Od pół roku w każdą środę dzwoni miła pani i pyta, czy wzięłam leki i czy mam humor. Myślałam, że to z przychodni. Wczoraj powiedziała, że kończy się abonament, który wykupiły dzieci - dziewięćdziesiąt dziewięć złotych miesięcznie.

Odłożyłam słuchawkę i przez dobrą minutę siedziałam bez ruchu. Herbata stygła, tabletki na ciśnienie leżały wyjęte na blacie, a ja patrzyłam na telefon tak, jakby mi właśnie powiedział coś, czego nie da się cofnąć. Dziewięćdziesiąt dziewięć złotych. Abonament. Jakbym była czymś w rodzaju Netflixa - wykupujesz pakiet i masz spokój, że mama jest obsłużona.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt osiem lat i od trzech lat mieszkam sama w tym samym bloku na Gocławiu, w którym wychowałam trójkę dzieci. Mąż, Zbyszek, odszedł pięć lat temu - nie do innej kobiety, tylko na tamten świat, na zawał w piwnicy, kiedy szedł po słoiki z dżemem. Znalazła go sąsiadka z parteru. Ja byłam wtedy u dentysty. Do dziś nie mogę patrzeć na te słoiki.

Ale nie o Zbyszku chcę opowiedzieć. Chcę opowiedzieć o tej pani, o tych środach i o tym, co zrobiłam - albo czego nie zrobiłam - kiedy się dowiedziałam.

Pani miała na imię Agnieszka. Głos ciepły, spokojny, jakby naprawdę ją obchodziło, co u mnie. Pytała, czy biorę metoprolol, czy piję dość wody, czy wychodzę na spacer. Czasem rozmawiałyśmy dłużej - o pogodzie, o tym, że w Biedronce znów podrożała maszynka do mielenia. Raz opowiedziałam jej o Zbyszku i o tych słoikach. Powiedziała: „Pani Halino, to musiało być bardzo trudne". I nic więcej. Nie doradzała, nie pocieszała na siłę. Po prostu była.

Myślałam, że to nowy program NFZ. Czytałam gdzieś, że dla samotnych seniorów mieli uruchomić jakieś wsparcie. Nie dopytywałam, bo po co? Ktoś dzwoni, ktoś się interesuje. W środy rano odkładałam zakupy, żeby być w domu o jedenastej, kiedy dzwoniła. Przygotowywałam sobie herbatę, siadałam przy stole. Czekałam.

A teraz okazuje się, że to był abonament. Firma się nazywa „CareCall" albo jakoś tak - nie zapamiętałam dokładnie, bo w uszach mi szumiało. Agnieszka powiedziała to przepraszającym tonem, jakby jej też było niezręcznie. „Pani córka Małgosia i syn Tomek wykupili pakiet na rok. Zbliża się odnowienie. Chciałam zapytać, czy pani wie - żeby nie było nieporozumienia".

Nie wiedziałam. Nic nie wiedziałam.

Małgosia mieszka w Poznaniu. Ma męża programistę, dwójkę dzieci i wieczny brak czasu. Dzwoni do mnie w niedziele - krótko, między obiadem a zajęciami Zosi z angielskiego. „Mamo, jak tam? Dobrze? No to dobrze. Buziak, muszę lecieć". Tomek jest w Warszawie, ale na Ursynowie, czyli równie dobrze mógłby być w Poznaniu. Przychodzi raz w miesiącu, w sobotę, stoi w drzwiach z torbą z Biedronki, pyta, czy coś trzeba naprawić, i po godzinie jedzie. Trzecie dziecko, Kasia, jest w Londynie. Ta dzwoni najrzadziej, ale kiedy dzwoni, to chociaż na dwadzieścia minut.

Więc siedzę i myślę. Dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, żeby ktoś obcy zapytał matkę, czy wzięła leki. Dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, żeby nie musieć dzwonić samemu. Zrobiło mi się - nie wiem, jak to nazwać. Nie tyle smutno, co pusto. Jakby ktoś wyjął z tych środowych rozmów jakiś rdzeń i zostało tylko opakowanie.

