Basia z naprzeciwka przynosi mi obiady, odkąd owdowiała - gotuje i tak na dwie osoby. Synowa się dowiedziała: „mamo, wstyd, wygląda, jakbyśmy cię głodzili". Obiadów od Basi „zakazano". Jemy teraz u niej: raz jej rosół, raz moje gołąbki.
Ale po kolei, bo ta historia nie zaczęła się od rosołu. Zaczęła się od ciszy, która zalała moje mieszkanie na trzecim piętrze bloku przy Niepodległości, kiedy Henryk umarł. Grudzień, trzy lata temu. Pogrzeb był w piątek, w sobotę synowa Renata zawiozła mnie do domu, a w niedzielę obudziłam się w pustym łóżku i nie umiałam wstać. Nie z bólu w krzyżu - z braku powodu.
Czterdzieści jeden lat gotowałam na dwie osoby. Odmierzałam dwie garści kaszy, dwie piersi kurczaka, dwa talerze na stole. Nagle zostałam z garami, które były za duże, i z lodówką, która wyglądała jak sklep przed inwentaryzacją - pełna rzeczy, których nikt nie zje.
Syn Darek dzwonił codziennie. „Mamo, jedz, proszę cię." Renata dorzucała: „Pani Halinko, niech pani zamawia gotowe obiady, teraz to jest na telefon, ja pani pokażę aplikację." Ja na to, że na emeryturze z ZUS-u nie będę zamawiać obiadów po dwadzieścia pięć złotych za porcję, a gotować na jedną osobę nie potrafię. Bo to nie to samo. Gotowanie dla siebie samej to jak pisanie listu do nikogo.
Basia zapukała do moich drzwi w styczniu, trzy tygodnie po pogrzebie. Znałam ją od lat - mieszkała na tym samym piętrze, naprzeciwko, jej mąż Roman grywał z Henrykiem w szachy na działce. Stała w progu z garnkiem w ręku i powiedziała tak: „Halina, ugotowałam za dużo żurku. Albo mi pomożesz zjeść, albo wyrzucam. A ja jedzenia nie wyrzucam."
Wiedziałam, że nie ugotowała „za dużo". Basia gotowała jak za dawnych czasów - na rodzinę, której już przy niej nie było. Jej Roman odszedł pięć lat wcześniej, córka wyemigrowała do Irlandii, wnuki widywała przez ekran telefonu. Gotowała, bo to było jedyne, co jeszcze miało sens - stać przy kuchence, obierać ziemniaki, patrzeć, jak wrze woda. Tyle że jeść sama też nie umiała.
Więc zaczęłyśmy. Najpierw przynosiła mi garnek raz w tygodniu. Potem częściej. Żurek, pomidorowa, krupnik - w poniedziałek co innego niż w czwartek. Ja oddawałam jej talerzami: moje gołąbki, kopytka ze skwarkami, na święta sernik z rodzynkami, który Henryk jadł z taką miną, jakby mu aniołowie śpiewali. Basia mówiła, że lepszego sernika nie jadła. Kłamała pewnie, ale to było miłe kłamstwo i obie o tym wiedziałyśmy.
Z obiadów zrobiło się coś więcej. Basia przychodziła z garnkiem, zostawała na herbatę. Gadałyśmy. O Romanie, o Henryku, o tym, jak to jest budzić się w pustym mieszkaniu. O bólach kolana i o tym, że córka Basi nie dzwoni tak często, jak obiecywała. O telenowelach, które oglądałyśmy wieczorami, każda u siebie, a potem omawiałyśmy przez drzwi na korytarzu. Basia znalazła mi lektorkę do krzyżówek z „Tele Tygodnia" - bo ja mam słaby wzrok, a ona cierpliwość anioła.
Mój syn Darek przyjeżdżał co dwa tygodnie z Wrocławia. Renata czasem z nim, czasem nie - pracuje jako farmaceutka w aptece na Rynku, grafik zmienny, nie zawsze może. Kiedy przyjeżdżali, widzieli, że lodówka pełna, ja ubrana, mieszkanie posprzątane. Darek mówił: „Mamo, świetnie wyglądasz." I naprawdę tak myślał.
Problem pojawił się w maju. Renata przyjechała sama, bez zapowiedzi. Zadzwoniła domofonem w środę o drugiej po południu, a ja akurat byłam u Basi. Siadłyśmy właśnie do krupniku - Basia dodała kopru, a ja przyniosłam chleb z piekarni na rogu, ten razowy, który Roman lubił. Renata zadzwoniła na komórkę: „Pani Halinko, jestem pod drzwiami." Powiedziałam, żeby przyszła naprzeciwko.
Weszła, zobaczyła stół nakryty na dwie osoby, krupnik w wazce, mnie z łyżką w ręku - i coś jej się w twarzy zmieniło. Usiadła, odmówiła zupy, wypiła szklankę wody. Basia próbowała zagadać: o pogodzie, o tym, że w szkółce ogrodniczej pod miastem mają piękne pelargonie. Renata odpowiadała monosylabami.
