
Dwadzieścia lat odkładałam „na pogrzeb", żeby nikomu nie wisieć. Wiosną policzyłam: starczy i na pogrzeb, i na Rzym. Pojechałam. Teraz odkładam „na następny raz".
Kopertę trzymałam w szufladzie kredensu, pod obrusem na Wielkanoc, tym haftowanym przez mamę. Biała koperta, bez napisu, przewiązana recepturką. Co miesiąc wkładałam do niej banknoty - najpierw dziesiątki, potem dwudziestki, w ostatnich latach pięćdziesiątki. Nikt o niej nie wiedział. Ani Marek, póki żył. Ani córki. Ani sąsiadka Krysia, która wiedziała o mnie wszystko, łącznie z tym, że biorę tabletki na ciśnienie i że w nocy chodzę do łazienki po trzy razy.
Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata, od siedmiu jestem wdową, od trzech na emeryturze. Całe życie pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Gocławiu. Liczenie było moją drugą naturą. Liczyłam wszystko - rachunki, kalorie, dni do wakacji córek, tabletki Marka, kiedy zaczął chorować. I odkładałam. Na pogrzeb.
Bo tak mnie mama nauczyła. „Halinka, najgorsze to umrzeć i zostawić ludziom problem". Mama umarła w 2003 roku i zostawiła w słoiku po ogórkach dokładnie tyle, ile trzeba było na trumnę, wieniec, stypę w domu i obsługę na cmentarzu. Wyliczyła co do złotówki. Byłam z niej dumna i jednocześnie coś mnie ścisnęło w gardle, bo ta kobieta przez trzydzieści lat nie kupiła sobie ani jednej nowej pary butów na wyjście.
Przejęłam jej kopertę. Znaczy - nie tę samą, bo tamtą wydałam na pogrzeb taty dwa lata później, ale zasadę. Co miesiąc odłóż, żeby po tobie nie zostały długi, tylko porządek. Marek się śmiał, że jestem jedyną osobą w bloku, która ma „budżet pogrzebowy". Ale Marek się z wszystkiego śmiał, do samego końca. Nawet na oddziale onkologicznym pytał pielęgniarkę, czy do kroplówki można dolać wódki.
Kiedy odszedł, koperta wystarczyła. Na wszystko. Na mszę, na nagrobek z prawdziwego granitu, na kwiaty, na obiad w restauracji, bo nie miałam siły gotować na czterdzieści osób. Zostało jeszcze trochę. Schowałam resztę i zaczęłam odkładać od nowa.
Siedem lat minęło. Córki wyrosły, wyfrunęły - Ania do Gdańska, Magda do Wrocławia. Dzwonią w niedziele, czasem w środy. Na święta przyjeżdżają, ale coraz częściej na zmianę, bo „mamo, wiesz, Piotrek ma dyżur" albo „mamo, u teściowej w tym roku Wigilia, ale na Wielkanoc na pewno". Nie mam pretensji. Tak to wygląda. Rozumiem.
W marcu siedziałam wieczorem przy kuchennym stole i robiłam to, co co roku - przeliczałam kopertę. Banknoty ułożone nominałami, recepturka, kalkulator. Liczyłam raz, drugi, trzeci - bo nie wierzyłam. Dwadzieścia trzy tysiące czterysta złotych. Pogrzeb, nawet porządny, to jakieś dwanaście, może piętnaście. Przesadziłam.
I wtedy spojrzałam na telewizor, który leciał bez dźwięku. Jakiś program podróżniczy. Fontanna di Trevi. Plac Świętego Piotra. Schody Hiszpańskie. Kobieta w moim wieku jadła lody na ławce i śmiała się do kogoś za kadrem.
Poczułam coś dziwnego. Nie zazdrość - raczej pytanie. Takie ciche, głupie pytanie, które normalnie bym w sobie zdusiła: a dlaczego nie ja?
Następnego dnia zadzwoniłam do Ani. Nie wiem dlaczego do niej pierwszej, może dlatego, że Ania jest bardziej bezpośrednia.
- Mamo, co się stało? - spytała od razu, bo dzwoniłam w poniedziałek, a poniedziałki nie są nasze.
- Nic się nie stało. Chcę ci powiedzieć, że chyba pojadę do Rzymu.
Cisza. Długa, wyraźna cisza.
