Od trzech urodzin dostaję od córki „voucher na nasz wspólny teatr" - własnoręcznie rysowany kartonik z kokardką. Trzy leżą w szufladzie, przewiązane gumką. W teatrze nie byłyśmy ani razu. Co roku słyszę to samo: „w tym roku na pewno pójdziemy, mamuś".

Dzisiaj rano otworzyłam tę szufladę, żeby szukać zapasowych baterii do pilota. Wyjęłam kartoniki, położyłam na blacie obok kubka z herbatą i patrzyłam na nie chyba z dziesięć minut. Pierwszy - z niebieską kokardką przyklejoną na krzywo. Drugi - z narysowaną kurtyną i napisem „Dla Najlepszej Mamy". Trzeci - najładniejszy, bo Patrycja w końcu kupiła porządne flamastry. Trzy małe prostokąty, trzy obietnice. Ani jednego biletu.

Mam na imię Halina, w maju skończę sześćdziesiąt dwa lata. Całe życie przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w prywatnej firmie transportowej, aż do emerytury. Mąż Zbigniew odszedł osiem lat temu, nie ode mnie - z tego świata. Zawał serca na działce ROD, między grządką pomidorów a malinami. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach, z kotką Filką i stosem albumów ze zdjęciami, które oglądam częściej, niż powinnam.

Patrycja jest moją jedyną córką. Ma trzydzieści cztery lata, męża Tomka, dwójkę dzieci - Zosię i Kubusia. Mieszkają dwadzieścia minut ode mnie autobusem. Dwadzieścia minut. Czasami wydaje mi się, że to dwadzieścia godzin.

Nie chcę być tą matką. Tą, która narzeka, że dzieci nie dzwonią. Tą, która liczy dni między wizytami i robi z tego wyrzuty. Moja własna mama, Jadwiga, była taka - pamiętam jej zaciśnięte usta, kiedy przyjeżdżałam po dwóch tygodniach zamiast po jednym. Pamiętam, jak obiecywałam sobie, że nigdy nie będę naciskać. Że dam córce przestrzeń. Że będę nowoczesną matką.

I co? Daję tę przestrzeń. Tyle jej daję, że się w niej gubię.

Bo to nie jest tak, że Patrycja mnie nie kocha. Ona dzwoni. W niedziele, zwykle koło południa, kiedy Zosia ogląda bajki, a Kubuś śpi po obiedzie. Rozmowa trwa siedem, może dziesięć minut. „Co u ciebie, mamo?" - „Dobrze, a u was?" - „Też dobrze, tylko Tomek znowu w delegacji" - „A Zosia?" - „Zosia zdrowa, ząb jej wyrósł" - „Jaki ząb?" - „Szósty, mamo, ten trzonowy" - „Aha". I cisza. I „to buziaki, mamo, muszę lecieć".

Buziaki. Muszę lecieć.

Kiedy trzy lata temu dostałam od niej pierwszy voucher, popłakałam się. Naprawdę. Patrycja przyszła na moje urodziny z dziećmi i Tomkiem, przyniosła ciasto z cukierni - nie piekła sama, bo „nie miała czasu, mamo, ale to z tej dobrej, wiesz, na Garbary" - i ten kartonik. Rysowany kredkami Zosi, bo widać było ślady małych paluszków na rogach.

„Mamo, to voucher! Pójdziemy razem do teatru, we dwie, jak kiedyś, pamiętasz? Jak chodziłyśmy na Czerwonego Kapturka do Teatru Animacji?"

Pamiętałam. Patrycja miała wtedy sześć lat, wczepiła mi się w rękaw płaszcza, kiedy wilk wyskoczył zza kurtyny, i szepnęła: „Mamusiu, trzymaj mnie, bo się boję, ale nie chcę wychodzić". Pamiętałam to tak wyraźnie, że poczułam zapach jej dziecięcych włosów - szampon rumiankowy, taki w żółtej butelce.

„Pójdziemy, córeczko" - powiedziałam wtedy. - „Kiedy chcesz?"

„Umówimy się, mamo. Sprawdzę repertuar."

Nie sprawdziła. Albo sprawdziła i nie znalazła czasu. Nie wiem. Nie pytałam, bo nie chcę być tą matką.

