Na wieczorku w klubie seniora poznałam pana Tadeusza. Odprowadza mnie do klatki i nosi siatki z Biedronki. Córka na wieść o nim nie zapytała, czy jestem szczęśliwa. Zapytała: „a co z mieszkaniem, jak on się wprowadzi?".

To zdanie wbiło mi się pod żebra jak drzazga. Nie dlatego, że było złośliwe - Renata nie jest złośliwa. Dlatego, że było pierwsze. Pierwsze, jedyne i ostateczne. Jakby całe moje życie dało się zmieścić w czterdziestu siedmiu metrach kwadratowych na trzecim piętrze bloku przy Fieldorfa.

Tadeusza poznałam w lutym, na wieczorku walentynkowym w klubie seniora na osiedlu Tysiąclecia. Śmieszna nazwa na tę imprezę - kilkanaście emerytów, herbata w papierowych kubkach, ciastka z Lidla i pan Zdzisław, który obsługiwał przenośne nagłośnienie. Grali Marylę Rodowicz i Budkę Suflera. Siedziałam przy stoliku z Krysią z mojej klatki i Wandą z czwartego piętra, kiedy podszedł wysoki, trochę przygarbiony mężczyzna w kraciastej koszuli i zapytał, czy może się dosiąść.

- Proszę bardzo - powiedziała Krysia, zanim zdążyłam otworzyć usta. - Halinka jest wdową, a ja mężatkę tylko gram.

Wanda się roześmiała. Ja poczułam, jak mi policzki robią się gorące, jakbym miała piętnaście lat, a nie sześćdziesiąt trzy. Tadeusz usiadł, przedstawił się i zapytał, czy lubię tę piosenkę. Leciało „Jolka, Jolka, pamiętasz". Powiedziałam, że wolę „Takie tango". Uśmiechnął się i powiedział: „Ja też".

To było tyle. Tyle wystarczyło.

Mój mąż Andrzej odszedł pięć lat temu. Rak trzustki - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Nie zdążyłam się przygotować, choć ludzie mówili, że przy tej chorobie jakoś się przygotowujesz. Nieprawda. Zostajesz z szafą pełną jego koszul, z zapamiętanym odgłosem klucza w zamku o siedemnastej piętnaście i z ciszą, która jest gorsza niż jakikolwiek hałas.

Po Andrzeju zostało mi mieszkanie - to własnościowe, spółdzielcze, wykupione jeszcze w dziewięćdziesiątych. Dwa pokoje z kuchnią, balkon na podwórko. Renata, jedyna córka, mieszka z mężem Darkiem i dwójką dzieci po drugiej stronie Poznania, na Ratajach. Mają kredyt na swoje cztery pokoje. Pracują oboje - ona w aptece, on coś w logistyce. Mamy dobre relacje. Znaczy, tak myślałam.

Tadeusz zaczął mnie odprowadzać po wieczorkach. Najpierw do przystanku, potem pod klatkę. Emerytowany kolejarz, siedemdziesiąt lat, wdowiec od trzech. Mieszka na Wildzie, w kawalerce po matce, sam. Ma syna w Gdańsku, który dzwoni w niedziele i na imieniny. Tadeusz chodzi prosto, choć trochę garbato. Ma duże dłonie, ciepłe, i sposób mówienia, jakby nigdy się nie spieszył.

W marcu zaczął nosić mi siatki z Biedronki. Nie prosiłam. Po prostu pewnego dnia zadzwonił domofon, a on stał na dole z torbą, w której było mleko, chleb i jabłka. „Byłem, to wziąłem, bo pani mówiła, że kolano boli przy schodach" - powiedział. I tyle. Żadnych wielkich gestów, żadnych kwiatów i kolacji. Siatki z Biedronki. Dla mnie to było więcej niż ktokolwiek zrobił od pięciu lat.

W kwietniu poszliśmy na spacer nad Maltę. Usiedliśmy na ławce, on kupił mi loda na patyku. Trzymał mnie za rękę i milczał, a ja słuchałam, jak kaczki kłócą się o kawałek bułki, i myślałam: czy to jest szczęście? Bo jeśli tak, to nie potrzebuje fajerwerków. Wystarczy ciepła dłoń i ktoś, kto pamięta, że bolą mnie kolana.

Renata wpadła w majówkę. Przywiozła mi krem do rąk i sernik od teściowej. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną, i wtedy jej powiedziałam. Spokojnie, z uśmiechem nawet, bo myślałam, że będzie się cieszyć. „Renatko, poznałam kogoś. Ma na imię Tadeusz. Jest bardzo dobry dla mnie".

Córka odstawiła kubek. Patrzyła na mnie przez chwilę, jakbym powiedziała, że wybieram się na Marsa. Nie zapytała, jak wygląda. Nie zapytała, co czuję. Nie zapytała nawet, kiedy go pozna.

- Mamo, a co z mieszkaniem, jak on się wprowadzi?

