Dałam siostrze pełnomocnictwo do sprzedaży działki po rodzicach - „po co masz jeździć do Radomia". W piątek przyszedł przelew, w tytule „twoja połowa": czterdzieści pięć tysięcy. W sobotę zadzwonił sąsiad z Radomia pogratulować: „sto osiemdziesiąt za taki kawałek, no, no".

Sto osiemdziesiąt tysięcy. Nie czterdzieści pięć. Sto osiemdziesiąt. Siedziałam z telefonem przy uchu i powtarzałam: „Dziękuję, panie Władku, dziękuję" - a w głowie huczało mi tak, jakby ktoś przewrócił we mnie wszystkie meble naraz.

Pan Władek jeszcze mówił coś o tym, że kupiec jest solidny, że z Kielc, że cała ulica się cieszyła, bo nowy właściciel zamierza postawić dom, a nie magazyn blaszany. Ja odłożyłam słuchawkę i otworzyłam aplikację banku. Przelew: czterdzieści pięć tysięcy złotych. Nadawca: Krystyna Wielgosz. Tytuł: „twoja połowa za działkę rodziców". Małymi literami, bez kropki.

Moja połowa. Gdyby działka poszła za dziewięćdziesiąt tysięcy, czterdzieści pięć byłoby uczciwe co do grosza. Ale poszła za sto osiemdziesiąt. Pan Władek nie miał powodu kłamać - mieszka trzy domy dalej od naszej rodzinnej parceli, znał rodziców czterdzieści lat, był na pogrzebie taty. Zadzwonił z czystej, sąsiedzkiej radości.

Więc gdzie jest reszta? Gdzie jest moje dziewięćdziesiąt tysięcy - albo choćby czterdzieści pięć, które Krysia najwyraźniej zatrzymała dla siebie?

Muszę cofnąć się o kilka miesięcy, żebyście zrozumieli, dlaczego w ogóle dałam siostrze to pełnomocnictwo. Mam na imię Jolanta, mam pięćdziesiąt osiem lat, od trzydziestu mieszkam w Poznaniu. Pracuję jako księgowa w firmie budowlanej - arkusze kalkulacyjne, faktury, przelewy. Ironia losu: całe życie pilnuję cudzych cyfr, a własne oddałam siostrze na tacy.

Krysia jest ode mnie młodsza o cztery lata. Została w Radomiu po ślubie z Dariuszem, mechanikiem. Mieszkają na osiedlu Gołębiów, dziesięć minut samochodem od działki rodziców. Kiedy tata umarł trzy lata temu, a mama rok po nim, to Krysia załatwiała wszystko na miejscu - spadek, papiery w urzędzie, wycenę działki. Ja przyjeżdżałam na pogrzeby, na czterdziestodniowe msze, na Zaduszki. Ale formalności? „Jola, po co masz jeździć do Radomia, ja to ogarnę." I ogarniała. Podpisywałam to, co przysłała kurierem. Ufałam.

Bo to moja siostra. Bo razem spałyśmy w jednym pokoju do matury. Bo Krysia trzymała mnie za rękę, kiedy rodziłam Kasię trzydzieści dwa lata temu w poznańskim szpitalu, bo akurat przyjechała w odwiedziny. Bo na pogrzebie mamy to ona wybrała kwiaty, bo wiedziała, że mama lubiła białe frezje, a ja - ja nie pamiętałam. Krysia pamiętała.

Pełnomocnictwo notarialne zrobiłam w grudniu. Krysia powiedziała, że jest chętny kupiec, ale trzeba działać szybko, bo facet patrzy na jeszcze dwie inne parcele. „Sprzedamy za uczciwe pieniądze, podzielimy po połowie, będzie na remont łazienki i jeszcze ci zostanie" - tak powiedziała przez telefon. Śmiała się. Ja też się śmiałam.

Od grudnia do marca nie pytałam o szczegóły. Krysia pisała SMS-y: „kupiec czeka na warunki zabudowy", „u notariusza w czwartek", „chyba dopniemy w kwietniu". Normalny tok spraw. Nie naciskałam. A potem przyszedł piątek, przelew i ta kwota - czterdzieści pięć tysięcy.

W sobotni wieczór, po rozmowie z panem Władkiem, zadzwoniłam do Krysi. Ręce mi się trzęsły, ale głos utrzymałam spokojny. Księgowa we mnie wzięła górę nad siostrą.

- Kryśka, dzwonił sąsiad z Radomia. Mówi, że działka poszła za sto osiemdziesiąt.

Cisza. Dwie sekundy, trzy. Potem westchnienie.

- Jola, on nie wie, o czym mówi. Ludzie gadają.

- Pan Władek nie gada. Pan Władek widział, jak kupiec chodził z geodetą. Pytam wprost: za ile sprzedałaś?

Kolejna cisza, dłuższa. Usłyszałam, jak Krysia zamyka drzwi - pewnie przechodziła do drugiego pokoju, żeby Dariusz nie słyszał.

