Kupiłam sobie auto - czerwoną skodę, za odłożone. Rodzina zgodnie: „po co ci, w twoim wieku, oddaj lepiej Kubie na dojazdy". Jeżdżę co środę na basen i raz w miesiącu do siostry, sto dwadzieścia kilometrów. Skoda jest czerwona, bo czarną bym się nudziła.

Kuba to mój wnuk, dwadzieścia trzy lata, student informatyki we Wrocławiu. Dojeżdża z Oławy pociągiem, bo tak wybrał. Ma swoje nogi, swój rozum i rozkład jazdy w telefonie. A ja mam swoją skodę i swój rozum też - chociaż zdaniem mojej córki Agnieszki to drugie jest dyskusyjne.

Zaczęło się w lutym. Siedziałam w kuchni z herbatą, za oknem szarość, rachunki za gaz zapłacone, emerytura przelana, lodówka pełna. I nagle pomyślałam: Bożena, masz sześćdziesiąt jeden lat, zdrowe oczy, prawo jazdy od trzydziestu ośmiu lat i trzydzieści siedem tysięcy na koncie oszczędnościowym. Na co czekasz? Na nekrolog?

Następnego dnia poszłam do komisu Janka na Mickiewicza. Janek mnie zna, bo jego żona Halina chodziła ze mną do technikum. Pokazał mi trzy auta. Srebrną toyotę, białego fiata i czerwoną skodę fabię, rocznik 2019, sześćdziesiąt tysięcy przejechane. Wsiadłam do tej skody i poczułam zapach nowej tapicerki. Obróciłam kierownicę. Dotknęłam deski rozdzielczej. I wiedziałam.

- Biorę tę - powiedziałam.

Janek się uśmiechnął. - Bożenka, nie chcesz najpierw przejechać się na próbę?

- Janek, ja całe życie jeździłam na próbę. Teraz biorę na pewno.

Zadzwoniłam do Agnieszki wieczorem. Usłyszałam ciszę. Potem głęboki oddech, taki sam jak wtedy, gdy w dziewiątej klasie powiedziałam jej, że nie, nie kupimy jej motorynki.

- Mamo, ale po co ci samochód? Ty nigdzie nie jeździsz.

- Bo nie miałam czym, Agnieszko.

- Tato by powiedział, że to wyrzucanie pieniędzy.

Tato. Znaczy Ryszard. Mój mąż przez trzydzieści cztery lata, który umarł pięć lat temu na zawał. Ryszard by powiedział. Ryszard zawsze mówił. Gdzie jechać, co kupić, ile wydać, kiedy wstać, komu pożyczyć. Ryszard był dobrym człowiekiem, ale w domu było jedno kierownictwo i nie moje. Przez trzydzieści cztery lata jeździłam jego autem, kiedy pozwolił. Na rynek w sobotę. Na rodziców, jak jeszcze żyli. Do przychodni. I z powrotem.

- Agnieszka, tata nie żyje - powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi się spociły. - A ja żyję. I kupiłam samochód.

Cisza. Potem: - Dobra, mamo. Ale pomyśl, Kuba dojeżdża codziennie, pociągi się spóźniają, gdybyś mu oddała to auto, to byłoby sensowne. Tobie wystarczy autobus na basen.

Nie wystarczy. Autobus na basen jedzie czterdzieści minut z przesiadką. Skodą jadę piętnaście. I nie stoję na przystanku w styczniowym wietrze z mokrymi włosami, bo suszarka na basenie znowu nie działa. Ale tego nie powiedziałam, bo wiedziałam, że Agnieszka nie słucha odpowiedzi - ona słucha potwierdzenia.

W niedzielę przyjechała z Kubą. Wnuczek obejrzał skodę, pokiwał głową.

- Babciu, fajna fury. Dobry silnik, mały spalanie.

- Dziękuję, Kubuś.

- Wiesz, że ja bym mógł na niej dojeżdżać na uczelnię? Byłoby szybciej niż pociągiem.

Popatrzyłam na niego. Na jego ładną, młodą twarz. Na Agnieszkę stojącą za nim z ramionami skrzyżowanymi na piersi. Na Dariusza, mojego zięcia, który udawał, że ogląda telefon, ale czekał na wynik.

- Kubuś - powiedziałam - zrobię ci herbatę. Mam sernik z wczoraj.

