Na zimę wzięli mnie do siebie - „ogrzewanie zjada twoją emeryturę, mamo". W lutym Renia z mojej klatki spytała, co to za młodzi z psem u mnie mieszkają. „Wynajęliśmy, po co miało stać puste" - umowy z moim podpisem nie istnieje. Wracam pierwszego marca. Najemcom współczuję.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w lutym. Zaczęła się w październiku, kiedy Grzegorz przyjechał do mnie na Bielany z Iwoną i dwoma reklamówkami z Biedronki pełnymi mandarynek.
Usiedli przy stole w kuchni, Iwona nastawiła czajnik, jakby to był jej dom, a syn powiedział: „Mamo, policz ile płacisz za gaz zimą. To nie ma sensu. Przeprowadzisz się do nas na kilka miesięcy, a w marcu wrócisz."
Miałam sześćdziesiąt osiem lat, trzy lata na emeryturze po trzydziestu dwóch latach pracy w bibliotece na Młocinach.
Mieszkanie po Zdzisławie - dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, blok z osiemdziesiątego drugiego roku. Rachunki faktycznie rosły. Gaz, prąd, czynsz - zostawało mi coraz mniej na leki i na życie. Grzegorz nie kłamał w tej kwestii. Ogrzewanie zjadało mi pół emerytury.
Więc się zgodziłam. Spakowałam dwie walizki, podlałam fiołki na parapecie, poprosiłam Renię z naprzeciwka, żeby od czasu do czasu zerknęła, czy w mieszkaniu wszystko w porządku. Zamknęłam drzwi na dwa zamki i pojechałam do syna na Białołękę.
U Grzegorza i Iwony mieli cztery pokoje w nowym bloku. Dostałam ten najmniejszy - osiem metrów, z rozkładaną kanapą i szafą, w której Iwona trzymała sezonowe ubrania. „Mamo, zrób sobie miejsce, przepchnę te pudła" - powiedziała, a ja widziałam, że te pudła przepchnęła pod ścianę, nie na strych. To drobiazg. Ale takich drobiazgów było potem więcej.
Iwona nie była złą kobietą. Chcę to powiedzieć wyraźnie, bo wiem, jak łatwo zrobić z synowej potwora. Iwona miała czterdzieści dwa lata, pracowała na pół etatu jako farmaceutka, wychowywała dwunastoletnią Zuzię i ośmioletniego Kacpra. Była zmęczona. Widziałam to w jej plecach, w sposobie, w jaki odstawiała garnki na kuchenkę - trochę za mocno, jakby każdy gest kosztował ją za dużo. Starałam się pomagać. Gotowałam rosół w czwartki, odbierałam Kacpra ze szkoły, prasowałam pościel - bo lubię, kiedy pościel jest wyprasowana, a Iwona uważała to za stratę czasu.
Przez pierwsze dwa miesiące było dobrze. Naprawdę dobrze. Zusia pokazywała mi TikToki, Kacper przynosił zeszyty z matematyki, a ja wieczorami piłam herbatę z cytryną i oglądałam z Grzegorzem wiadomości. „Widzisz, mamo, jak tu ciepło?" - mówił syn i miał rację. Było ciepło.
W styczniu zaczęłam tęsknić. Nie za mieszkaniem jako takim - za swoimi ścianami, za ciszą, za porankami, kiedy mogłam stać przy oknie w szlafroku i patrzeć na parkowe drzewa za blokiem. U Grzegorza rano był chaos - buty, plecaki, krzyki „Kacper, gdzie twoja legitymacja!". Ja siedziałam w swoim pokoju i czekałam, aż wyjdą.
Któregoś wieczoru, to był chyba dwudziesty trzeci stycznia, powiedziałam przy kolacji: „Grzegorzu, chyba wrócę wcześniej. W lutym już nie mróz jak w grudniu, dam radę."
Iwona odłożyła widelec. Grzegorz spojrzał na nią, potem na mnie.
„Mamo, nie wygłupiaj się. Luty jest najgorszy. Poczekaj do marca, jak umawialiśmy się."
To „jak umawialiśmy się" zabrzmiało dziwnie. Jakby podpisali ze mną kontrakt. Ale odpuściłam. Matki odpuszczają. Odpuszczamy, bo nie chcemy być ciężarem, bo boimy się, że syn pomyśli: „Stara się czepia".
Trzeciego lutego zadzwoniła Renia. Renia ma siedemdziesiąt trzy lata, chodzi z laską, ale widzi wszystko i wie jeszcze więcej. „Halinko, słuchaj, bo ja nie chcę się wtrącać" - zaczęła tak, jak zaczynają ludzie, którzy właśnie zamierzają się wtrącić. „Ale u ciebie w mieszkaniu ktoś jest. Młodzi. Dziewczyna i chłopak. I mają takiego kudłatego psa, który szczeka na klatce."
