzie. Został mi po nim ten zegarek, Połot, jeszcze z czasów, kiedy pracował jako elektryk w Hucie Warszawa. Nosił go trzydzieści lat. Skórzany pasek wymieniał co dwa, trzy lata, ale koperta - nieruszalna, pożółkła lekko, z ryską na szkiełku od tego jednego razu, kiedy spadł z drabiny na budowie. Bartek, nasz wnuk, syn córki Doroty, ma dwadzieścia pięć lat i te same szerokie nadgarstki co Henryk. Kiedy wpadł do mnie w październiku, założyłam mu zegarek na rękę. Pasował idealnie.

- Dziadek by chciał - powiedziałam.

Bartek patrzył na tarczę, przesunął kciukiem po szkiełku, trafił na tę ryskę i uśmiechnął się tak, jak się uśmiechają mężczyźni, kiedy nie chcą, żeby ktoś widział wzruszenie. Zabrał zegarek. Nosi go do dziś, widziałam na zdjęciu w telefonie - tam, na nadgarstku, między bluzą a dłonią, błyskał znajomy złoty okrąg.

Problem zaczął się, kiedy Dorota się dowiedziała.

Zadzwoniła w piątek wieczorem. Ja akurat kroiłam jabłka na szarlotkę, bo w sobotę miała przyjść Zuzia z narzeczonym i chciałam, żeby był domowy deser, nie kupny. Telefon leżał na blacie, włączył się głośnik.

- Mamo, muszę z tobą porozmawiać. - Głos Doroty był taki, jaki znam od lat. Kontrolowany. Uprzejmy. Z żelazem pod spodem.

- Słucham, córeczko.

- Bartek mi powiedział o zegarku taty. A Zuzia pokazała mi broszkę prababci. Mamo, jeszcze nie czas na takie rzeczy. Potem się wszystko pomiesza.

Odłożyłam nóż. Jabłko, przekrojone na pół, zaczęło brązowieć na desce.

- Co się pomiesza, Dorotko?

- No, rzeczy. Pamiątki rodzinne. Nie wiadomo, co komu, kto co dostał, czy to był prezent, czy część spadku. Trzeba to zrobić porządnie, u notariusza, z listą. Nie tak, na czuja, bo wnuczka ładnie wygląda w broszce.

Milczałam. Za oknem ktoś parkował, słychać było piszczenie cofającego samochodu.

- Mamo, ja się o ciebie martwię - dodała Dorota łagodniej. - Nie chcę, żebyś potem żałowała, że coś oddałaś, i było niezręcznie prosić o zwrot.

Chciałam jej powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak „potem" w moim przypadku. Że „potem" to jest abstrakcja, którą się karmi ludzi, żeby siedzieli cicho i czekali na odpowiedni moment, a odpowiedni moment nigdy nie przychodzi, bo zawsze jest za wcześnie, aż nagle jest za późno. Henryk umarł w niedzielę o czternastej dwadzieścia, między kompotem a drzemką. Nie było żadnego „potem".

Ale powiedziałam tylko:

- Dobrze, Dorotko. Pomyślę o tym.

I rozłączyłam się.

Tyle że ja już myślałam. Myślałam od dawna. Od pogrzebu Henryka, kiedy stałam nad grobem i patrzyłam, jak opuszczają trumnę, a na jego ręce nie było zegarka, bo sanitariusze zdjęli go w szpitalu i oddali mi w foliowej torebce. I wtedy pomyślałam po raz pierwszy: rzeczy powinny krążyć. Nie leżeć w szufladach, czekając, aż ktoś umrze i zacznie się szarpanina - kto co miał dostać, kto bardziej zasługuje, kto ma więcej pieniędzy, a komu się „należy".

