Syn zamontował mi krzesełko schodowe - „prezent, mamo, kiedyś podziękujesz". Za „prezent" zapłaciła moja lokata: dwanaście tysięcy. Po schodach chodzę szybciej niż on z siatkami, krzesełko jeździ puste raz w miesiącu, na próbę. Syn niezrażony: „przecież KIEDYŚ będziesz stara".

Stałam wtedy na dole schodów i patrzyłam, jak dwóch chłopaków w firmowych polówkach przykręca szyny do ściany. Wiertarka huczała, tynk sypał się na podłogę, a ja trzymałam w ręce herbatę, której nikt mi nie kazał robić, ale zrobiłam - bo tak się robi, jak ktoś pracuje w twoim domu. Grzegorz stał obok z rękami w kieszeniach i kiwał głową jak dyrygent. „Widzisz, mamo? Nowoczesność. Naciśniesz guzik i jedziesz".

Miałam ochotę powiedzieć, że jedyne, co chciałabym nacisnąć, to cofnij na tym całym pomyśle. Ale się nie odezwałam. Bo z synem to tak jest - im bardziej się uprzesz, tym bardziej on uważa, że ma rację. Po ojcu to ma. Ryszard, świeć Panie nad jego duszą, też potrafił kupić kombajn kuchenny za pół wypłaty, a potem się obrażać, że nikt nie robi soków.

Mam na imię Halina, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt pięć lat. Dwadzieścia osiem z nich przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem. Nogi mam sprawne, ręce sprawne, głowę sprawną.

Po schodach na piętro wchodzę może dwadzieścia razy dziennie - do sypialni, po pranie, sprawdzić, czy zamknęłam okno w łazience. Wchodzę normalnie, bez zadyszki, trzymając się poręczy, bo poręcz jest po to, żeby się trzymać, a nie po to, żeby obok niej jechało krzesełko za dwanaście tysięcy złotych.

Bo to jest sedno sprawy. Dwanaście tysięcy. Moja lokata, założona jeszcze za życia Ryszarda. Odkładaliśmy po trzysta, czterysta złotych miesięcznie. Przez lata. Na czarną godzinę, na remont dachu, na pogrzeb - na co się tam odkłada pod koniec życia.

Grzegorz wiedział o lokacie, bo kiedyś, głupia, powiedziałam mu przy obiedzie. A on zapamiętał. I kiedy przyjechał z tym swoim pomysłem na krzesełko, powiedział: „Mamo, nie martw się, ja wszystko załatwię".

Załatwił. Przyjechał z umową, pokazał mi, gdzie się podpisać. Monterzy byli umówieni na za tydzień. A pieniądze? „Z lokaty, mamo. Przecież tam leżą i nic nie robią".

Nic nie robią. Dwanaście tysięcy złotych - nic nie robią. Dla Grzegorza to było pewnie jak kieszonkowe. On zarabia dobrze, pracuje w firmie informatycznej we Wrocławiu, żona Agnieszka też pracuje, mają mieszkanie na kredyt, ale żyją wygodnie. Dwa razy w roku urlop, samochód nowy co cztery lata. Ja mu nie zazdroszczę, skąd, cieszę się. Ale jak człowiek ma emeryturę tysiąc osiemset na rękę i dom na głowie, to dwanaście tysięcy to nie jest „nic nie robią". To jest poduszka. To jest spokój. To jest - mogę wymienić piec, mogę naprawić dach, mogę kupić leki, jak NFZ powie, że na refundację trzeba czekać trzy miesiące.

Nie protestowałam wystarczająco mocno. To moja wina. Grzegorz mówił, a ja słuchałam, i gdzieś między jego „mamo, to dla twojego bezpieczeństwa" a „mamo, wyobraź sobie, że się przewrócisz" - podpisałam. Sąsiadka Krysia z naprzeciwka powiedziała mi potem: „Halina, ale po co ci to, ty po tych schodach latasz jak młoda koza". Nie odpowiedziałam. Wstydziłam się.

Krzesełko jest białe, plastikowe, z pasem jak w samolocie. Wygląda jak fotel dentystyczny, który ktoś przykleił do ściany. Jedzie wolno, z takim miarowym buczeniem, jakby ściana narzekała. Próbowałam raz, zaraz po montażu, bo Grzegorz stał i patrzył z taką miną, że nie mogłam odmówić. Usiadłam, zapiął mi pas, nacisnął guzik. Jechałam na górę cztery minuty. Cztery minuty. Piechotą wchodzę w minutę, może półtorej, jak kolano zaczyna marudzić przy zmianie pogody.

