
Wynajęłyśmy z klubem seniora autokar - trasa: nasze panieńskie adresy. Pod każdym blokiem jedna z nas opowiadała swoją młodość: pierwsza randka, okno panny, sklep, którego nie ma. Pod moim dawnym oknem na Lipowej ktoś teraz suszy pieluchy. Życie kręci się dalej - a myśmy się na chwilę cofnęły. Kierowca płakał najgłośniej.
Ale zacznę od początku, bo ten pomysł nie wziął się znikąd. Wziął się z kłótni.
W naszym klubie seniora przy ulicy Dworcowej w Poznaniu jest nas na stałe jedenaście. Spotykamy się w czwartki. Herbata, ciastka, czasem gimnastyka z panią Agnieszką z ośrodka zdrowia. Grażyna Wójcik - nasza nieoficjalna przewodnicząca, emerytowana nauczycielka od polskiego, siedemdziesiąt dwa lata i energia dwudziestolatki - od miesięcy ciągnęła temat wspólnej wycieczki. Kraków? Zakopane? Ktoś rzucił Kołobrzeg.
- Ja w autokarze pięć godzin nie wysiedzę - powiedziała Halina, masując kolano. - Mnie biodro nie pozwoli.
- A ja nie mam na Kraków - mruknęła Celina cicho, ale wszystkie usłyszałyśmy.
I wtedy padło coś, co zmieniło wszystko. Bożena Stachowiak, siedemdziesiąt lat, była krawcowa, kobieta, która mówi mało, ale celnie, odstawiła kubek i powiedziała:
- A po co nam Kraków? Zawieźcie mnie na Garbary. Pokażę wam okno, w którym stałam, jak Edek szedł po mnie na pierwszą randkę. Czterdzieści osiem lat temu. Sklep mięsny na dole chyba już nie istnieje, ale okno powinno być.
Cisza. A potem Grażyna klasnęła w dłonie i powiedziała: - Dziewczyny, to jest wycieczka.
Zorganizowanie tego zajęło nam trzy tygodnie. Autokar od firmy pana Dariusza, który woził zwykle dzieci na kolonie, kosztował nas po sześćdziesiąt złotych od osoby - z Poznania po Poznaniu, ale z postojami, bo trasa obejmowała jedenaście adresów rozrzuconych po całym mieście. Grażyna przygotowała listę. Każda z nas podała swój panieński adres - to miejsce, gdzie mieszkała przed ślubem, zanim życie zabrało ją na inne osiedle, do innego miasta, do innego człowieka.
Moje nazwisko panieńskie to Nowak. Jadwiga Nowak. Teraz jestem Jadwiga Kowalczyk, mam sześćdziesiąt osiem lat, czterdzieści dwa lata małżeństwa za sobą i dwoje dorosłych dzieci, które uważają, że ich matka powinna się więcej ruszać. No to się ruszyłam.
Wyruszyłyśmy w sobotę o dziewiątej rano. Maj, słońce, kasztany kwitną. Kierowca - pan Mirosław, chyba koło pięćdziesiątki, milczący, z wąsem - otworzył nam drzwi i powiedział: „Proszę wsiadać, panie". Nie wiedział jeszcze, w co się pakuje.
Pierwszy przystanek: ulica Świętojańska. Blok Grażyny. Stanęłyśmy na chodniku, a Grażyna pokazała okno na trzecim piętrze i zaczęła mówić. O tym, jak jej matka szyła firanki z prześcieradła. Jak ojciec wracał z drugiej zmiany w zakładach naprawczych i zawsze przynosił bułkę z serem spod lady. Jak w tym oknie stawiała lampkę na Wigilię, żeby tata widział z przystanku, że córka czeka.
- Tata umarł w osiemdziesiątym trzecim - powiedziała Grażyna. - Ale lampkę stawiam do dziś. U siebie, na Ratajach. Tylko on już jej nie widzi z żadnego przystanku.
Bożena chwyciła ją za rękę. Nikt nie powiedział ani słowa.
Pod blokiem Haliny na Wildzie stała ławka. Ta sama ławka - przynajmniej Halina twierdziła, że ta sama - na której jej pierwszy chłopak, Tadek, pocałował ją w usta w roku sześćdziesiątym dziewiątym. Tadek nie został jej mężem. Wyjechał do Gdańska, potem nie wiadomo gdzie. Halina wzruszyła ramionami.
- Pierwszy pocałunek się nie zapomina - powiedziała. - Nawet jeśli facet okazał się zerem.
Śmiałyśmy się. Pan Mirosław w autokarze chyba też, bo widziałam, jak odwraca głowę w stronę szyby.
Pod adresem Celiny na Łazarzu nie było już kamienicy. Stał tam parking i apteka. Celina stała chwilę, patrzyła, a potem powiedziała coś, czego żadna z nas się nie spodziewała:
- Tu mieszkałam z pierwszym mężem. Nikt z was o nim nie wie, bo nikomu nie mówiłam. Trwało to dwa lata. Pił. Biłam się z myślami, czy odejść, codziennie przez siedemset trzydzieści dni. W końcu odeszłam z jedną walizką i córką na ręku. Kamienicę potem wyburzyli. I dobrze.