W domu, już u mnie, powiedziała to. Tymi słowami: „Mamo, wstyd. To wygląda, jakbyśmy cię głodzili. Jakby syn cię zostawił, a obca kobieta się opiekuje. Ludzie gadają."
Jacy ludzie - nie wyjaśniła. Podejrzewam, że pani Czajkowska z parteru, która wie wszystko o wszystkich i ma potrzebę dzielenia się tą wiedzą z całym osiedlem.
Próbowałam tłumaczyć. Że Basia nie jest „obca kobieta" - że to sąsiadka od dwudziestu lat, że Roman z Henrykiem grali w szachy, że to po prostu dwie samotne staruszki, które wolą jeść razem niż osobno. Renata pokręciła głową. „Pani Halinko, my z Darkiem możemy pani zamawiać catering. Albo ja będę gotować i zamrażać w weekendy. Ale te obiady u sąsiadki - to musi się skończyć."
Darek zadzwonił wieczorem. Głos miał taki, jaki ma, kiedy Renata stoi obok i słucha. „Mamo, Renata ma trochę racji. To dziwnie wygląda od zewnątrz. Nie chcemy, żeby ludzie myśleli..." Nie dokończył. Wiedziałam, co chciał powiedzieć: nie chcemy, żeby ludzie myśleli, że się tobą nie zajmujemy.
Więc „zakazano". To znaczy - Renata przysłała mi dwa razy zamrożone pojemniki z jedzeniem. Zupa jarzynowa i jakiś gulasz - poprawne, bez serca, jakby gotował robot. Plastikowe pudełka z naklejkami: „wtorek", „czwartek", „podgrzać 3 min". Zjadłam. Smakowało jak karton z przyprawami.
Basia nie zapukała. Wiedziała. Cienkie ściany na klatce, słychać wszystko - a Renata nie ściszała głosu.
Po tygodniu nie wytrzymałam. Zapukałam do Basi z garnkiem gołąbków. Otworzyła od razu, jakby stała pod drzwiami i czekała. Oczy miała czerwone, ale nic nie powiedziała - wzięła garnek, postawiła na kuchence i odwróciła się do mnie: „Halina, ja mam rosół. Siadaj."
I tak już zostało. Nie przynosi mi obiadów - bo Renata zabroniła. Ja do niej chodzę. Albo ona do mnie. Ale oficjalnie - nikt nikomu niczego nie przynosi, więc wstyd zażegnany, synowa spokojna, ludzie nie gadają. A przynajmniej gadają o czymś innym.
Darek był w zeszłym tygodniu. Zobaczył w lodówce pojemniki od Renaty - nietknięte, trzy sztuki. Spojrzał na mnie. Ja na niego. Powiedział tylko: „Mamo..." Tym tonem, którym mówił jako dzieciak, kiedy przyłapałam go na kłamstwie o szkolnym wywiadówce.
Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że jego żona mi zabroniła jedynej rzeczy, która mnie trzyma przy życiu - nie jedzenia, bo jeść mogę sama - ale drugiego człowieka przy stole? Że Basia płakała, kiedy dwa dni nikt do niej nie zapukał? Że dwie starsze kobiety na emeryturze nie powinny prosić o pozwolenie, żeby zjeść razem krupnik?
Renata dzwoni teraz częściej. Pyta, czy jem regularne posiłki. Mówię, że jem. Nie kłamię - jem. Rosół Basi w poniedziałek. Moje gołąbki we wtorek u niej. W środę kopytka. I tak dalej.
Tyle że wczoraj Renata powiedziała przez telefon coś, co mnie zatrzymało. „Pani Halinko, myślimy z Darkiem, żeby pani zamieszkała bliżej nas. We Wrocławiu jest ładne mieszkanie na Krzykach, nieduże, ale jasne. Byłoby wygodniej."
Odłożyłam słuchawkę i stałam w przedpokoju, patrząc na drzwi naprzeciwko. Przez judasza widziałam światło w mieszkaniu Basi. Słyszałam, jak śpiewa przy zmywaniu - zawsze śpiewa, fałszuje strasznie, ale śpiewa.
Wrocław to ładne miasto. Jasne mieszkanie na Krzykach pewnie jest bardzo ładne. Blisko syna, blisko wnuczki, blisko apteki Renaty. Daleko od tego bloku, od tej klatki, od tego zapachu krupniku zza drzwi naprzeciwko.
Nie wiem jeszcze, co odpowiem. Ale wiem, że jutro jest czwartek, a w czwartki Basia robi pomidorową z ryżem. Taką gęstą, z całych pomidorów, jak robiła jej matka. Powiedziała, że nauczy mnie przepisu. Na wypadek, gdybym kiedyś musiała gotować sama.