Widziałam to po śmierci mamy. Trzy siostry, ja i Halina, i Jola. Mama zostawiła mieszkanie na Pradze, trochę biżuterii, serwis obiadowy. I zaczęło się. Jola uważała, że jej się należy więcej, bo się opiekowała mamą ostatnie dwa lata. Halina twierdziła, że mama obiecała jej pierścionek z rubinem. Ja milczałam, bo nie umiałam się kłócić o rzeczy kogoś, kto jeszcze wczoraj oddychał. Na końcu poszliśmy do notariusza, podzieliliśmy wszystko po równo, a z Jolą nie rozmawiałam trzy lata. Trzy lata ciszy z powodu serwisu obiadowego za pięćset złotych i pierścionka, który okazał się pozłacany.

Nie chcę tego dla moich dzieci. Dla Doroty i dla Marka, mojego syna, który mieszka w Krakowie i dzwoni raz w tygodniu, regularnie, w środy o osiemnastej. Marek zresztą, kiedy mu powiedziałam o zegarku i broszce, odparł spokojnie: „Mamo, rób jak uważasz. To twoje rzeczy". Ale Marek zawsze był spokojny. Nawet za spokojny. Nie wiem, czy naprawdę mu to nie przeszkadza, czy po prostu nie chce się wdawać.

Dorota to inna historia. Dorota chce porządku. Dorota ma tabelki w komputerze, segregatory na rachunki i kalendarz na lodówce z kolorowymi magnesami. Dorota kocha mnie, nie mam wątpliwości - ale kocha na swój sposób. Przez kontrolę. Przez „mamo, byłaś u lekarza?", „mamo, zarejestrowałaś się na NFZ?", „mamo, masz zapas leków?". I ja to rozumiem. Rozumiem, że kiedy umarł jej ojciec, świat się jej zachwiał, i od tamtej pory próbuje wszystko utrzymać w ryzach, żeby nic więcej się nie zachwiało. Ale te ramy, które buduje, czasem mnie duszą.

W sobotę, kiedy przyszła Zuzia z narzeczonym, Dorota też się pojawiła. Niespodziewanie. Z szarlotką z cukierni, chociaż wiedziała, że piekę swoją. Usiadła przy stole, piła herbatę, rozmawiała z Kubą - narzeczonym Zuzi - o cenach mieszkań. Wszystko normalnie. Ale kiedy Zuzia pochyliła się, żeby nalać mi herbaty, i broszka błysnęła na jej bluzce, zobaczyłam, jak Dorota na nią patrzy. Jedną sekundę. Może dwie. I w tych dwóch sekundach było wszystko - żal, gniew i coś jeszcze, czego nie potrafię nazwać. Może strach. Że ja się od niej oddalam. Że rozdaję siebie po kawałku, a dla niej nie zostanie nic.

Wieczorem, po wyjściu gości, siedziałam w kuchni sama. Szkatułka stała otwarta na blacie. Zostało w niej jeszcze trochę - wisiorek z bursztynem, obrączka Henryka, dwa komplety kolczyków, mosiężna papierośnica po ojcu, którą trzymam, chociaż nikt w rodzinie nie pali od dwudziestu lat. Wyjęłam obrączkę. Ciężka. Duża. Henryk miał grube palce, od pracy, od narzędzi. Pamiętam, jak mi ją pokazał po ślubie - „patrz, Tereska, już nie zdejmę" - i rzeczywiście nie zdjął przez czterdzieści jeden lat.

Komu ją dać? Dorocie? Markowi? Zostawić? I nagle usłyszałam głos córki: „mamo, jeszcze nie czas".

A może miała rację? Może rzeczywiście za wcześnie? Może robię to nie dlatego, że chcę widzieć radość wnuków, ale dlatego, że się boję? Że budzę się w nocy i nasłuchuję, czy serce jeszcze bije? Że próbuję zostawić po sobie ślady, zanim ślady zostawią mnie?

Nie wiem. Wiem tylko, że następnego dnia wyciągnęłam z szuflady kopertę i napisałam na niej: „Dla Doroty - obrączka taty i wisiorek z bursztynem". Zaklejiłam. Położyłam z powrotem do szkatułki. I jeszcze nie zdecydowałam, czy ją dam teraz - czy pozwolę jej kiedyś znaleźć.