Dzieci zabrały mnie „na wycieczkę": pokazać, jak ładnie jest w nowym domu seniora pod miastem. Ogród, świetlica, „pokoje jak w hotelu, mamo!". Zachwycali się głośno, ja oglądałam w milczeniu. Przy wyjściu wzięłam ulotkę: „macie rację, pięknie. Zapiszę was, jak dorośniecie do wieku". Wycieczek więcej nie było.

Ta ulotka do dziś leży w szufladzie mojej meblościanki, pod albumem ze zdjęciami z komunii Basi. Złożona na czworo, z odciśniętym kciukiem na rogu. Czasem na nią patrzę i myślę, że tamtego dnia powiedziałam jedyne słuszne zdanie w swoim życiu. A może najgorsze. Sama już nie wiem.

Nazywam się Halina, w czerwcu skończę siedemdziesiąt trzy lata. Całe życie spędziłam w tym samym mieszkaniu na Gocławiu - trzecie piętro, blok z wielkiej płyty, widok na plac zabaw, który pamiętam jeszcze z piaskownicą drewnianą, a teraz stoi tam kolorowa zjeżdżalnia. Trzydzieści osiem lat temu wprowadziliśmy się tu z Tadeuszem, kiedy dostał przydział. Tadeusz był elektrykiem w zakładach na Pradze, ja pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Dwójka dzieci - Basia i Marek. Normalne, polskie życie.

Tadeusz odszedł sześć lat temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Umarł we wrześniu, akurat kiedy zaczęły spadać kasztany z drzewa pod naszym oknem. Od tamtej pory mieszkam sama. I właśnie to „sama" zaczęło moim dzieciom przeszkadzać.

Nie od razu. Przez pierwsze dwa lata było nawet dobrze. Basia przyjeżdżała co niedzielę z Piaseczna, Marek dzwonił z Wrocławia regularnie, na święta zjeżdżali się oboje z rodzinami. Wigilia u mamy, jak zawsze - barszcz, pierogi, karp, sernik na spodzie z herbatników. Dwanaście potraw, bo Tadeusz tak lubił, a ja nie umiałam przestać.

Pierwsze sygnały przyszły po cichu, jak przeciąg pod drzwiami. Basia zaczęła pytać, czy dam sobie radę z zakupami. Marek dzwonił i prosił, żebym nie wchodziła na taboret po firanki. „Mamo, a może byś kogoś wynajęła do sprzątania?" „Mamo, a nie za dużo tych schodów na trzecie piętro?"

Nie byłam głupia. Wiedziałam, dokąd to zmierza. Ale milczałam, bo myślałam, że może się mylę. Że może naprawdę się martwią, a nie kombinują. Bo to moje dzieci. Których karmiłam, uczyłam tabliczki mnożenia, prowadziłam na basen w soboty. Moje dzieci by mnie nie zdradziły.

„Wycieczka" wydarzyła się w maju ubiegłego roku. Basia zadzwoniła w środę, co było dziwne, bo zawsze dzwoniła w niedzielę po obiedzie. „Mamo, w sobotę cię zabieramy, przyjedzie też Marek z Wrocławia. Taka niespodzianka." Ucieszyłam się. Naprawdę się ucieszyłam. Pomyślałam, że może na działkę do koleżanki Basi, albo na obiad gdzieś za miasto. Włożyłam tę granatową bluzkę, którą Tadeusz lubił, i nowy szalik w kwiaty.

Przyjechali oboje. Marek prowadził, Basia siedziała z przodu, ja z tyłu. Jechaliśmy może dwadzieścia minut za Warszawę. Gadali dużo, za dużo. O pogodzie, o dzieciach, o remoncie u Marka. Jakby zapełniali ciszę, żeby się w niej nie zmieściło pytanie, które ja już zaczynałam formułować w głowie.

Zjechaliśmy z drogi w aleję wysadzaną młodymi lipami. Na końcu stał budynek - niski, biały, z dużymi oknami. Przed wejściem klomby z tulipanami i ławki. Wyglądało ładnie. Bardzo ładnie. I właśnie to „ładnie" mnie zmroziło, bo żadne z moich dzieci nigdy nie wpadło na pomysł, żeby zabrać mnie gdzieś, gdzie jest ładnie, bez powodu.

