Syn ostatnio „żartem" sprawdza mnie przy stole: „a jaki dziś dzień, mamo? a kto premierem?". Odpowiadam grzecznie, jak w teleturnieju. W niedzielę wnuk-farmaceuta dorzucił swoje: „tato, a maksymalna dobowa dawka ibuprofenu?". Cisza. „Babcia wie - pytałem wczoraj. Ty nie wiesz." Quizy się skończyły.
Ale historia zaczęła się dużo wcześniej niż te niedzielne egzaminy. Zaczęła się od mojego kolana.
We wrześniu zeszłego roku potknęłam się na schodach w bloku - tych samych schodach, po których chodzę od trzydziestu ośmiu lat. Trzecie piętro na Ursynowie, pięć stopni między półpiętrem a drzwiami, znam je na pamięć. A jednak noga mi się podwinęła, chwyciłam się poręczy w ostatniej chwili. Nic się nie stało, tylko kolano opuchło. Poszłam do lekarza, dostałam skierowanie na rehabilitację, zapisałam się w kolejce. Normalna sprawa. Sześćdziesiąt trzy lata, kości nie te co kiedyś.
Tomek - mój syn - zadzwonił wieczorem. „Mamo, słyszałem że upadłaś." Od Danuty, sąsiadki z pierwszego piętra, która zadzwoniła do mojej córki, a córka do niego. Taki łańcuszek. Powiedziałam, że nic wielkiego. A on na to: „Mamo, ja się martwię. Może powinnaś się zbadać. Nie kolano - głowę."
Zamurowało mnie. „Co ty mówisz, Tomek?" „No wiesz, mamo… ostatnio dzwoniłaś do mnie dwa razy z tym samym pytaniem o termin komunii Zosi. I zapomniałaś, że byłaś u nas w sobotę, a w poniedziałek pytałaś, kiedy się spotkamy, bo dawno się nie widzieliśmy."
Odłożyłam słuchawkę i siedziałam w kuchni chyba z dwadzieścia minut. Herbata wystygła. Miał rację z tą komunią - faktycznie zadzwoniłam dwa razy. Ale kto tego nie robi? Człowiek się zakręci, ma tysiąc rzeczy na głowie. Przez trzydzieści lat pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej i nikt - absolutnie nikt - nie miał zastrzeżeń do mojej pamięci. Bilanse się zgadzały co do grosza. Nawet teraz, trzy lata po emeryturze, pomagam dawnej koleżance z rozliczeniami. I kolumny się zgadzają.
Ale Tomek się zaciął. Od tamtego telefonu co niedzielny obiad zamieniał się w quiz. Zaczynało się niewinnie. „Mamo, pamiętasz jak się nazywa nowy serial, który oglądasz?" Pamiętałam. „A co jadłaś wczoraj na kolację?" Też pamiętałam - zresztą, kto pamięta co jadł we wtorek? „A ile macie z tatą rocznicę w tym roku?" Trzydzieści dziewięć lat by było, gdyby Zbigniew żył. Czternaście lat temu odszedł. Tę datę trudno zapomnieć.
Próbowałam z nim rozmawiać. Spokojnie, bez pretensji. „Tomek, ja rozumiem, że się martwisz, ale te pytania mnie upokarzają. Nie jestem twoją pacjentką." On na to: „Właśnie dlatego pytam, że nie jesteś pacjentką. Żebyś nie musiała nią zostać." Ma czterdzieści lat, pracuje jako elektryk, ale od jakiegoś czasu zachowuje się, jakby kończył medycynę. Czyta w internecie o wczesnych objawach Alzheimera. Pokazuje mi artykuły. Kładzie mi broszury obok talerza z sernikiem.
Moja córka Jolanta - młodsza, mieszka pod Krakowem - patrzy na to z dystansem. „Mamo, on po prostu się boi, bo pamiętasz, jak było z babcią." I ma rację. Moja mama, Halina, ostatnie pięć lat życia spędziła w świecie, który powoli znikał. Najpierw gubiła słowa, potem drogę do sklepu, potem nasze imiona. Tomek miał wtedy dwadzieścia kilka lat i jeździł do niej co tydzień. Widział to wszystko z bliska. Rozumiem, że zostawiło to w nim ślad.
Ale jedno to zrozumienie, a drugie - bycie egzaminowaną przy własnym stole, we własnym domu, przy własnym rosole.
