Wnuki mieszkają pod Dublinem trzeci rok. Co niedzielę o osiemnastej siadam przy tablecie - ostatnio na „cześć babciu, mama zaraz przyjdzie". W urodziny czekałam cały wieczór. Późno w nocy przyszło zdjęcie tortu: „było super, zadzwonimy w weekend".

Weekend minął. Potem następny. Nie zadzwonili.

Siedzę teraz w kuchni i patrzę na ten tablet jak na kogoś, kto mnie zdradził. Śmieszne, prawda? Sześćdziesiąt cztery lata, emerytowana księgowa z Poznania, i czekam na ekran jak nastolatka na SMS od chłopaka. Herbata stygnie, sernik wyschnął na talerzyku. Za oknem kwitną kasztany na osiedlu, dzieci z sąsiedniego bloku krzyczą na podwórku. Obce dzieci.

Moje wnuki - Hania i Kubuś - mają osiem i pięć lat. Kiedy wyjeżdżali, Hania miała pięć, a Kubuś ledwo chodził. Pamiętam, jak stałam na dworcu, bo Dorota - moja córka - nie chciała, żebym jechała na lotnisko. „Mamo, tam się będziemy wszyscy rozklejać, lepiej pożegnajmy się tutaj". Więc pożegnałyśmy się przy kiosku z gazetami na Poznaniu Głównym, między zapachem kawy z automatu a szumem rozkładu jazdy. Kubuś machał rączką, nie rozumiał. Hania się rozpłakała. Dorota nie.

Zięć - Grzegorz - dostał kontrakt w firmie informatycznej pod Dublinem. Dobra pensja, mieszkanie służbowe na początek, szkoła dla Hani. Dorota powiedziała: „Mamo, to szansa, jakiej w Polsce nie dostaniemy. Dwa lata, może trzy, wrócimy". Trzy lata minęły w marcu. O powrocie nikt nie mówi.

Na początku było inaczej. Dorota dzwoniła codziennie, czasem dwa razy. Opowiadała o deszczu, o tym, że Kubuś mówi „mama" z angielskim „r", o cenach masła w Tesco. Hania rysowała mi obrazki i pokazywała do kamery. Grzegorz machał z kanapy i mówił „dzień dobry, teściowa". Normalnie - rodzina, tylko daleko.

Potem zaczęło się sypać po trochu. Nie dramatycznie, nie jednego dnia. Tak jak rdza - nie widzisz, a zjada.

Najpierw codzienne rozmowy zmieniły się w co drugi dzień. Potem Dorota zaproponowała „stałą niedzielę" - co tydzień o osiemnastej. Zgodziłam się, bo to przecież rozsądne, mają swoje życie, pracują oboje, dzieci mają zajęcia. Rozumiałam. Naprawdę rozumiałam.

Ale niedziele też zaczęły się skracać. Z godzinnej rozmowy zostało czterdzieści minut, potem dwadzieścia, potem piętnaście. A potem przyszedł ten schemat: tablet się łączy, na ekranie pojawia się Hania z obojętną miną, mówi „cześć babciu", pyta, co u mnie - nie czekając na odpowiedź dodaje: „mama zaraz przyjdzie". Czasem Dorota przychodzi po pięciu minutach, czasem po dziesięciu. Raz nie przyszła wcale - Hania powiedziała, że mama pojechała do sklepu i „pewnie zapomniała".

Zapomniała.

Próbowałam o tym porozmawiać. Wybrałam chwilę, gdy Dorota miała czas - napisałam wcześniej, umówiłam się na rozmowę we wtorek wieczorem. Powiedziałam spokojnie, tak jak umiałam: „Córcia, czuję, że się oddalamy. Chciałabym więcej kontaktu z wnukami. Mogę czytać im bajki przez ten tablet, mogę...".

Dorota westchnęła. Tym westchnieniem, które znam od jej szesnastego roku życia - „mamo, znowu zaczynasz".

- Mamo, my naprawdę nie mamy czasu. Hania ma irlandzkie przyjaciółki, chodzi na gimnastykę, Kubuś jest w przedszkolu do czwartej. Grzegorz pracuje do siódmej. Ja pracuję. Piorę. Gotuję. Żyjemy.

- Ja też żyję, Dorota.

Cisza. Długa. Potem: „No wiem, mamo. Przepraszam. Postaram się".

