
W sobotę byłam świadkową na ślubie Basi z klubu - panna młoda, siedemdziesiąt dwa lata, bukiet frezji, welonik do ramion. Płakał nawet organista. Córka spytała przez telefon: „a po co im to na starość?". Widziałabyś ich pierwszy taniec.
Tadeusz objął ją w pasie, delikatnie, jakby trzymał coś cennego i kruchego jednocześnie. Basia położyła głowę na jego ramieniu. Leciał Czesław Niemen - „Czy mnie jeszcze pamiętasz". Nikt się nie ruszał. Kelnerka z tacą stanęła przy ścianie i patrzyła. Dopiero kiedy Basia się zaśmiała - głośno, od serca, bo Tadeusz chyba nadepnął jej na stopę - wszyscy odetchnęli i zaczęli klaskać.
Siedziałam na krześle z serwetką przyciśniętą do oczu i myślałam: ja też chcę. I zaraz potem: co za głupota, Jolanta, masz sześćdziesiąt osiem lat, dwa endoprotezy i kota, który gryzie obcych. A jednak.
Basię poznałam cztery lata temu w klubie seniora przy ulicy Mickiewicza we Wrocławiu. Chodzę tam na gimnastykę w środy i na ceramikę w piątki. Basia prowadziła kółko brydżowe. Drobna, siwe włosy ścięte na pazia, zawsze w kolorowych apaszkach. Śmiała się tak, że słychać ją było na korytarzu. Kiedy się przedstawiłyśmy, powiedziała: „Jolka, będziemy się dogadywać, widzę po butach. Kto nosi bordowe mokasyny, ten ma charakter".
Miała rację. Dogadywałyśmy się świetnie. Basia była wdową od ośmiu lat. Jej mąż, Władek, umarł na raka trzustki. Zostawił dom pod Wrocławiem, na który Basia nie miała siły patrzeć, więc sprzedała go i kupiła mieszkanie na Krzykach. Dwupokojowe, trzecie piętro, balkon na zachód. Hodowała na nim pomidory i bazylię. Mówiła, że po śmierci Władka nauczyła się trzech rzeczy: gotować dla jednej osoby, spać po środku łóżka i nie tłumaczyć się nikomu z tego, że jest szczęśliwa.
Tadeusza spotkała w sanatorium w Kudowie-Zdrój. Opowiadała mi o tym przy herbacie, tydzień po powrocie. Oczy jej błyszczały jak nastolatce.
- Jolka, wyobraź sobie. Siedzę na ławce przed pensjonatem, czytam „Twój Styl", a tu podchodzi facet. Siwy, wysoki, w takiej koszuli w kratę. I mówi: „Przepraszam panią, ale czy to nie pani zgłaszała się na nordicwalking? Bo ja prowadzę grupę i brakuje mi jednej osoby".
- I co? - spytałam.
- I poszłam. Chociaż ja się na żaden nordicwalking nie zapisywałam. Ale miał takie spokojne oczy.
Tadeusz, siedemdziesiąt pięć lat, emerytowany nauczyciel historii z Opola. Żona odeszła dwa lata wcześniej - nie umarła, po prostu odeszła. Po czterdziestu ośmiu latach małżeństwa spakowała walizkę i wyjechała do siostry do Niemiec. Powiedziała, że ma dość. Tadeusz nie potrafił tego wytłumaczyć - powtarzał tylko, że pewnego dnia wrócił z zakupów, a na stole leżała kartka: „Nie szukaj mnie, ja po prostu chcę pożyć dla siebie".
Nie szukał. Ale przez rok prawie z nikim nie rozmawiał.
W Kudowie chodzili razem na spacery. Potem zaczęli siadać obok siebie przy obiedzie. Potem Tadeusz zaprosił Basię na koncert w parku zdrojowym. Grali Chopina. Basia powiedziała, że kiedy sięgnął po jej rękę, poczuła coś, o czym myślała, że już nigdy tego nie poczuje.
Wróciła do Wrocławia, a Tadeusz zaczął jeździć z Opola co weekend. Autobusem, bo nie miał samochodu. Trzy godziny w jedną stronę. Przywoził jej książki i czekoladowe michałki, bo ktoś mu powiedział, że to wrocławska specjalność. Basia się śmiała - „Jolka, on mi przywozi wrocławskie cukierki do Wrocławia, no powiedz, czy to nie jest słodkie?".