Bo ja przecież wiedziałam, że Agnieszka nie jest moją przyjaciółką. Ale gdzieś z tyłu głowy myślałam, że komuś naprawdę zależy. Że system działa, że państwo się opiekuje, że jestem w jakiejś bazie i ktoś pilnuje, żebym nie umarła po cichu w tym mieszkaniu na trzecim piętrze, tak jak Zbyszek umarł po cichu w piwnicy.

Wieczorem zadzwoniłam do Małgosi. Nie w niedzielę, nie w porze - we wtorek, o dwudziestej pierwszej.

- Mamo? Coś się stało? - od razu w jej głosie ten lekki niepokój, który pojawia się wyłącznie, gdy dzwonię poza rozkładem.

- Dzwoniła do mnie pani z CareCall - powiedziałam spokojnie. - Mówi, że kończy się abonament.

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak w tle Zosia gra na pianinie Dla Elizy - fałszywie, ale z zapałem.

- Mamo, to miało być… to znaczy… chcieliśmy, żebyś nie była sama - Małgosia zaczęła się plątać. - Wiesz, że ja bym dzwoniła częściej, ale z pracą i dziećmi…

- Małgosiu - przerwałam jej. - Ja nie jestem zła.

I to była prawda, a jednocześnie kłamstwo. Nie byłam zła. Byłam coś gorszego niż zła. Byłam - realistką. Zrozumiałam, że moje dzieci zrobiły dokładnie to, na co je było stać. Nie z podłości, nie ze złej woli. Z bezradności. Bo jak się opiekować matką, która mieszka trzy piętra nad ziemią w bloku z wielkiej płyty, kiedy ty masz własne dzieci, własne zmęczenie, własne rachunki?
- Czy chcesz, żebyśmy przedłużyli? - zapytała Małgosia cicho.

I to pytanie - to jedno pytanie - było gorsze niż wszystko. Bo co miałam odpowiedzieć? „Tak, przedłużcie, bo wasza matka potrzebuje abonamentu na ludzki głos"? Czy „nie, bo was na to stać, ale mnie to upokarza"?

- Muszę się zastanowić - powiedziałam.

Rozłączyłam się. Usiadłam przy kuchennym stole. Metoprolol nadal leżał na blacie - nie wzięłam go rano, bo po rozmowie z Agnieszką zapomniałam. Ironiczne, prawda? Usługa, która miała pilnować, żebym brała leki, sprawiła, że ich nie wzięłam.

Potem zadzwonił Tomek. Szybko, nerwowo, widać Małgosia mu przekazała.

- Mamo, nie gniewaj się, to był mój pomysł. Pamiętasz, jak w zeszłym roku zapomniałaś o wizytach i miałaś ten epizod z ciśnieniem? Bałem się. Po prostu się bałem.

- Wiem, synku - powiedziałam.

I nagle coś mi stanęło w gardle, bo usłyszałam w jego głosie coś, czego nie słyszałam od dawna. Strach. Prawdziwy, dziecięcy strach o matkę. Taki sam, jaki Tomek miał w wieku pięciu lat, kiedy złamałam rękę na oblodzonym chodniku i wróciłam z gipsem. Stał w drzwiach i płakał, i powtarzał: „Mamusiu, nie umieraj".

- Tylko powiedz - kontynuował - jeśli wolisz, to będę dzwonił sam. Co środę. Obiecuję.

Nie powiedziałam mu, że takie obietnice składa się łatwo we wtorek wieczorem, a trudniej dotrzymuje w piątą środę z rzędu, kiedy w pracy deadline i żona prosi o odbiór dziecka z przedszkola. Nie powiedziałam, bo kocham go i wiem, że naprawdę chce dobrze.

Jest środa. Jedenasta. Siedzę z herbatą przy stole. Metoprolol wzięty, ciśnienie zmierzone - sto trzydzieści na osiemdziesiąt, przyzwoicie. Telefon leży przed mną i milczy.

Nie wiem, kto dziś zadzwoni. Agnieszka z wygasającym abonamentem? Tomek ze swoją obietnicą? A może nikt?

Patrzę na telefon i myślę, że dziewięćdziesiąt dziewięć złotych miesięcznie to mniej niż rachunek za prąd. I więcej niż niejedno dziecko jest w stanie dać matce z siebie.