
Dziesięć lat temu napisałam dzieciom list „otworzyć po mojej śmierci" - podziękowania, wyjaśnienia, przepisy. W maju wyjęłam go z szuflady i rozdałam przy niedzielnym rosole: „po co macie czytać, jak mnie nie będzie. Czytajcie teraz, póki mogę usłyszeć odpowiedź". Czytali w ciszy, córka dwa razy wychodziła do łazienki. Odpowiadają do dziś.
Rosół stygł. Makaron pęczniał w garnku i nikt nie zwracał na to uwagi - nawet ja, choć normalnie nie znoszę rozgotowanego makaronu. Patrzyli na mnie, a ja patrzyłam na swoje dłonie, bo nagle zrobiło mi się głupio, że jestem jeszcze żywa i siedzę naprzeciwko nich, zamiast leżeć gdzieś cicho pod kocem wieczności.
Ale zacznę od początku. Od tego, dlaczego w ogóle usiadłam kiedyś do pisania listu, który miał być przeczytany dopiero po pogrzebie.
Miałam wtedy sześćdziesiąt dwa lata. Stanisław nie żył od roku - zawał na działce, między grządką pomidorów a malinami. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu, z emeryturą po dwudziestu ośmiu latach pracy w księgowości w fabryce kabli i z poczuciem, że zaraz będzie moja kolej. Nie dlatego, że byłam chora. Po prostu po śmierci Staszka wszystko nabrało takiego dziwnego pośpiechu. Sąsiadki na osiedlu umierały jedna po drugiej - Halinka z czwartego piętra, potem Krysia z parteru. Człowiek zaczynał liczyć.
Mam trójkę dzieci. Tomek, najstarszy, mechanik, mieszka w Poznaniu z żoną Agnieszką i dwójką synów. Marzena, środkowa, nauczycielka w szkole podstawowej tu, w Warszawie - rozwódka, samotnie wychowuje Zosię. I Darek, najmłodszy, który wyjechał do Wrocławia za dziewczyną, za pracą, za czymś, czego nigdy do końca nie nazwał, a ja nigdy do końca nie zapytałam.
Tamtego wieczoru, rok po pogrzebie Staszka, usiadłam przy kuchennym stole z długopisem i zeszytem w kratkę - takim zwykłym, szkolnym. I zaczęłam pisać. Najpierw chciałam tylko zostawić przepis na sernik, bo Marzena nigdy nie mogła zapamiętać proporcji. Ale potem ręka sama poszła dalej.
Napisałam Tomkowi, że mi przykro za tamten rok, kiedy nie przyjechałam na komunię jego starszego syna. Że to nie była złośliwość, tylko strach przed Agnieszką, która tydzień wcześniej powiedziała mi przez telefon, żebym „przestała się wtrącać w wychowanie chłopców". Napisałam, że miała rację. I że mnie to bolało. Jedno i drugie.
Marzenie napisałam o jej ojcu. O tym, że Stanisław nie był idealnym mężem. Że były lata, kiedy prawie odeszłam - dwa razy pakowałam walizkę, raz nawet dojechałam na dworzec. Wróciłam, bo nie miałam dokąd jechać i bo kochałam te troje dzieci bardziej niż nienawidziłam jego milczenia. Napisałam jej: „nie powtarzaj moich błędów, ale nie myśl też, że byłam nieszczęśliwa. Życie jest bardziej skomplikowane niż to, co widzi dziecko".
Darkowi napisałam najmniej. I zarazem najtrudniej. Napisałam, że wiem. Że od lat wiem, że jego „dziewczyna z Wrocławia" to nie dziewczyna. Że widziałam kiedyś na jego telefonie wiadomość od Marcina, z serduszkiem. Że nie powiedziałam nic, bo bałam się, że on powie „to nie twoja sprawa, mamo" - i będzie miał rację. Napisałam: „jesteś moim synem i kocham cię dokładnie tak samo jak tamte dwoje. Przepraszam, że nigdy tego nie powiedziałam na głos".
Na końcu dopisałam przepis na sernik, na bigos i na rosół. Schowałam zeszyt do koperty, zakleiłam, napisałam „otworzyć po mojej śmierci" i wsunęłam między rachunki za prąd w dolnej szufladzie sekretarzyka.
Dziesięć lat. Dziesięć lat ta koperta leżała między ZUS-owskimi drukami i starymi polisami. Trzy razy przenosiłam ją do nowej szuflady, kiedy robiłam porządki. Za każdym razem sprawdzałam, czy klej trzyma. Trzymał.
A potem w kwietniu trafiłam do szpitala. Nic groźnego - żółciówka, operacja, tydzień na oddziale. Ale tam, na sali z trzema innymi kobietami, jedna rzecz mnie uderzyła. Kobieta na łóżku obok - Bożena, sześćdziesiąt osiem lat, krawcowa z Pragi - opowiadała, że jej syn nie odwiedził jej ani razu, bo „się pokłócili o działkę po teściu". Trzy lata nie rozmawiali. „Jakby umarła, to by przyszedł na pogrzeb" - powiedziała bez żalu, takim suchym głosem. „Na pogrzeb to zawsze przychodzą".