I poszłam do kuchni. Bo nie umiałam powiedzieć „nie" prosto w oczy wnukowi, którego kocham. Ale wiedziałam, że tego „nie" nie zamieniłam na „tak". Po prostu robiłam sernik i herbatę. Bo tak robimy, prawda? Jak nie chcemy powiedzieć tego, co naprawdę myślimy, stawiamy na stół talerze.

Zjadł dwa kawałki. Agnieszka piła kawę i milczała. Dariusz poszedł palić na balkon. Nikt nie wrócił do tematu skody. Ale ja czułam, że to nie koniec.

I nie był. Tydzień później zadzwonił Marek, mój syn, z Poznania. Marek dzwoni raz w miesiącu, zwykle w niedzielę, zwykle na pięć minut.

- Mamo, słyszałem, że kupiłaś auto.

- Tak.

- Fajnie. Tylko wiesz, Agnieszka mówi, że Kuba mógłby...

- Marek, a ty kiedy ostatnio do mnie przyjechałeś?

Cisza. Liczyłam w głowie. Był na święta. Przed świętami - w sierpniu, na dwa dni.

- No dawno - przyznał. - Ale to nie o to chodzi.

- A o co chodzi?

- No żeby sensownie. Ty dużo nie jeździsz, a dzieciak potrzebuje.

Sensownie. To słowo słyszałam całe życie. Sensownie, to znaczy: oddaj. Oddaj czas, oddaj energię, oddaj ostatni kawałek sernika, oddaj swoje plany, oddaj samochód. Ryszard mówił „sensownie", kiedy rezygnowałam z kursu krawieckiego, bo trzeba było siedzieć z dziećmi. Agnieszka mówi „sensownie", kiedy chce, żebym w wakacje pilnowała Kuby młodszego brata zamiast jechać do sanatorium.

- Marek - powiedziałam - ja jeżdżę w środy na basen i raz w miesiącu do Teresy, do Kielc. Sto dwadzieścia kilometrów. Teresa ma siedemdziesiąt lat i złamane biodro. Poza mną nikt do niej nie jeździ.

Teresa to moja starsza siostra. Mieszka sama od śmierci męża. Jej syn wyjechał do Irlandii dwanaście lat temu i wraca na Boże Narodzenie, czasami. Kiedy jade do Teresy, wiozę jej słoik bigosu, paczkę herbaty z tą marakują, którą lubi, i trzy godziny rozmowy. Dla niej to jest cały świat. Dla mnie - te sto dwadzieścia kilometrów to jest wolność. Droga przez Kielecczyznę, pola po bokach, radio gra Marylę Rodowicz, nikt nie mówi mi, że powinnam skręcić w lewo.

Marek się rozłączył po dziesięciu minutach. Nie wiem, czy zrozumiał. Ale przestał namawiać.

Agnieszka nie przestała. W zeszły czwartek przysłała mi SMS-a: „Mamo, Kuba ma egzamin o 8, pociąg odwołany. Mogłabyś pożyczyć auto na jutro?"

Pożyczyć. Nie oddać - pożyczyć. Widziałam ten manewr. Pożyczy raz, pożyczy dwa, a za miesiąc skoda będzie stać pod akademikiem, a ja znowu na przystanku z mokrymi włosami.

Odpisałam: „Mogę go podrzucić na stację o 6:45, zdąży na autobus do Wrocławia". Agnieszka odpisała jednym słowem: „Ok."

To „Ok" bolało bardziej niż kłótnia.

Wczoraj był środa. Pojechałam na basen. Pływałam czterdzieści minut, jak co tydzień. W szatni spotkałam Halinę, tę od Janka z komisu. Powiedziała: „Bożena, dobrze wyglądasz. Oczy ci się śmieją."

Wracałam do domu skodą. Czerwoną. Zaparkowaną pod moim blokiem na Reymonta, na miejscu numer dwadzieścia trzy, które opłacam ze swojej emerytury. Wyłączyłam silnik i jeszcze chwilę siedziałam. Na fotelu pasażera leżał ręcznik, w schowku bilet parkingowy i cukierek krówka.

Pomyślałam o Kubie, który jutro znowu wstanie o szóstej na pociąg. O Agnieszce, która uważa, że jestem egoistką. O Ryszardzie, który pewnie by pokręcił głową. O Teresie, która w sobotę czeka na bigos.

Zamknęłam auto na kluczyk. Schowałam go do torebki. I poszłam na górę, na trzecie piętro, do swojego mieszkania, w którym od pięciu lat nikt mi nie mówi, co jest sensowne.

Czasem się zastanawiam, czy to naprawdę chodzi o samochód.