W formularzu żłobkowym jest rubryka „plan opieki awaryjnej". Synowa wpisała: „babcia - dostępna zawsze, 15 minut od placówki". Dowiedziałam się, gdy żłobek zadzwonił w środę: „mały ma gorączkę, mama nie odbiera, pani jest planem B". Pojechałam, oczywiście. Wieczorem powiedziałam jedno: „plan B też się uzgadnia. Plan B ma kalendarz". Od czwartku wisi u mnie ich grafik. Uzgodniony.
Ale to tak łatwo wygląda, kiedy się czyta suchy zapis. Jedno zdarzenie, dwa zdania, koniec. A przecież od tej środy do tego czwartku zmieściło się tyle, że starczyłoby na osobne życie. Albo przynajmniej na poważną rozmowę, jakiej w naszej rodzinie unikaliśmy latami.
Telefon zadzwonił o dwunastej trzynaście. Pamiętam, bo akurat odstawiałam żelazko - prasowałam pościel, bo lubię, kiedy pachnie i ma kant. Stary nawyk. Numer nieznany, ale odebrałam, bo w moim wieku nie ignoruje się nieznanych numerów. Człowiek już wie, że to może być szpital, ZUS albo coś gorszego.
- Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Teresą Kozłowską? Tu żłobek „Tęczowa Kraina" na Grabiszynie. Mały Franio ma gorączkę trzydzieści osiem i pięć. Próbujemy dodzwonić się do mamy, ale nie odbiera. Jest pani wpisana jako kontakt awaryjny.
Kontakt awaryjny. Plan B. Babcia - dostępna zawsze.
Stałam z telefonem w jednej ręce i żelazkiem w drugiej, i przez ułamek sekundy pomyślałam: jak to? Nikt mnie o nic nie pytał. Nikt nie dzwonił, nie mówił: „Mamo, mogłabyś...". Ale zaraz ta myśl ustąpiła drugiej, ważniejszej: Franio ma gorączkę. Więc odłożyłam żelazko, wzięłam torebkę, klucze i pojechałam. Piętnaście minut tramwajem, pięć na piechotę. Dokładnie jak w formularzu.
Franio siedział na kolanach opiekunki, czerwony, z mokrymi oczkami. Kiedy mnie zobaczył, wyciągnął rączki i powiedział „baba", i wtedy było mi już zupełnie wszystko jedno, kto mnie gdzie wpisał i czy pytał. Bo to dziecko mojego syna. Mój wnuk. I miał gorączkę.
Zabrałam go do siebie. Dałam Nurofen, rozłożyłam kocyk na kanapie, puściłam bajkę o psie, którego on tak kocha. Franio zasnął po dwudziestu minutach. Dopiero wtedy usiadłam w kuchni z herbatą i zaczęłam myśleć.
Synowa, Patrycja, zadzwoniła o piętnastej. Lekko zdyszana, trochę przepraszająca.
- Mamo, dopiero zobaczyłam nieodebrane. Miałam szkolenie, telefon na wyciszeniu. Franio u pani?
- U mnie. Śpi. Gorączka spadła
- Boże, dziękuję. Dobrze, że pani mogła.
I to „dobrze, że pani mogła" - to było to zdanie, które we mnie zostało. Bo ono zakładało, że mogłam. Że zawsze mogę. Że jestem jak pralka - podłączona do prądu, czeka na użycie.
Nie powiedziałam tego przez telefon. Powiedziałam: - Dobrze, jedź spokojnie, Franio jest bezpieczny.
Patrycja przyjechała po niego po szóstej. Syn, Wojtek, dołączył wprost z warsztatu, jeszcze w roboczych butach. Stali we dwoje w moim przedpokoju, a ja patrzyłam na nich i widziałam dwoje zmęczonych, zabieganych ludzi koło trzydziestki, którzy żonglują pracą, żłobkiem i rachunkami jak cyrkowi artyści. I naprawdę nie chciałam być złośliwa. Ale wiedziałam, że jeśli teraz nie powiem, to za miesiąc znowu zadzwoni żłobek, a ja znowu dowiem się z zaskoczenia, że jestem czyimś planem.
- Usiądźcie na chwilę - powiedziałam.
Wojtek spojrzał na Patrycję. Patrycja spojrzała na Wojtka. Oboje mieli tę minę, którą dobrze znam - minę dzieci, które czują, że zaraz będzie kazanie.
- Mamo, wiemy, że powinniśmy byli zadzwonić wcześniej... - zaczął Wojtek.
