
W poniedziałek ogłosiłam pierwszy w życiu urlop - w domu, od wszystkich. Kartka na drzwiach: „Jestem zdrowa. Wracam w niedzielę". Telefon leżał w szufladzie, ja czytałam trzecią książkę. W niedzielę: czternaście nieodebranych, w tym zero „jak się czujesz" i czternaście „gdzie jesteś, potrzebujemy".
Czternaście wiadomości. Przeglądałam je, siedząc na kanapie z ostatnimi stronami Tokarczuk na kolanach, i czułam, jak spokój, który budowałam przez sześć dni, pęka jak skorupka jajka uderzonego o krawędź miski. Nie z żalu. Z czegoś gorszego - z potwierdzenia.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu siedmiu jestem żoną Ryszarda. Mamy trójkę dzieci: Martę, Kubę i Patrycję. Pięcioro wnuków. Dom na osiedlu pod Poznaniem, z ogródkiem, w którym Ryszard hoduje pomidory, a ja koszę trawnik co sobotę, bo Ryszard uważa, że kosiarka jest za ciężka. Nie dla niego - dla mnie. A mimo to ja koszę, bo jeśli nie ja, to trawa rośnie do kolan.
Trawa rośnie do kolan - to chyba najlepsze zdanie na całe moje życie.
Pomysł na urlop nie wziął się znikąd. Wziął się z wtorku trzy tygodnie wcześniej, kiedy o szóstej rano stałam w kuchni i smarowałam kanapki. Cztery dla Ryszarda - do pracy na budowę, gdzie jest brygadzistą, choć za dwa lata emerytura. Dwie dla siebie - do księgowości w hurtowni materiałów budowlanych, gdzie pracuję od dwudziestu trzech lat. Masło, szynka, ogórek, pomidor. Codziennie to samo. I nagle pomyślałam: gdybym jutro nie wstała, ile czasu minęłoby, zanim ktoś zauważyłby brak kanapek, a nie brak mnie?
To nie było dramatyczne. Nie płakałam. Stałam z nożem do masła w ręce i po prostu wiedziałam, że muszę to sprawdzić.
Następne dni tylko potwierdzały. W sobotę Marta zadzwoniła: „Mamo, czy możesz w środę odebrać Zosię z przedszkola? Mam spotkanie i Darek nie może". Nie zapytała, jak się czuję. Nie zapytała, co u mnie. Kuba napisał SMS-a: „Czy tata może pożyczyć wiertarkę? Oddam w weekend". Patrycja, najmłodsza, jedyna, która mieszka dalej - we Wrocławiu - milczała od dwóch tygodni. Ryszard wrócił z pracy, zjadł obiad, obejrzał wiadomości, powiedział „dobranoc" i zasnął. Tak wyglądał każdy dzień. Każdy od lat.
Więc w niedzielę wieczorem, kiedy Ryszard pojechał na działkę ROD podlać fasolkę szparagową, napisałam kartkę. Drukowanymi literami, żeby wyglądała poważnie. Przykleiłam ją taśmą klejącą do drzwi sypialni. Wyłączyłam telefon i schowałam go do szuflady z pościelą, pod poszewki w róże, które dostałam od teściowej dwadzieścia lat temu i nigdy nie używałam.
Ryszard wrócił o ósmej. Słyszałam, jak stanął pod drzwiami sypialni. Cisza. Potem pukanie.
- Bożena? Co to za kartka? Jesteś chora?
- Przeczytaj jeszcze raz - odpowiedziałam przez drzwi. - Jestem zdrowa. Wracam w niedzielę.
- Ale... w jakim sensie „wracam"? Jesteś w domu.
- Wracam do bycia dostępna. W niedzielę.
Stał pod drzwiami może minutę. Potem usłyszałam, jak idzie do kuchni, otwiera lodówkę, nalewa sobie kompot. Telewizor się włączył. I tyle.
Poniedziałek był najdziwniejszy. Obudziłam się o szóstej - z przyzwyczajenia. Żołądek ścisnął mi się na myśl, że nie nastawiam czajnika, nie kroję chleba, nie sprawdzam, czy Ryszard ma czyste skarpety. Leżałam w łóżku i słuchałam, jak mąż chodzi po kuchni. Otworzył szafkę. Zamknął. Otworzył drugą. Przeklinał cicho, szukając filtru do kawy, który od trzydziestu siedmiu lat wyciągałam dla niego, zanim się obudził.
Znalazł po dziesięciu minutach. Zrobił kawę. Wyszedł bez słowa.
Ja zjadłam śniadanie o dziesiątej. Jajecznicę z pomidorami, z bazylią z ogródka. W ciszy, przy otwartym oknie, z wiatrem, który pachniał bzem od sąsiadki. Nie pamiętam, kiedy ostatnio jadłam tak wolno.