Problem zaczął się, kiedy Basia powiedziała córce.
Marta, czterdzieści osiem lat, mieszka w Warszawie, pracuje w banku. Konkretna, rzeczowa, od lat powtarza Basi, żeby zamontowała czujnik gazu i zrobiła testament. Kochała matkę - na swój sposób. To znaczy: dzwoniła co niedzielę, wysyłała paczki z witaminami, w Wigilię przyjeżdżała z mężem i dwójką dzieci, ale nigdy nie pytała, czy Basia jest szczęśliwa. Pewnie zakładała, że tak. Albo że na szczęście jest za późno.
Kiedy Basia powiedziała jej o Tadeuszu, cisza w słuchawce trwała chyba dziesięć sekund.
- Mamo - powiedziała w końcu Marta. - Ty chyba żartujesz.
Nie żartowała. Marta przyjechała do Wrocławia w następny weekend. Siedziały w kuchni, Basia zrobiła sernik na zimno, ten z mascarpone. Marta nie tknęła go.
- Mamo, ludzie będą gadać. Tata nie żyje trzy lata. Ten człowiek może chcieć mieszkania, pieniędzy. Nic o nim nie wiesz.
- Wiem, że ma spokojne oczy - odpowiedziała Basia.
- To nie jest argument.
- Dla ciebie nie. Dla mnie wystarczy.
Marta wyjechała. Przez trzy tygodnie nie dzwoniła. Basia udawała przede mną, że to jej nie rusza, ale widziałam, jak sprawdza telefon co godzinę na ceramice. W końcu to Basia zadzwoniła pierwsza. Marta odebrała, ale rozmowa była krótka i chłodna.
A potem Tadeusz się oświadczył. Przy kolacji, w restauracji na Rynku. Nie miał pierścionka - miał karteczkę, na której napisał: „Basiu, czy chciałabyś ze mną jeść śniadania?". Basia powiedziała mi to, a ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać, więc robiłam jedno i drugie.
Marta dostała zaproszenie na ślub pocztą. Elegancką kopertę, kremowy papier, złote litery. Nie odpowiedziała. W sobotę rano, godzinę przed ceremonią, zadzwoniła. Basia była już w sukience, ja poprawiałam jej welonik. Widziałam, jak Basia bierze telefon, jak jej ręce się trzęsą.
- Mamo, a po co wam to na starość?
Basia zamknęła oczy. Wzięła oddech. Powiedziała: „Kochanie, właśnie po to". I się rozłączyła.
Ślub był cichy, kameralny. Piętnaście osób w małym kościółku na Ostrowie Tumskim. Tadeusz miał granatowy garnitur i trzęsące się dłonie. Kiedy mówił „tak", głos mu się załamał. Proboszcz się uśmiechnął. Organista - dwudziestoparoletni chłopak ze złotym kolczykiem w uchu - płakał jak dziecko. Potem powiedział, że mu się przepraszam w oko wpadło, ale nikt mu nie uwierzył.
Na weselu było skromnie. Świetlica przy parafii, białe obrusy, kwiaty z ogródka sąsiadki. Bigos, pierogi z mięsem, tort z cukierni na rogu. Tadeusz wstał i powiedział toast: „Za to, że odwaga nie ma daty ważności". Ktoś puścił Niemena. I był ten taniec.
Kiedy wróciłam do domu, usiadłam na kanapie w ciemności. Kot wskoczył mi na kolana. Myślałam o Marcie, która nie przyjechała. O jej słowach: „po co im to na starość". O tym, że może pytała nie o matkę, ale o siebie. O swoje czterdzieści osiem lat w dobrze urządzonym mieszkaniu, z dobrze urządzonym życiem, w którym wszystko działa, ale nic nie drży.
Na stoliku leżał telefon. Przyszedł SMS od Basi: „Jolka, Tadeusz chrapie. Ale leży obok. Dobranoc".
Uśmiechnęłam się. A potem pomyślałam o sobie. O tym, że od dziesięciu lat nikt nie sięgnął po moją rękę. I że może problem nie w tym, że nikt nie sięga, a w tym, że ja ją chowam.
Na środowym klubie seniora zapisałam się na nordicwalking. Prowadzi pan Zbigniew, emerytowany elektryk z Biskupina. Nie wiem, czy ma spokojne oczy. Ale idę sprawdzić.
Marta do dziś nie zadzwoniła.