Kilka tygodni temu było szczególnie ciężko. Przyszli na obiad we trójkę - Tomek, jego żona Kasia i wnuk Bartek, ten farmaceuta. Dwadzieścia cztery lata, drugi rok w aptece, mądry chłopak. Ledwo usiedliśmy, Tomek znowu zaczął: „Mamo, a który mamy miesiąc?" „Maj, Tomku." „A jaki dziś dzień tygodnia?" „Niedziela. Jak zawsze, kiedy przychodzicie." Kasia spojrzała w talerz. Bartek nalewał sobie kompot i patrzył na ojca w sposób, którego wcześniej nie widziałam. Uważnie, z czymś na kształt irytacji.
„A kto jest premierem?" - ciągnął Tomek. Odpowiedziałam. Poprawnie, oczywiście. Czuję się wtedy jak w tym programie telewizyjnym - publiczność patrzy, ja odpowiadam, a prowadzący czeka, aż się pomylę.
A potem Bartek odstawił szklankę i spokojnym głosem - takim aptecznym, rzeczowym - zapytał: „Tato, a jaka jest maksymalna dobowa dawka ibuprofenu?"
Tomek zamrugał. „No… dwie tabletki? Trzy?" „W miligramach, tato." Cisza. Tomek poruszył ustami, ale nic nie powiedział. Kasia podniosła głowę znad talerza. „Tysiąc dwieście miligramów" - powiedziałam odruchowo, bo akurat ibuprofen biorę na to cholerne kolano i czytałam ulotkę tyle razy, że mam ją przed oczami. Bartek kiwnął głową. „Babcia wie. Pytałem ją wczoraj przez telefon. Ty nie wiesz, tato. I nie wiesz, bo to nie jest twoja dziedzina. Tak jak neurologia nie jest twoją dziedziną."
Nikt się nie odezwał. Rosół stygł. Zegar w kuchni tykał tak głośno, jakby ktoś odkręcił mu głośność. Tomek patrzył na syna, a ja widziałam w jego twarzy coś, czego się nie spodziewałam - nie złość, nie zażenowanie. Ból. Czysty, szczery ból kogoś, kto naprawdę się boi o swoją matkę i właśnie usłyszał, że robi to źle.
Bartek mówił dalej, cicho, bez agresji: „Dziadek, jeśli chcesz wiedzieć, czy babcia jest zdrowa - umów ją do neurologa. Na porządne badania. Ale przestań ją egzaminować przy obiedzie, bo to nie jest diagnostyka. To jest upokorzenie."
Tomek wstał, poszedł do łazienki. Wrócił po pięciu minutach z czerwonymi oczami. Usiadł. Zjadł rosół. Nie odezwał się ani słowem do końca obiadu. Przy wyjściu objął mnie mocniej niż zwykle i szepnął: „Przepraszam, mamo."
Minęły dwa tygodnie. Quizy się skończyły. W zeszły piątek Tomek zadzwonił i powiedział, że umówił mnie do neurologa - porządnego, prywatnie, na Mokotowie. Za trzy tygodnie. „Jeśli chcesz, pojadę z tobą."
Powiedziałam, że chcę.
I teraz siedzę wieczorem w kuchni, sama, z herbatą, i myślę. Bo to nie jest takie proste, jak by się wydawało. Cieszę się, że quizy się skończyły. Cieszę się, że Bartek powiedział to, co ja nie umiałam powiedzieć. Ale jest też ten drugi głos, ten cichy, nocny - który pyta: a co jeśli Tomek miał trochę racji? Co jeśli coś jest nie tak, a ja tego nie widzę, bo nie chcę widzieć? Co jeśli te dwa telefony o komunię Zosi to nie był przypadek?
Boję się tych badań. Nie dlatego, że wstydzę się lekarza. Boję się, że wyjdę z gabinetu i świat będzie wyglądał inaczej. Albo - że będzie wyglądał tak samo, a ja i tak już nigdy nie przestanę się zastanawiać.
Termin za trzy tygodnie. Karteczkę z adresem przylepiłam na lodówce. I zaraz się złapałam na tym, że sprawdzam, czy ją pamiętam - ulica, numer, godzina. Pamiętam. Na razie pamiętam.
Tylko nie wiem, czy to wystarczy.