„Mamo, to nie o teraz chodzi, to o przyszłość" - powiedział Grzegorz, kiedy delikatnie zasugerowałam, że mogłam te pieniądze przeznaczyć na coś innego. „Jak będziesz miała osiemdziesiąt lat, podziękujesz mi".

Osiemdziesiąt lat. To piętnaście lat ode mnie. Piętnaście lat temu miałam pięćdziesiąt i nikt nie planował mi życia za piętnaście lat do przodu. A Grzegorz planuje. Grzegorz w ogóle lubi planować - moje życie. Rok temu chciał mnie przenieść na dół, żebym spała w pokoju gościnnym. „Po co ci schody na co dzień, mamo?". Bo na górze jest moja sypialnia, Grzesiek. Moja i taty. Tam stoi szafa z jego rzeczami, których jeszcze nie oddałam, bo nie chcę. Tam wisi zasłonka, którą sama uszyłam w dziewięćdziesiątym trzecim. Tam jest moje okno, z którego widzę sad i drogę, i wiem, kiedy listonosz idzie.

Agnieszka, synowa, była u mnie w marcu. Dobra dziewczyna, spokojna, nie wtrąca się. Ale przy obiedzie powiedziała coś, co mi zostało. „Mamo, Grzesiek się martwi. Chce, żeby mama była bezpieczna". Spojrzałam na nią i powiedziałam: „Agniesiu, ja jestem bezpieczna. Niebezpiecznie to jest, jak ktoś ci zabiera oszczędności życia na coś, czego nie potrzebujesz". Zamilkła. Grzegorz, który akurat wrócił z garażu, nie słyszał.

Albo słyszał i udał, że nie. Z nim nigdy nie wiadomo.

Czasem myślę, że to nie o moje bezpieczeństwo chodzi. Że to o coś innego. Że Grzegorz chce mieć poczucie, że jest dobrym synem. Że zadbał. Że jak ktoś zapyta, powie: „Zainstalowałem mamie krzesełko schodowe". I ludzie pokiwają głowami - jaki troskliwy. A że za krzesełko zapłaciła mama własnymi pieniędzmi, to już szczegół, który jakoś wypada z opowieści.

Krysia mówi, żebym mu powiedziała wprost. „Halina, powiedz mu: synu, oddaj mi te pieniądze albo przestań udawać, że to prezent". Łatwo się mówi. Grzegorz jest jedynym dzieckiem, które mi zostało. Córka Beata mieszka w Irlandii, dzwoni raz na dwa tygodnie, przyjeżdża na Wigilię. Kocham ją, ale to Grzegorz jest tu, blisko, godzinę jazdy. To on przyjeżdża z siatkami, naprawia kran, kosi trawę. Jak mu powiem, że jego prezent to był przekręt na moich pieniądzach - co się stanie?

Może nic. A może przestanie przyjeżdżać. Może się obrazi na miesiąc, na pół roku. Może powie Agnieszce: „Widzisz, jak jest? Człowiek się stara, a matka niezadowolona". I będzie miał swoją wersję, a ja swoją, i między nami będzie to krzesełko - białe, plastikowe, buczące cicho na pustej szynie.

Wczoraj wieczorem usiadłam na schodach, na trzecim stopniu od dołu. Dom był cichy, za oknem śpiewał kos. Patrzyłam na to krzesełko i myślałam: mogę je kazać zdemontować. Mogę zadzwonić do firmy, spytać, czy odkupią. Mogę powiedzieć Grzegorzowi prawdę - że czuję się oszukana przez własne dziecko, a to boli bardziej niż każde kolano.

A mogę nie zrobić nic. Mogę chodzić po schodach jak zawsze, mijać je dwadzieścia razy dziennie i czekać. Na co? Może na ten dzień, kiedy rzeczywiście będę potrzebowała pomocy. Tylko że wtedy chciałabym, żeby ktoś podał mi rękę. Nie guzik.

Raz w miesiącu włączam krzesełko na próbę, bo w instrukcji piszą, że trzeba. Naciskam guzik, ono jedzie puste na górę, a potem z powrotem na dół. Buczy sobie, jakby śpiewało do siebie piosenkę, której nikt nie chce słuchać.

Grzegorz dzwoni w niedziele. Zawsze pyta: „Mamo, jak krzesełko?". Odpowiadam: „Działa, synku". I to jest jedyne kłamstwo, na które mnie w tym wszystkim stać - bo krzesełko rzeczywiście działa. To coś innego między nami przestało.