Stałyśmy w ciszy. Celina, ta cicha Celina, która zawsze przynosiła sernik na czwartki i nigdy nie opowiadała o sobie. Bożena objęła ją ramieniem. Grażyna wyjęła chusteczkę.
- Dobrze, że odeszłaś - powiedziała Halina.
- Nie wiem - odpowiedziała Celina. - Córka do dziś mówi, że zabrałam jej ojca.
I to zdanie zawisło między nami jak ten majowy kurz w powietrzu.
Potem była ulica Grunwaldzka Renaty, gdzie sklep warzywny pani Zofii zamienił się w salon fryzjerski. I podwórko Lucyny na Jeżycach, gdzie jeszcze rósł ten sam orzech włoski - przynajmniej wyglądał tak samo. I balkon Wiesławy na Piątkowo, na którym kiedyś jej matka suszyla grzyby na sznurku, a teraz ktoś postawił satelitę.
Każdy adres to była inna opowieść. I każda opowieść miała tę samą nić: byłyśmy kiedyś młode, miałyśmy plany, bałyśmy się i marzyłyśmy - a potem życie zrobiło swoje. Nie zawsze to, o co prosiliśmy.
Mój przystanek był przedostatni. Lipowa 12. Blok z wielkiej płyty, cztery piętra, klatka trzecia. Mieszkanie na drugim piętrze - to, w którym dorastałam z mamą i bratem Andrzejem, po tym jak tata odszedł. Miałam wtedy dwanaście lat.
Stanęłam na chodniku i popatrzyłam w górę. Okno było otwarte. Na balkonie ktoś suszył pieluchy - takie materiałowe, na sznurku, jak kiedyś. I nagle zobaczyłam siebie: dwunastolatkę, która stoi dokładnie tutaj i czeka na tatę, który obiecał przyjść w niedzielę. Nie przyszedł. Ani w tę niedzielę, ani w następną. Potem przestałam czekać.
- Tu mama robiła mi warkocze przed szkołą - powiedziałam. Głos mi się załamał. - Ciągnęła strasznie, a ja darłam się jak opętana. I tu Andrzej spadł z drzewa i złamał rękę, a mama biegła z nim do tramwaju, bo karetka nie przyjechała.
Dziewczyny słuchały. A ja nie mogłam przestać mówić. O sklepie rybnym na rogu, gdzie śmierdziało śledziem. O sąsiadce z czwartego, pani Zdzisławie, która pilnowała mnie i Andrzeja, kiedy mama brała nocne zmiany na poczcie. O tym, jak w osiemnaste urodziny wyszłam z tego bloku z walizką i powiedziałam mamie, że już nie wrócę. I nie wróciłam. Na dwa lata. Głupie dwa lata milczenia, bo mama nie pochwalała Henryka.
- Mama miała rację co do Henryka? - zapytała cicho Grażyna.
Zastanowiłam się. Henryk nie jest moim mężem. Za Wojciecha wyszłam pięć lat później. Ale te dwa lata milczenia z mamą - to mnie gryzło do dziś. Mama umarła w dziewięćdziesiątym szóstym. Zdążyłyśmy się pogodzić. Ale tych dwóch lat nikt nam nie oddał.
- Nie wiem, czy miała rację - odpowiedziałam. - Wiem, że straciłam z nią czas, którego nie da się odkupić. I wiem, że moja córka zrobiła mi potem dokładnie to samo. Na rok przestała dzwonić. I ja zrozumiałam wtedy moją mamę tak, jak nigdy wcześniej.
Cisza. Wiatr kołysał pieluchy na balkonie nade mną. Ktoś w mieszkaniu włączył radio - leciała jakaś piosenka, której nie rozpoznałam.
Kiedy wsiadłyśmy do autokaru po ostatnim przystanku, było po trzeciej. Byłyśmy zmęczone, zapłakane i dziwnie lekkie. Jak po spowiedzi, powiedziała Bożena. Pan Mirosław odpalił silnik, ale nie ruszył. Siedział chwilę z rękami na kierownicy.
- Przepraszam, panie - odezwał się. - Ja nie chciałem podsłuchiwać. Ale ja... pod tym blokiem na Wildzie, na Rolnej... tam mieszkała moja matka. Umarła w zeszłym roku. Nie zdążyłem jej powiedzieć... - urwał.
Nie dokończył. Nie musiał. Grażyna wstała z pierwszego rzędu, podeszła do niego i podała mu chusteczkę. Tę samą, którą wcześniej wycierała oczy Celinie.
Pan Mirosław płakał najgłośniej z nas wszystkich. Mężczyzna z wąsem, pięćdziesięcioletni kierowca autokarów, który woził dzieci na kolonie - siedział i płakał jak chłopiec, który nie zdążył wrócić do domu.
Wróciłam tego wieczoru do swojego mieszkania na Piątkowo. Wojciech oglądał wiadomości. Zapytał, jak było.
- Dobrze - odpowiedziałam. Zdjęłam buty. Postawiłam wodę na herbatę. A potem sięgnęłam po telefon i wybrałam numer córki.
Nie odebrała.
Spróbuję jutro.