
Zgodziłam się na remont, bo córka mówiła, że „mieszkanie odżyje". Wróciłam od siostry i nie poznałam pokoju: nowa podłoga, biała farba, pusto. Pod blokiem stał kontener, a na wierzchu leżał mundur galowy mojego męża.
Stałam na chodniku w rozpiętej kurtce, z torbą podróżną przy nodze, i nie mogłam się ruszyć. Mundur leżał złożony na pół, jakby ktoś go tam po prostu odłożył - jak niepotrzebną gazetę. Granatowy, z guzikami, które Staszek polerował pastą do srebra przed każdą uroczystością. Podniosłam go. Był wilgotny od porannej rosy. Pod mundurem zobaczyłam tekturowe pudło, a w nim albumy ze zdjęciami, szkatułkę z odznaczeniami i pluszowego misia, którego Staszek wygrał mi na odpuście w osiemdziesiątym trzecim roku.
Ręce mi zadrżały. Nie z zimna.
- Mamo! Wróciłaś wcześniej! - usłyszałam głos Magdy z balkonu na trzecim piętrze. Stała tam z kubkiem kawy, w roboczym dresie, z włosami spiętymi w niedbały kucyk. Wyglądała na zadowoloną. - Wejdź na górę, zobaczysz, jak pięknie wyszło!
Pięknie. Tak to ujęła. Weszłam po schodach powoli, bo kolana dały o sobie znać, a winda znów nie działała. Na klatce pachniało farbą i czymś chemicznym, czymś obcym. Drzwi do mojego mieszkania na Grochowie były uchylone. Weszłam do przedpokoju i stanęłam.
Nie poznałam tego miejsca. Ściany białe, gładkie, sterylne. Podłoga jasna, panele w kolorze bielonego dębu. Meblościanka zniknęła - ta ciemna, orzechowa, którą kupiliśmy ze Staszkiem w dziewięćdziesiątym pierwszym, na raty, w sklepie na Targowej. Zniknęły serwetki szydełkowe, kryształowy wazon po mojej mamie, półka z encyklopediami, które Staszek zbierał latami. Na ścianie, tam gdzie wisiał jego portret w mundurze, była teraz pusta biała przestrzeń i jakiś nowoczesny obraz - szare kwadraty na szarym tle.
Magda stanęła w drzwiach pokoju z szerokim uśmiechem.
- No i jak? Prawda, że oddycha się inaczej?
Nie odpowiedziałam. Poszłam do sypialni. Łóżko było nowe - niskie, na drewnianej ramie, z jasną pościelą w geometryczne wzory. Szafa ze Staszkowymi rzeczami zniknęła. Komoda, na której stała jego woda kolońska, zdjęcie z naszego ślubu i porcelanowa figurka anioła - nie było jej.
- Magda - powiedziałam cicho. - Gdzie są rzeczy taty?
- Mamo, usiądź, zrobię ci herbatę. - Magda delikatnie dotknęła mojego ramienia. - Trzeba było to wszystko odświeżyć. Pięć lat minęło. Mieszkałaś jak w muzeum.
Pięć lat. Pięć lat od pogrzebu Staszka, od tego grudniowego dnia, kiedy zadzwonili z komendy i powiedzieli, że odszedł na służbie. Zawał na patrolu. Trzydzieści dwa lata w policji, ostatnie dziesięć jako aspirant sztabowy. Dwanaście odznaczeń. I jeden mundur galowy, który teraz mókł w kontenerze na śmieci.
- Herbaty nie chcę - powiedziałam. - Chcę wiedzieć, gdzie są albumy ze zdjęciami. Szkatułka z odznaczeniami. Mundur.
- Albumy są w kontenerze, ale mogę je wyciągnąć, jeśli naprawdę chcesz. - Magda usiadła na nowym łóżku i westchnęła jak nauczycielka, która tłumaczy coś po raz piąty. - Mamo, posłuchaj mnie. Rozmawiałam z psycholożką. Ona powiedziała, że trzymanie tych wszystkich rzeczy, to otaczanie się nimi, to nie jest zdrowe. To cię blokuje. Nie żyjesz własnym życiem, tylko żyjesz wspomnieniami o tacie.
Psycholożka. Magda od dwóch lat chodziła do psycholożki i od dwóch lat każdą rozmowę zaczynała od słów „moja terapeutka mówi". Nie mam nic przeciwko terapii. Ale moja córka zaczęła traktować tę kobietę jak wyroczni, a moje czterdzieści lat małżeństwa - jak chorobę, z której trzeba mnie wyleczyć.
- Magda, ten mundur to nie jest stary szalik. - Głos mi się łamał, ale starałam się mówić spokojnie. - Tata w nim ślubował. W nim go awansowali. W nim stał na uroczystości, kiedy ty kończyłaś szkołę.