Cisza. Słyszałam, jak lodówka mruczy za moimi plecami. Na blacie stygła herbata. Sernik od teściowej leżał nienaruszony na talerzyku z kwiatowym wzorem - pamiątce po mojej mamie.

- Nikt nie mówi o wprowadzaniu się - odpowiedziałam cicho.

- Ale mamo, bądź poważna. Ty masz sześćdziesiąt trzy lata. Ten pan ile? Siedemdziesiąt? Jak zachoruje, kto się nim zajmie? Ty? A jak mu przepiszesz mieszkanie? Jak coś ci się stanie? To jest nasze mieszkanie, mamo. Rodzinne.

Nasze. Rodzinne. Mieszkanie, w którym żyję sama od pięciu lat. Mieszkanie, w którym Renata nie nocowała ani razu od śmierci ojca, bo „u nas jest więcej miejsca, mamo, przyjeżdżaj ty do nas". Nasze.

- Renatko, ja nie chcę nikomu nic przepisywać. Ja chcę mieć z kim porozmawiać wieczorem.

- To dzwoń do mnie.

- Dzwonię. Mówisz, że jesteś zajęta.

Renata zacisnęła usta. Wiedziałam, że ją zabolało. Nie chciałam tego. Ale to była prawda i obie o tym wiedziałyśmy. Córka wyjechała po godzinie. Sernik zabrała z powrotem - „dla dzieci, szkoda, żeby się zmarnował". Nie pocałowała mnie na pożegnanie. Albo ja tego nie pamiętam - może moje poczucie krzywdy dorysowało tę scenę.

Przez następne dwa tygodnie Renata się nie odzywała. Ja też nie dzwoniłam. Tadeusz przychodził, piliśmy herbatę na balkonie, patrzyli na kasztany, które właśnie zakwitły. Opowiadał mi o pociągach, o trasie do Wrocławia, którą jeździł przez dwadzieścia osiem lat. Ja opowiadałam o Andrzeju - i to nie bolało. Pierwszy raz nie bolało.

W końcu zadzwoniła Renata. Głos miała rzeczowy, jakby prowadziła rozmowę w aptece.

- Mamo, rozmawiałam z Darkiem. Uważamy, że powinnaś się zabezpieczyć. Może akt notarialny, dożywocie, żebyś miała pewność, że to mieszkanie zostanie w rodzinie. To nie jest nic przeciwko temu panu. To jest rozsądek.

Rozsądek. Piękne słowo. Zimne jak kafle w łazience o szóstej rano.

- Renata, ja jeszcze żyję - powiedziałam. - I to jest moje mieszkanie. Nie nasze. Moje.

Odłożyła słuchawkę. Tym razem na dłużej.

Tadeusz o niczym nie wie. To znaczy - wie, że mam córkę, że córka jest z Rataj, że pracuje w aptece. Nie wie o tamtych rozmowach. Nie chcę go w to mieszać, bo to nie jest jego problem. To jest problem między mną a Renatą, i chyba nie chodzi wcale o mieszkanie. Chodzi o to, że Renata nie potrafi sobie wyobrazić, że jej matka jest kimś więcej niż strażniczką pamiątek po ojcu.

A może ja jestem niesprawiedliwa. Może Renata naprawdę się boi, że ktoś mnie skrzywdzi. Może ten „rozsądek" to jej forma troski, jedyna, jakiej się nauczyła. Bo my w tej rodzinie nigdy nie umieliśmy mówić wprost. Andrzej mówił „zimno" zamiast „chodź do mnie". Ja mówiłam „jedz" zamiast „kocham cię". Renata mówi „akt notarialny" zamiast „mamo, boję się, że cię stracę".

Wczoraj wieczorem Tadeusz odprowadził mnie pod klatkę. Staliśmy przy drzwiach, lampa migała nad naszymi głowami, pachniało bzem z podwórka. Powiedział: „Halinko, ja niczego nie potrzebuję. Tylko żebyś ty chciała, żebym przychodził".

Chcę. Boże, jak ja chcę.

Ale kiedy weszłam na górę i zamknęłam za sobą drzwi, stanęłam w przedpokoju i patrzyłam na zdjęcie Andrzeja na komodzie, na meblościankę, którą kupiliśmy w dziewięćdziesiątym czwartym, na serwetki szydełkowe od mamy, i pomyślałam, że te czterdzieści siedem metrów kwadratowych to nie jest mieszkanie. To jest klatka. I nie wiem, czy chcę ją otworzyć, czy się w niej zamknąć na dobre.

Jutro jest czwartek. Wieczór w klubie seniora. Zdzisław pewnie znów puści Budkę Suflera. Tadeusz pewnie znów zapyta, czy może się dosiąść. A ja pewnie znów powiem tak - bo to jedyne słowo, które przychodzi mi łatwo.

Gorzej z tym drugim. Z tym, które powinnam powiedzieć Renacie.