- Do Rzymu? Sama? - W jej głosie usłyszałam coś, co mnie zabolało. Nie niedowierzanie. Niepokój. Jakby powiedziała jej pięcioletnia córka, że chce wejść na dach.
- Sama. Mam pieniądze, mam paszport, mam czas. Czego mi brakuje?
- Mamo, ale ty nigdy nigdzie nie jeździłaś. Tata zawsze... No, jeździliście nad Bałtyk.
- Właśnie, Aniu. Zawsze nad Bałtyk.
Z Magdą było gorzej. Magda jest ostrożniejsza, bardziej jak ja. Powiedziała: „Mamo, a jak ci się coś stanie? A ubezpieczenie? A leki? A jak się zgubisz?". Miałam ochotę jej powiedzieć, że przez czterdzieści lat prowadziłam księgowość dla dwustu rodzin i ani razu się nie pomyliłam o grosz, więc chyba trafię z lotniska do hotelu. Ale nie powiedziałam. Powiedziałam: „Magda, ja jadę, nie pytam o pozwolenie. Informuję".
Krysia z trzeciego piętra powiedziała: „Halina, zwariowałaś? A koperta?". Bo Krysia wiedziała o kopercie - jedyna osoba na świecie. Powiedziałam jej kiedyś po kieliszku nalewki wiśniowej, w taką noc, kiedy człowiek gada za dużo.
- Starczy i na pogrzeb, i na Rzym - odpowiedziałam. - Policzyłam.
Krysia pokręciła głową, ale widziałam, że się uśmiecha.
Pojechałam w maju. Sama. Z małą walizką, z lekami w kosmetyczce, z rozkładem jazdy wydrukowanym na trzech kartkach A4, bo nie ufam telefonowi. W samolocie siedziałam przy oknie i kiedy Warszawa zaczęła się oddalać, poczułam, że serce mi wali jak przed egzaminem w technikum. Miałam sześćdziesiąt cztery lata i leciałam samolotem po raz trzeci w życiu.
Rzym mnie przewrócił do góry nogami. Nie kościołami, nie zabytkami - ludźmi. Starszymi kobietami, które siedziały w kawiarniach o dziesiątej rano i piły espresso, i śmiały się, i gestykulowały, i żyły. Nie odkładały. Nie liczyły. Żyły. Jedną z nich zagadałam - po angielsku, takim łamanym, szkolnym, ale jakoś się dogadałyśmy. Nazywała się Giulia, miała siedemdziesiąt dwa lata, była wdową od dziesięciu. Powiedziała mi coś, co zapamiętam do końca życia: „Pieniądze na pogrzeb? Moja rodzina niech się martwi. Ja się martwię o życie".
Stałam wtedy na placu Navona, z lodami pistacjowymi w ręce, w butach kupionych specjalnie na tę podróż - pierwszych nowych butach na wyjście od lat - i płakałam. Nie ze smutku. Z czegoś, na co nie mam słowa. Może z żalu za te wszystkie lata, kiedy koperta w kredensie była ważniejsza niż ja sama.
Wróciłam po sześciu dniach. Magda odetchnęła. Ania napisała SMS-a: „I jak, mamo? Żyjesz?". Żyję - odpisałam. I dodałam: „Odkładam na następny raz".
Nie napisałam jej, że w kopercie zostało teraz osiem tysięcy. Że matematycznie to za mało na porządny pogrzeb. Że Krysia, kiedy jej to powiedziałam, spoważniała i spytała: „A jak umrzesz w grudniu?". Nie napisałam, bo nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
Prawda jest taka, że nie wiem, czy postąpiłam słusznie. Mama by się przeżegnała. Magda dalej się martwi. Ania kibicuje, ale z daleka. A ja siedzę wieczorami przy tym samym kuchennym stole, przeliczam to, co zostało, i myślę o Giulii, która nie odkłada na pogrzeb.
Czasem otwieram szufladę kredensu, patrzę na kopertę i zastanawiam się: czy to jest wolność, czy egoizm? Czy mam prawo wydać pieniądze, które odkładałam, żeby moje córki nie musiały się zrzucać na trumnę? Czy może to one powinny zrozumieć, że ich matka przez dwadzieścia lat żyła o połowę, żeby umrzeć porządnie?
Nie znam odpowiedzi. Ale w przyszłym roku chcę zobaczyć Barcelonę.