- Właśnie, mamo. Stał. Czas przeszły. - Magda patrzyła na mnie z tym nowym wyrazem twarzy, który ostatnio nosiła jak maskę - wyrozumiałość zmieszana z lekką wyższością. - Nie możesz wiecznie żyć przeszłością.
Wyszłam z sypialni. Wzięłam z przedpokoju torbę, zjechałam windą, która akurat zaczęła działać, i poszłam do kontenera. Wyciągnęłam mundur. Wyciągnęłam pudło z albumami. Szkatułkę. Pluszowego misia. Zaniosłam wszystko do samochodu Magdy, który stał pod blokiem - bo mój własny samochód sprzedałam dwa lata temu, na jej namowę, bo „po co ci, mamo, i tak nigdzie nie jeździsz".
Usiadłam na ławce przed klatką. Było ciepło, majowe słońce grzało przyjemnie, lipy kwitły i pachniały tak samo jak wtedy, kiedy ze Staszkiem wprowadzaliśmy się do tego mieszkania w dziewięćdziesiątym roku. Miałam wtedy trzydzieści dwa lata, on trzydzieści cztery. Magda miała sześć lat i bała się windy.
Magda wyszła za mną po kwadransie. Usiadła obok. Milczałyśmy długo.
- Mamo, ja chciałam dobrze - powiedziała w końcu ciszej, bez tej pewności siebie, która mnie tak drażniła. - Martwiłam się o ciebie. Siedzisz tu sama, w tym mieszkaniu, gdzie wszystko ci o nim przypomina. Nie wychodzisz. Nie spotykasz się z koleżankami. Hania dzwoni, ty nie odbierasz.
- Bo Hania pyta, czy już się pozbierałam - powiedziałam. - A ja nie chcę się zbierać. Ja chcę pamiętać.
- Ale to nie to samo co żyć, mamo.
Patrzyłam na kontener. Na tę kupę gruzu, starych desek, resztek tapet. Gdzieś tam, pod spodem, leżała jeszcze pewnie ta tapeta w drobne kwiatki, którą wybraliśmy ze Staszkiem w sklepie na Radzymińskiej. Spieraliśmy się godzinę - on chciał pasy, ja kwiatki. Wygrałam. Staszek mówił potem, że to było najpiękniejsze zwycięstwo, jakie mu się przytrafiło.
Magda miała trochę racji. Wiedziałam to. Nie odbierałam telefonów, nie wychodziłam. Odmawiałam zaproszeń od siostry Teresy, od sąsiadki Krysi z piątego piętra, nawet od Zosi z dawnej pracy w księgowości. Siedziałam w mieszkaniu wśród rzeczy Staszka i to było moje życie. Mój wybór.
Ale to był mój wybór. Nie Magdy.
- Przepraszam - powiedziała cicho. - Może powinnam była zapytać.
- Może - odpowiedziałam.
Siedziałyśmy na ławce jeszcze długo. Magda w końcu poszła na górę, a ja zostałam. Otworzyłam szkatułkę. Dwanaście medali i odznaczeń, ułożonych na granatowym aksamicie. Na spodzie, pod wyściółką, leżał złożony na czworo liścik. Znałam go na pamięć, ale i tak rozłożyłam. Staszek napisał go do mnie dwadzieścia lat temu, kiedy dostał awans na aspiranta. „Bożenko, bez Ciebie nie dałbym rady. Nie mów nikomu, ale czasem się boję. Ty mnie trzymasz przy ziemi. S."
Schowałam liścik z powrotem. Zamknęłam szkatułkę. Wstałam z ławki.
Wieczorem zadzwoniłam do siostry i powiedziałam, że chyba jednak przyjadę na dłużej. Teresa zaczęła się cieszyć, ale ja ją przerwałam: „Nie na stałe. Muszę się zastanowić." Magda siedziała w wyremontowanym pokoju i malowała paznokcie. Mieszkanie rzeczywiście wyglądało ładnie. Jasne, przestronne, nowoczesne. Zupełnie nie moje.
Położyłam mundur na nowym łóżku. Rozprostowałam rękawy, wygładziłam kołnierz. Magda stanęła w drzwiach i patrzyła, ale nic nie powiedziała.
Pięć lat to dużo i mało. Wystarczająco dużo, żeby córka uznała, że czas na zmiany. Za mało, żeby matka się z tym zgodziła. A może nie chodzi o czas. Może chodzi o to, że nikt nie powinien decydować za drugiego człowieka, kiedy kończy się żałoba - nawet jeśli robi to z miłości.
Mundur pachniał jeszcze lekko rosą. Ale pod spodem, gdy przyłożyłam twarz do kołnierza, wciąż czuć było wodę kolońską Staszka.