- Mamo, popatrz, jaki ogród - powiedziała Basia takim głosem, jakim zachęcała kiedyś swoją córkę do jedzenia brokuła. - Chodźmy zobaczyć w środku.

Czekała na nas pani Katarzyna. Schludna, uśmiechnięta, z identyfikatorem na smyczy. „Dzień dobry, państwo umówieni, proszę za mną." Więc byli umówieni. Oboje. Na tę „niespodziankę".

Pani Katarzyna prowadziła nas korytarzami pachnącymi nowością. Pokazywała pokoje - jasne, z łazienkami, z widokiem na ogród. Świetlicę z telewizorem i regałem książek. Jadalnię z białymi obrusami. „Pokoje jak w hotelu, mamo!" - powtarzał Marek, jakby cytował ulotkę. Basia kiwała głową i ściskała mnie za łokieć. Czułam jej dłoń - spoconą, niespokojną.

Szłam w milczeniu. Patrzyłam na twarze mieszkańców - starszych ode mnie, niektórych młodszych, siedzących w fotelach, patrzących przez okna. Jedna kobieta robiła na drutach. Inny pan czytał gazetę. Nikt nie wyglądał na nieszczęśliwego. Ale nikt też nie wyglądał na kogoś, kto sam tu przyjechał.

Przy wyjściu stał stolik z ulotkami. Wzięłam jedną. Zrobiło się cicho. Marek otwierał usta, jakby chciał coś powiedzieć - może coś o cenie, o warunkach, o liście oczekujących. Nie zdążył.

- Macie rację - powiedziałam spokojnie, chowając ulotkę do torebki. - Pięknie tu. Zapiszę was, jak dorośniecie do wieku.

Basia zrobiła się czerwona. Marek odwrócił wzrok. Pani Katarzyna uśmiechnęła się profesjonalnie i podała mi rękę na pożegnanie. W drodze powrotnej nikt się nie odezwał. Radio grało coś cichego, nie pamiętam co. Wysiedli pod moim blokiem, pocałowali mnie w policzek, powiedzieli „pa, mamo". Odjechali.

Tego wieczoru zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w fotelu Tadeusza i płakałam. Nie ze złości. Z czegoś gorszego - z rozczarowania tak głębokiego, że nie miało dna. Bo ja wychowałam te dzieci na to, żeby robiły pierogi z babcią, a nie żeby szukały mi pokoju z widokiem na ogród i „opieką dwadzieścia cztery godziny".

A potem przyszła myśl, której nie chciałam, ale która przyszła: a może one mają rację? Może ja naprawdę nie daję sobie rady, a tylko udaję? Może te schody na trzecie piętro, i ta kuchnia, w której zapominam wyłączyć gaz, i ta noc, kiedy potknęłam się o dywan i leżałam na podłodze dwadzieścia minut, zanim się podniosłam - może to wszystko jest prawdą, której ja nie chcę widzieć?

Od tamtego dnia minął rok. Basia dzwoni rzadziej. Marek pisze SMS-y: „Mamo, jak się czujesz?" - dwa, trzy razy w miesiącu. Na Wigilię przyjechali, ale było inaczej. Ciszej. Basia unikała mojego wzroku nad barszczem. Marek pochwalił sernik i szybko poszedł palić na balkon.

Nikt nie wspomniał o tamtej wycieczce. Nikt nie przeprosił. Nikt nie zapytał, czy mnie to zabolało. A ja nie powiedziałam, bo nie wiem, jak powiedzieć dzieciom: „skrzywdziliście mnie" - kiedy one pewnie są przekonane, że chciały dobrze.

Czasem wieczorami siedzę w tym fotelu i rozmawiam z Tadeuszem. Głupio to brzmi, wiem. Ale mówię do niego: „Tadek, powiedz, czy ja jestem uparta, czy one są okrutne?". Tadeusz oczywiście nie odpowiada. Zegar tyka. Sąsiadka z dołu puszcza telewizor za głośno. Normalne życie w bloku na Gocławiu.

Ulotkę trzymam w szufladzie. Nie wyrzuciłam jej. Może dlatego, że chcę pamiętać ten dzień. A może dlatego, że gdzieś w środku - bardzo, bardzo głęboko - wiem, że kiedyś sama ją stamtąd wyjmę i zadzwonię pod ten numer. Tylko chcę, żeby to była moja decyzja. Nie ich wycieczka.

Czy to za dużo oczekiwać od własnych dzieci?