- Nie o to chodzi. - Podniosłam rękę. - Franio jest moim wnukiem. Pojadę po niego o każdej porze dnia i nocy, jeśli będzie trzeba. Ale chcę o tym wiedzieć. Plan B też się uzgadnia. Plan B ma kalendarz.
Cisza. Patrycja zagryzła wargę. Widziałam, że się spięła, i rozumiałam dlaczego. Dla niej to musiało zabrzmieć jak wyrzut. A może jak granica, której nie spodziewała się po teściowej, która od narodzin Frania powtarzała: „jakbyście czegoś potrzebowali, to jestem".
Ale byłam. Zawsze byłam. W połogu - z obiadami, z prasowaniem, z nocnym czuwaniem, kiedy Patrycja miała zapalenie piersi i płakała z bólu. Przy kolkach, przy pierwszych zębach, przy rotawirusie. I nigdy, przenigdy nie odmówiłam. Tyle że wtedy - prosili. Dzwonili, pytali, uzgadniali. A ten formularz... on był jak podpis na wekslu, którego nie widziałam.
- Ja nie chciałam... - Patrycja urwała. Poprawiła Frania na biodrze. - Wydawało mi się, że to oczywiste. Że pani i tak...
- Że i tak nie mam nic do roboty? - Nie podniosłam głosu. Powiedziałam to spokojnie, ale zobaczyłam, jak Wojtek spuścił wzrok.
Bo on wiedział. Wiedział, że w poniedziałki chodzę na rehabilitację kolana. Że we wtorki mam spotkania z kółkiem parafialnym, które prowadzę od ośmiu lat. Że w czwartki jeżdżę do Zosi, mojej osiemdziesięciopięcioletniej matki, na drugi koniec Wrocławia, bo ona też potrzebuje planu B - i tym planem jestem ja. Od zawsze.
Patrycja stała z opuszczoną głową. Nie była zła. Była zawstydzona. I chyba to mnie najbardziej rozczuliło - nie przeprosiny, których mogłam się spodziewać, ale ten rumieniec na szyi, to nerwowe poprawianie czapeczki Frania. Bo ona naprawdę nie chciała źle. Ona po prostu żyła w takim pędzie, że „babcia" stała się funkcją, nie osobą. Planem awaryjnym, nie Teresą Kozłowską, sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana księgowa, chore kolano, żywa matka, własne plany na środowe popołudnie.
Wojtek odezwał się pierwszy.
- Mamo, przepraszam. Zrobimy grafik.
I zrobili. Następnego dnia Patrycja przysłała mi tabelkę na telefon - tygodniowy rozkład, kto kiedy może, z moimi dniami zaznaczonymi na zielono. Poniedziałki i czwartki - niedostępna. Reszta - do uzgodnienia. Wydrukowałam, powiesiłam na lodówce obok rysunku Frania, tego z czerwonym słoneczkiem i czymś, co miało być psem.
Minął miesiąc. Grafik działa. Patrycja dzwoni z wyprzedzeniem. Wojtek czasem pisze: „Mamo, czy w piątek mogłabyś? Patrycja ma dentystę." Piszę „tak" albo „nie mogę, umów się z Kasią z pracy". I nikt się nie obraża.
A jednak coś mnie nie puszcza.
Bo wieczorami, kiedy siedzę sama w kuchni i piję herbatę z cytryną, myślę o tym, jak łatwo stać się niewidzialną. Jak niepostrzeżenie „kocham pomagać" zamienia się w „babcia jest zawsze". Jak granica między miłością a byciem wykorzystywanym jest tak cienka, że czasem jej nie widać gołym okiem. I czy Patrycja kiedykolwiek by ją zauważyła, gdyby nie ta gorączka w środę.
A potem myślę jeszcze o jednym. O tym, że moja mama, Zofia, osiemdziesiąt pięć lat, chore biodro i coraz gorsza pamięć, nigdy nie powiedziała mi „uzgodnij ze mną". Nigdy nie postawiła granicy. Kiedy dzwonię, zawsze mówi: „Dobrze, że przyjedziesz, córeczko." Nawet jak ma ciśnienie pod dwieście.
I zastanawiam się, czy ja - stawiając warunki synowej - jestem lepsza. Czy odważniejsza. Czy po prostu mniej kochająca.
Grafik wisi na lodówce. Uzgodniony. Ale pytanie wisi w powietrzu - i na nie odpowiedzi nie ma w żadnej tabelce.