- Jola, to nie jest tak, jak myślisz. Były koszty. Notariusz, podatek, pośrednik. Ja z tych pieniędzy spłaciłam też zaległy podatek od nieruchomości za trzy lata, bo nikt go nie płacił po mamie. I dojazdy moje, i czas, i...

- Za ile sprzedałaś, Kryśka? - powtórzyłam.

- Za sto pięćdziesiąt - powiedziała w końcu. Ciszej niż normalnie. - Ale po odliczeniu kosztów wyszło dziewięćdziesiąt netto. Wzięłam równo po czterdzieści pięć. Uczciwie.

Pan Władek mówił sto osiemdziesiąt. Krysia mówi sto pięćdziesiąt. Koszty trzydzieści tysięcy? Przy transakcji działki? Może. A może nie. Siedzę w księgowości dwadzieścia pięć lat. Wiem, ile kosztuje notariusz, wiem, jaki jest podatek od sprzedaży nieruchomości, jeśli minęło pięć lat od nabycia - a od śmierci mamy minęły dwa, więc podatek faktycznie był. Ale trzydzieści tysięcy kosztów? Nawet gdyby doliczyć pośrednika, geodetę i trzy lata zaległego podatku od nieruchomości - to maks dziesięć, może dwanaście tysięcy.

Nie powiedziałam tego wtedy. Powiedziałam tylko: „Dobrze, Krysia. Pogadamy." Rozłączyłam się i przez godzinę patrzyłam na ścianę w kuchni, na zdjęcie z Wigilii sprzed pięciu lat - mama, tata, ja, Krysia, nasze dzieci. Mama trzymała miskę z kutią, bo od kilku lat robiła kutię zamiast kompotu, nie wiadomo czemu. Tata stał z boku, w tej swojej koszuli w kratę, i się uśmiechał.

W poniedziałek zadzwoniłam do biura pośrednika nieruchomości w Radomiu. Przedstawiłam się, powiedziałam o pełnomocnictwie, poprosiłam o kopię umowy. Pani z biura była uprzejma: „Oczywiście, wyślemy mailem, pani Krystyna zostawiła adres kontaktowy, ale muszę potwierdzić tożsamość." Godzinę później miałam skan. Kwota transakcji: sto siedemdziesiąt osiem tysięcy złotych. Prowizja pośrednika: pięć tysięcy trzysta. Czarno na białym.

Więc nie sto pięćdziesiąt. Nie sto osiemdziesiąt, jak mówił pan Władek - on zaokrąglił. Sto siedemdziesiąt osiem. Krysia okłamała mnie co do kwoty o prawie trzydzieści tysięcy. A po odliczeniu realnych kosztów moja połowa powinna wynieść grubo ponad siedemdziesiąt, nie czterdzieści pięć.

Od tamtego poniedziałku minął tydzień. Akt notarialny mam zeskanowany. Potwierdzenie przelewu mam. Historię SMS-ów od Krysi mam. Mogłabym pojechać do Radomia, usiąść naprzeciwko siostry i położyć to wszystko na stole. Albo mogłabym napisać do prawnika. Albo mogłabym po prostu zadzwonić i powiedzieć: „Wiem, Kryśka. Wiem wszystko."

Ale jest jeszcze trzecia opcja. Ta, o której myślę w nocy, kiedy przewracam się z boku na bok. Opcja, w której odpuszczam. Nie dlatego, że Krysia ma rację - bo nie ma. Nie dlatego, że czterdzieści pięć tysięcy to mało - bo to dużo, ale brakujące trzydzieści to też dużo. Tylko dlatego, że Krysia jest jedyną osobą na świecie, która pamięta zapach mamy. Która wie, jak tata pogwizdywał przy goleniu. Która powie „pamiętasz, jak..." i dokończy zdanie tak, że serce ściska.

Moja córka Kasia mówi: „Mamo, ona cię okradła, przecież to kradzież." Mój mąż Andrzej mówi: „Rób jak uważasz, ale nie patrz na mnie, jak za pół roku znowu będziesz płakać." Koleżanka z pracy mówi: „Za trzydzieści tysięcy można kupić dużo świętego spokoju albo dużo żalu."

Dzisiaj jest czwartek. Na telefonie mam niedokończoną wiadomość do Krysi. Zaczyna się od: „Kryśka, muszę Ci powiedzieć, że sprawdziłam..." - i dalej kursor miga na pustym ekranie. Nie wiem, jak kończy się to zdanie. Nie wiem, czy je wyślę.

Na lodówce wisi magnes z Krynicy - kupiłyśmy go z Krysią trzy lata temu, kiedy pojechałyśmy razem do sanatorium po pogrzebie taty. Wieczorami piłyśmy herbatę z cytryną na balkonie i Krysia mówiła: „Dobrze, że mamy siebie, Jola. Dobrze, że mamy siebie."

Trzydzieści tysięcy złotych. Tyle kosztuje odpowiedź na pytanie, czy nadal mamy.