Pomyślałam, że Renia się myli. Że może hydraulik przyszedł, albo Grzegorz kogoś wpuścił sprawdzić liczniki. Zadzwoniłam do syna.
„A, to taka para, znajomi znajomych. Wynajęliśmy im na chwilę, po co mieszkanie miało stać puste. Płacą za media, nie musisz się martwić."
Poczułam, jak mi się robi zimno na karku, mimo że w mieszkaniu syna było dwadzieścia trzy stopnie.
„Grzegorz, jak to wynajęliście? To moje mieszkanie."
„Mamo, no właśnie dlatego wynajęliśmy, żeby ci się zwróciły koszty. Odłożymy ci te pieniądze."
„A umowa? Kto podpisał umowę?"
Cisza. Potem: „Mamo, to znajomi, nie potrzeba umowy. Zaufaj mi."
Nie spałam tej nocy. Leżałam na rozkładanej kanapie w ośmiometrowym pokoju pełnym cudzych pudeł i myślałam o fiołkach na parapecie, o szufladzie w kuchni, gdzie trzymam receptury po babci, o albumie ze zdjęciami ze ślubu ze Zdzisławem. O obcych ludziach, którzy chodzą po moich podłogach. O psie, który może drapie drzwi, które Zdzisław malował trzy miesiące przed śmiercią.
Rano weszłam do kuchni, kiedy Iwona robiła kanapki dla dzieci. Powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi drżały: „Iwono, chcę zobaczyć umowę najmu mojego mieszkania."
Iwona nie podniosła wzroku znad deski do krojenia. „Nie ma żadnej umowy, mamo. To są ludzie Grzesia ze szkoły. Mieszkają, płacą tysiąc pięćset, za miesiąc się wyprowadzą."
„Tysiąc pięćset? I gdzie te pieniądze?"
„Na koncie Grzesia. Odłożymy ci."
Tysiąc pięćset złotych. Moje mieszkanie. Bez mojego podpisu, bez mojej zgody. Mój syn wynajął mój dom obcym ludziom, kiedy ja spałam na rozkładanej kanapie w jego zapasowym pokoju, wdzięczna za ciepłe kaloryfery.
Następnego dnia pojechałam na Bielany. Renia otworzyła mi drzwi klatki, bo zapomniałam pilota do domofonu - został w szufladzie, która teraz należała do kogoś. Stanęłam pod własnymi drzwiami. Usłyszałam muzykę i szczekanie. Zadzwoniłam.
Otworzyła dziewczyna - może trzydzieści lat, jasne włosy, w dresie. Za nią stał kudłaty pies rasy nieokreślonej i merdał ogonem.
„Dzień dobry, jestem Halina Walczak. To moje mieszkanie."
Dziewczyna pobladła. „Ale... pan Grzegorz powiedział, że to jego mieszkanie po rodzicach. Że mama nie żyje."
Stałam w progu własnego domu i słuchałam, jak mój syn opowiadał obcym ludziom, że nie żyję. Renia za moimi plecami złapała się za serce.
Nie krzyczałam. Nie płakałam. Powiedziałam: „Nie umarłam. Jak pani widzi. Proszę się nie martwić, to nie pani wina. Dam państwu czas do końca lutego. Ale pierwszego marca wracam do siebie."
Wróciłam na Białołękę. Grzegorz siedział w salonie z laptopem. Powiedziałam mu tylko jedno zdanie: „Powiedziałeś im, że nie żyję."
Nie zaprzeczył. Odwrócił wzrok i powiedział: „Mamo, to się tak jakoś powiedziało. Łatwiej było wytłumaczyć."
Łatwiej. Łatwiej było mnie uśmiercić niż powiedzieć prawdę.
Przez ostatnie dwa tygodnie lutego pakowałam swoje walizki. Iwona nie patrzyła mi w oczy. Zuzia pytała, dlaczego babcia wyjeżdża, a Kacper przyniósł mi rysunek - dom z kominem i podpisem „babcia Hala". Schowałam go do torebki.
Grzegorz zaproponował, że odwiezie mnie na Bielany. Odmówiłam. Pojechałam autobusem, potem metrem, potem znowu autobusem, z dwiema walizkami i reklamówką mandarynek, które zostały z tamtego października.
Młodzi wyprowadzili się dzień wcześniej. Mieszkanie pachniało obcymi ludźmi i psem. Fiołki na parapecie nie przeżyły. Na podłodze w przedpokoju została rysa - długa, od drzwi do łazienki, pewnie od psich pazurów. Drzwi, które Zdzisław malował.
Otworzyłam okno, mimo że na dworze było pięć stopni. Stałam tak i patrzyłam na parkowe drzewa, które za miesiąc zaczną puszczać listki. Pomyślałam, że powinnam zadzwonić do syna i powiedzieć, że dojechałam. Że tak robi matka. Że tak robiłam przez całe życie.
Telefon leżał na stole. Nie podniosłam go.