Wróciłam do domu i wyciągnęłam kopertę. Usiadłam na kanapie i trzymałam ją w rękach jak relikwię. I pomyślałam: po co? Po co mają to czytać beze mnie? Żeby płakali nad zeszytem i nie mogli zapytać, co miałam na myśli? Żeby Darek dowiedział się, że wiedziałam, i nie mógł mi odpowiedzieć? Żeby Marzena czytała o ojcu i nie miała komu powiedzieć, że jest na mnie wściekła?
List pośmiertny jest wygodny. Dla tego, kto go pisze. Mówisz wszystko i nie musisz słuchać odpowiedzi. To jest monolog w jedną stronę, ostatnie słowo, którego nikt nie może podważyć. I ja nagle zrozumiałam, że to jest tchórzostwo - moje, osobiste, wieloletnie tchórzostwo schowane w kopertę z napisem „po mojej śmierci".
W maju, w trzecią niedzielę, zadzwoniłam do trójki: „przyjedźcie na rosół". Tomek przyjechał z Poznania, bo powiedziałam, że to ważne, a on zawsze reagował na słowo „ważne" jak pies na gwizdek. Marzena przyszła z Zosią, ale Zosia poszła się bawić na podwórko. Darek wsiadł w pociąg z Wrocławia - sam, bez Marcina, o którym wciąż oficjalnie nie rozmawialiśmy.
Nalałam rosół, pokroiłam chleb, postawiłam na stole masło. I wtedy wyjęłam kopertę. Rozerwałam ją sama, wyciągnęłam zeszyt, wyrwałam kartki i rozdałam. Każdy dostał swoją część.
- Napisałam to dziesięć lat temu - powiedziałam. - Mialiście przeczytać po pogrzebie. Ale zmądrzałam. Albo zgłupiałam, sama nie wiem. Czytajcie teraz, póki mogę usłyszeć odpowiedź.
Tomek czytał szybko, jak zawsze - przeleciał wzrokiem, potem wrócił na początek i czytał jeszcze raz, wolniej. Marzena zaczęła czytać, zagryzła wargę i po minucie wstała. „Zaraz wrócę" - powiedziała i poszła do łazienki. Wróciła z czerwonymi oczami, doczytała, znów wstała. Za drugim razem nie mówiła nic.
Darek czytał najdłużej, choć miał najmniej tekstu. Trzymał kartkę obiema rękami. W pewnym momencie odłożył ją na stół, oparł łokcie i schował twarz w dłoniach. Nie płakał. Albo płakał, ale cicho - nie wiem, bo odwróciłam wzrok, żeby dać mu spokój.
Cisza trwała może pięć minut. Może godzinę. Nie pamiętam, kto odezwał się pierwszy. Chyba Tomek. Powiedział: „Mamo, Agnieszka to powiedziała, bo się bała, że chłopcy bardziej kochają ciebie niż ją". Powiedział to spokojnie, bez pretensji. Jakby sam to zrozumiał dopiero teraz.
Marzena zapytała, czy tata naprawdę - i nie dokończyła. Pokiwałam głową. Siedziałyśmy naprzeciwko siebie i było nam ciężko, ale jakoś inaczej niż zwykle. Lżej i ciężej jednocześnie.
Darek podniósł głowę i powiedział tylko: „Marcin ma na imię Krzysztof. Marcin to było dawno". I zaśmiał się. I ja się zaśmiałam. I potem oboje płakaliśmy, a rosół stygł i makaron pęczniał, i nikomu to nie przeszkadzało.
Tamta niedziela nie naprawiła wszystkiego. Marzena tydzień później zadzwoniła z pretensjami, że nie powiedziałam jej wcześniej o ojcu. Że miała prawo wiedzieć. Że budowała obraz Staszka na kłamstwie. Pokłóciłyśmy się. Potem przeprosiłyśmy. Potem znów pokłóciłyśmy się - o coś innego, drobniejszego, ale pod spodem było wciąż to samo.
Tomek zaczął dzwonić częściej. Raz na tydzień, w czwartki. Agnieszka przysłała mi zdjęcie wnuków z podpisem „babcia, tęsknimy". Nie wiem, czy Tomek jej powiedział o liście. Nie pytam.
Darek przyjechał w czerwcu z Krzysztofem. Zrobiłam rosół i sernik. Krzysztof powiedział, że sernik najlepszy, jaki jadł. Odpowiedziałam, że przepis jest w liście, ale mogę mu podyktować. Darek spojrzał na mnie tak, jak nie patrzył od lat - chyba z ulgą.
Odpowiadają do dziś. Nie w sensie - siedzą i piszą listy. Odpowiadają tak, jak żyją. Marzena czasem mówi rzeczy, które bolą, ale przynajmniej mówi. Tomek jest bliżej. Darek przestał się chować.
Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Czasem myślę, że pewne rzeczy powinny umierać razem z człowiekiem - że prawda o Staszku należała do mnie, nie do Marzeny. Że może pośmiertny list byłby łaskawszy - dałby im czas, żeby przeżyli żal beze mnie, w swoim tempie, bez mojego wzroku znad talerza z rosołem.
Ale potem przypominam sobie twarz Darka, kiedy podniósł głowę znad kartki. I myślę: nie. Chcę słyszeć odpowiedź. Nawet jeśli odpowiedź jest trudna. Nawet jeśli boli.
W szufladzie sekretarzyka leży teraz nowa koperta. Pusta. Nie wiem jeszcze, czy ją zapiszę. A może już wszystko zostało powiedziane. Albo nie wszystko - ale reszta wymaga żywego głosu, nie długopisu.