Przez dwa tygodnie dzwoniła częściej. Hania przeczytała mi po angielsku wierszyk o kocie. Kubuś pokazał samochodzik. Byłam szczęśliwa. Potem wróciło stare.

W moje urodziny - dwudziestego trzeciego kwietnia - przygotowałam się jak do święta. Upiekłam sernik, ten mój, na dwudziestu żółtkach, z kratką. Nie dlatego, że miałam gości. Nie miałam. Koleżanka Lucyna przyszła po południu z kwiatami, popiłyśmy kawę. Sąsiadka z czwartego piętra złożyła życzenia na klatce. I tyle. Syn - Tomek - zadzwonił z Wrocławia rano, krótko, w pośpiechu, bo jechał do pracy. „Mamo, wszystkiego najlepszego, pogadamy w weekend". Nie pogadaliśmy, ale o Tomku to osobna historia.

Na osiemnastą nakryłam stół. Postawiłam tablet na ładowarce, sprawdziłam WiFi dwa razy. Włożyłam tę bluzkę turkusową, którą Hania kiedyś powiedziała, że jest „pretty". Usiadłam.

O osiemnastej - nic. O osiemnastej trzydzieści napisałam: „Czekam na Was :)". Emotikon, żeby nie wyszło, że wyrzucam pretensje. O dziewiętnastej zadzwoniłam - nikt nie odebrał. O dwudziestej drugiej przyszło zdjęcie tortu z Tesco, kolorowego, z napisem „Happy Birthday Granny". I wiadomość od Doroty: „było super, zadzwonimy w weekend. Buziaki!".

Tort kupiony w markecie. Dla babci, która piecze serniku od czterdziestu lat. Nawet to by mnie nie zabolało - gdyby zadzwonili.

Siedziałam w kuchni do północy. Nie płakałam, bo nie jestem typem. Ale coś we mnie pękło. Takie ciche pęknięcie, jak w filiżance - z wierzchu wygląda dobrze, ale herbata powoli kapie na obrus.

Następnego dnia zrobiłam coś, czego się nie spodziewałam po sobie. Poszłam na pocztę, kupiłam kopertę bąbelkową i wysłałam Hani paczkę - naszyjnik mojej mamy, taki z bursztynem bałtyckim, który nosiła na ślub. Dołożyłam kartkę: „Dla Haneczki od babci Bożeny. Noś na zdrowie. Kocham Cię". Żadnych wyrzutów, żadnego „czemu nie dzwonicie". Tylko to.

Paczka doszła w tydzień. Dorota napisała: „Mamo, po co? To za cenny prezent dla ośmiolatki". Odpisałam: „Właśnie dlatego". Nic więcej.

A potem zrobiłam drugą rzecz. Poszłam do biura podróży na Święty Marcin i kupiłam wycieczkę do Irlandii. Sama. Siedem dni, Dublin i okolice. Wylatywałam za trzy tygodnie. Dorota się dowie, jak wyląduje.

Koleżanka Lucyna mówi, że powinnam uprzedzić. Że to nie fair przyjechać bez zapowiedzi, że Dorota ma swoje życie, że mogę się narazić. Może ma rację. Ale ja nie jadę do Doroty. Jadę zobaczyć, jak wygląda świat moich wnuków. Tę szkołę, do której chodzi Hania. Ten park, w którym Kubuś jeździ na rowerze. Tę ulicę, na której mieszkają. Chcę to zobaczyć własnymi oczami, nie przez ekran tabletu, na który już się nie mogę patrzeć.

Nie wiem, co zastanę. Może Dorota się ucieszy. Może się wścieknie. Może wnuki popatrzą na mnie jak na obcą kobietę, bo babcia to dla nich już tylko kwadrat na ekranie, który raz w tygodniu mówi „jedz, dziecko" po polsku, którego i tak coraz gorzej rozumieją.

Bilet leży na szafce w przedpokoju, obok zdjęcia z komunii Hani - jeszcze polskiej, jeszcze tutaj. Na zdjęciu trzymam ją na kolanach, a ona się śmieje. Kubuś siedzi Grzegorkowi na ramionach. Dorota stoi obok mnie i trzyma mnie za rękę.

Nie wiem, czy jadę odzyskać wnuki, czy pożegnać się z tym, co już dawno straciłam.