Rok później - drugi kartonik. Ładniejszy, z prawdziwą wstążeczką. „Mamuś, pamiętam, że się nie udało w tamtym roku, ale w tym na pewno pójdziemy! Obiecuję!" Tomek stał z tyłu i kiwał głową. „Na pewno się uda, teściowo" - dodał z tym swoim uśmiechem, który jest uprzejmy, ale nigdy ciepły.

Trzeci kartonik dostałam w maju zeszłego roku. Wtedy już nie płakałam. Powiedziałam „dziękuję, kochanie" i schowałam go do szuflady, do tamtych dwóch. Gumkę recepturkę wzięłam z pęczka pietruszki. Związałam je razem, bo tak jakoś wypadało. Jak rachunki.

Krysia z parteru, moja jedyna prawdziwa przyjaciółka, powiedziała mi kiedyś przy herbacie: „Halina, po prostu jej powiedz. Powiedz, że ci na tym zależy. Że chcesz iść".

A ja na to: „Przecież ona wie, że chcę".

„Skąd ma wiedzieć, jak ty nigdy nie mówisz?"

Krysię zatkało, kiedy jej odpowiedziałam, że mówienie to nie moja rola. Że to ona obiecała. Że ja nie muszę prosić o coś, co mi podarowano. Że prezent, który trzeba samemu sobie realizować, to nie prezent - to zadanie domowe.

Krysia pokiwała głową i zmieniła temat na wnuki.

Ale te słowa - „powiedz jej" - zostały gdzieś we mnie. Uwierały jak kamyk w bucie. Bo może Krysia ma rację? Może milczę, bo tak mnie nauczono? Mama milczała, babcia milczała, ciotka Lucyna milczała aż do grobu. Milczałyśmy, a potem robiłyśmy się gorzkie.

Nie chcę być gorzka. Ale nie chcę też prosić.

W zeszłą środę Patrycja zadzwoniła niespodziewanie w środku tygodnia. Myślałam, że coś się stało. Nic się nie stało - chciała poprosić, żebym w piątek odebrała Zosię ze szkoły, bo ma spotkanie w pracy.

„Jasne, córeczko" - powiedziałam od razu.

I wtedy, nie wiem skąd, dodałam: „Patrycja, a może w sobotę poszłybyśmy do teatru? Grają Iwonę, księżniczkę Burgunda. Widziałam plakat na przystanku".

Cisza. Krótka, ale wyraźna.

„W sobotę? Mamo, w sobotę Tomek wraca z Gdańska, obiecaliśmy dzieciom zoo..."

„Rozumiem."

„Ale pójdziemy! Na pewno pójdziemy. Może za dwa tygodnie? Sprawdzę, dobrze?"

„Dobrze."

Rozłączyłam się i usiadłam w kuchni. Filka wskoczyła mi na kolana. Za oknem kwitła jabłoń sąsiada z parteru. Piękna, muszę przyznać. Piękna i zupełnie obojętna na to, czy ktoś na nią patrzy.

Dziś rano, po tych dziesięciu minutach z kartonikami, zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam. Włączyłam komputer - stary laptop, który Tomek mi kiedyś skonfigurował - weszłam na stronę teatru i kupiłam dwa bilety. Na sobotę za trzy tygodnie. Wieczorny spektakl. Rząd ósmy, miejsca przy przejściu, żeby wygodnie.

Potem wyciągnęłam telefon i napisałam do Patrycji SMS-a. Krótkiego: „Kupiłam bilety do teatru, 7 czerwca, sobota, 19:00. Dla nas dwóch. Powiedz, czy będziesz".

Odpowiedź przyszła po czterech godzinach. Cztery godziny - zdążyłam zjeść obiad, podlać kwiaty na balkonie, dwa razy sprawdzić telefon i raz powiedzieć sobie głośno „przestań, Halina".

„Mamo, super! Postaram się! ❤️"

Postaram się. Nie „będę". Nie „na pewno". Postaram się.

Schowałam telefon do kieszeni fartucha i podeszłam do szuflady. Wyjęłam kartoniki, pogładziłam je kciukiem i włożyłam z powrotem. Nie wyrzuciłam. Nie podarłam. Ale gumkę zacisnęłam mocniej.

Drugi bilet leży na komodzie w przedpokoju. Jeśli siódmego czerwca Patrycja nie przyjdzie, pójdę sama. Albo z Krysią. Albo dam go komuś na przystanku - jakiejś kobiecie, która też dawno nie była w teatrze.

Ale bilet tam leży. I tym razem czekam tylko do siódmego.