We wtorek zadzwoniła Marta. Nie do mnie - do Ryszarda. Słyszałam przez ścianę: „Co znaczy, że mama ma urlop?! Jaki urlop?! A kto odbierze Zosię?!" Ryszard odpowiedział coś cicho. Marta podniosła głos: „To niech tata odbierze!". Ryszard odparł, że nie może, bo jest na budowie do czwartej. Potem usłyszałam trzaśnięcie drzwiami i ciszę.
Nie wyszłam z pokoju. Czytałam „Biegunów" i piłam herbatę z cytryną.
W środę pod drzwiami pojawiła się karteczka od Ryszarda. „Bożena, nie ma masła. Czy mogę wejść zapytać, gdzie jest lista zakupów?" Uśmiechnęłam się - pierwszy raz od tygodni. Odpisałam na odwrocie: „Na lodówce, pod magnesem z Kołobrzegu. Jak od dwunastu lat".
W czwartek zadzwonił Kuba. Do Ryszarda, nie do mnie. „Tata, co z mamą? Jest chora?" Ryszard powtórzył: nie, ma urlop. Kuba zapytał: „Urlop od czego?" Nie wiem, co Ryszard odpowiedział, ale rozmowa trwała trzy minuty. Potem było cicho.
Urlop od czego. To pytanie wisiało w powietrzu jak zapach spalenizny.
W piątek wieczorem Ryszard usiadł pod drzwiami sypialni. Nie pukał. Nie mówił nic. Słyszałam, jak oddycha. Po może kwadransie powiedział cicho:
- Bożena, ja ci kanapki nigdy nie zrobiłem, co?
Nie odpowiedziałam. Nie dlatego, że nie chciałam. Po prostu miałam ściśnięte gardło i wiedziałam, że jeśli teraz otworzę usta, to wyjdę, przytulę go i wszystko wróci do normy. A ja jeszcze nie byłam gotowa na normę.
W sobotę było cicho. Ryszard pojechał na działkę. Przeczytałam trzecią książkę do końca. Zrobiłam sobie sernik - taki mały, na jedną osobę, w kokilce, którą dostałam dwadzieścia lat temu i nigdy nie użyłam, bo „szkoda na co dzień". Był najlepszy, jaki jadłam w życiu. Zjadłam go cały, w łóżku, okruszki na prześcieradle.
W niedzielę rano włączyłam telefon.
Czternaście nieodebranych. Czternaście razy „gdzie jesteś", „czy możesz", „potrzebujemy", „tata nie wie, gdzie". Zero razy „jak się czujesz". Zero razy „kocham cię, mamo". Zero razy „tęsknię".
Siedziałam na kanapie i patrzyłam na ten ekran, i czułam jednocześnie dwie rzeczy: ogromny, cichy smutek i coś, czego nie spodziewałam się poczuć - ulgę. Bo teraz wiedziałam. Nie podejrzewałam, nie czułam mgliście - wiedziałam, czarno na białym, z czternastu powiadomień.
O dziesiątej wyszłam z sypialni. Ryszard siedział w kuchni, w piżamie, nad kubkiem kawy. Na blacie leżały dwa talerze, dwie łyżeczki, cukiernica i masło. Tosty - trochę przypalony.
- Zrobiłem śniadanie - powiedział, nie patrząc na mnie. - Ale tosty mi się spaliły z jednej strony.
Usiadłam naprzeciwko. Wzięłam przypalony tost. Posmarowałam masłem.
- Ryszard - powiedziałam. - Czternaście wiadomości. Ani jednej „jak się czujesz".
Patrzył na swoje ręce. Duże, spracowane dłonie brygadzisty, z blizną na kciuku od piły.
- Wiem - powiedział cicho. - Przeliczyłem.
A potem dodał coś, czego się nie spodziewałam:
- Ja też nie napisałem.
Siedzieliśmy w kuchni, jedząc przypalony tost, i milczeliśmy. Za oknem kwitł bez sąsiadki. Gdzieś na osiedlu szczekał pies. Normalny, zwyczajny poranek.
Nie wiem jeszcze, co zrobię z tą wiedzą. Nie wiem, czy powiem dzieciom. Nie wiem, czy cokolwiek się zmieni, czy za dwa tygodnie znów będę kroić chleb o szóstej, wyciągać filtry do kawy i odbierać Zosię z przedszkola. Pewnie będę. Ale ten przypalony tost - pamiętam jego smak. I pamiętam, że Ryszard przeliczyłem powiedział, zanim ja zdążyłam.
Kokilka po serniku stoi teraz na półce w kuchni. Na widoku. Zastanawiam się, czy następny będzie za dwadzieścia lat, czy za tydzień.