
Sąsiadka z piętra niżej zadzwoniła i powiedziała, że nasz pies Azor stoi pod drzwiami i skomle. Dziwne, bo mąż miał go wyprowadzać. Zeszłam na dół - Azor przywiązany do poręczy, a mąż siedzi w zaparkowanym aucie z kobietą w okularach, piją kawę z termosów i śmieją się. Azor czekał pod klatką ponad godzinę. Mąż wrócił i powiedział: „Długi spacer, był zmęczony".
Zmęczony. Azor, owczarek podhalański, który potrafi biegać po trzy godziny bez przerwy i jeszcze skakać z radości, kiedy wraca do domu. Zmęczony po staniu pod klatką na trzypiętrowym mrowie. Stałam w przedpokoju z ręcznikiem w dłoni, bo właśnie wycierałam mu łapy, i patrzyłam na Andrzeja, który zdejmował kurtkę z taką naturalnością, jakby nic się nie wydarzyło. A ja widziałam. Na własne oczy.
Nie powiedziałam ani słowa. On pochylił się, podrapał Azora za uchem. „Nachodził się, biedak. Prawda, Azor?" Pies merdał ogonem, bo Azor nie umie kłamać i nie umie się gniewać. Ja - owszem.
Mam na imię Bożena, mam pięćdziesiąt cztery lata i od dwudziestu siedmiu jestem żoną Andrzeja. Elektryk, solidna firma instalacyjna na Mokotowie, regularny jak zegar. Wychodzi o szóstej trzydzieści, wraca o szesnastej, pies o siedemnastej, kolacja o osiemnastej. Dzieci się wyprowadziły - Kasia do Wrocławia za mężem, Michał na Pragę, bo blisko do pracy. Zostaliśmy we dwójkę. We trójkę, licząc Azora.
Ten rytm trwał latami i wydawał mi się dowodem na to, że wszystko jest w porządku. Że Andrzej jest stały jak ta meblościanka w salonie, którą postawił w dziewięćdziesiątym ósmym i od tamtej pory ani razu nie zaproponował wymiany. Myślałam, że stabilność to miłość. A może po prostu się nie zastanawiałam.
Tamtego wieczoru nie spałam do drugiej w nocy. Leżałam na boku, plecami do niego, i odtwarzałam scenę: srebrne kombi na parkingu pod blokiem, kobieta na miejscu pasażera, termos z czerwoną nakrętką, jej okulary w ciemnych oprawkach, śmiech Andrzeja - taki śmiech, jakiego dawno w tym domu nie słyszałam. Szeroki, otwarty, z odchyloną głową. Kiedy ostatnio tak się przy mnie śmiał? Nie pamiętam.
Następnego dnia nic nie powiedziałam. Ani następnego. Obserwowałam. Andrzej wychodził z Azorem codziennie o siedemnastej, wracał o osiemnastej piętnaście, mówił „fajny spacer" i siadał do kolacji. Azor wchodził spokojny, nie zasapany, bez błota na łapach. Jak pies, który stał w miejscu.
W czwartek poszłam za nimi. Czułam się idiotycznie - pięćdziesięcioletnia kobieta w kurtce od deszczu, chowająca się za kontenerami na śmieci na własnym osiedlu. Andrzej zszedł na dół, przywiązał Azora do poręczy przy wejściu do klatki - nie przy swojej, przy sąsiedniej - i przeszedł na parking. Srebrne kombi już stało. Wsiadł. I znów - kawa, rozmowa, ten śmiech.
Wróciłam do domu po czterdziestu minutach. Trzęsły mi się ręce, kiedy stawiałam czajnik na kuchence. Nie z wściekłości. Z czegoś gorszego - z poczucia, że jestem głupia. Że wszyscy widzą, a ja nie widziałam. Sąsiadka Krystyna z dołu - ona przecież zadzwoniła nieprzypadkowo. Wiedziała. Może cały blok wiedział.
W piątek przy kolacji zapytałam wprost. Spokojnie, jak pytam o rachunek za prąd.
- Andrzej, kto to jest ta kobieta w srebrnym aucie?
Odłożył widelec. Nie zaprzeczył. Nie zrobił zdziwionej miny. Spojrzał na mnie tym wzrokiem, który znam z sytuacji, kiedy Michał jako nastolatek rozbił szybę w szkole - wzrokiem człowieka, który wiedział, że ten moment nadejdzie.
- To Lucyna. Pracuje w biurze u nas w firmie.
- I co, pijesz z nią kawę na parkingu, a pies stoi przywiązany do poręczy?
- Tak.
Cisza. Azor pod stołem westchnął, jakby i on czekał na ciąg dalszy.
- Od kiedy?
- Od września. Bożena, to nie jest to, co myślisz.
- A co ja myślę?
- Że ja... że my... Nie. Rozmawiamy. Po prostu rozmawiamy. Lucyna przechodzi rozwód, ma ciężko, a ja... - urwał, potarł czoło. - Ja nie mam z kim pogadać.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż gdyby powiedział, że sypia z tą kobietą. Nie mam z kim pogadać. Dwadzieścia siedem lat małżeństwa i mój mąż nie ma z kim pogadać. Siedzę trzy metry od niego każdego wieczoru - i jestem nikim.
- Ze mną nie możesz? - zapytałam cicho.
Andrzej podniósł na mnie oczy. Zmęczone, bez wrogości, bez ironii. Tylko zmęczone.
- Bożena, kiedy ostatnio zapytałaś mnie o cokolwiek poza tym, czy kupił mleko?
Chciałam odpowiedzieć. Otworzyłam usta. Zamknęłam. Bo nie pamiętałam.
Przez następne dni chodziłam po domu jak po cudzym mieszkaniu. Wszystko to samo - firanki, które wybrałam sama, półka z książkami, które czytałam sama, kolacja, którą gotowałam i jadłam... właściwie sama, bo Andrzej siedział obok, ale czy byliśmy razem? Zadzwoniłam do Kasi. Opowiedziałam. Córka milczała długo, a potem powiedziała coś, czego się nie spodziewałam.
- Mamo, a ty masz kogoś, z kim rozmawiasz? Nie o nas, nie o zakupach. O sobie?
Nie miałam. Od lat. Koleżanki z dawnej pracy w księgowości porozjeżdżały się, poraniły, pozamykały w swoich blokach. Krystyna z dołu to plotki, nie rozmowy. Andrzej miał Lucynę. A ja nie miałam nikogo.
W sobotę rano Andrzej wyszedł z Azorem. Podeszłam do okna. Patrzyłam, jak schodzi po schodach, jak pies skacze radośnie wokół niego. Tym razem poszedł na skwer - widziałam z czwartego piętra. Rzucał Azorowi patyk. Nie było srebrnego kombi.
Kiedy wrócił, stałam w kuchni. Nalałam dwa kubki herbaty. Postawiłam na stole. Usiadłam.
- Siadaj - powiedziałam.
Spojrzał zaskoczony. Usiadł.
- Opowiedz mi coś. Cokolwiek. Jak było w pracy w tym tygodniu.
Andrzej objął kubek obiema dłońmi. Milczał przez chwilę, jakby szukał słów. A potem zaczął mówić. Mówił o nowym zleceniu, o młodym chłopaku, którego przyuczają, o tym, że boli go kolano od klęczenia przy gniazdkach. Zwykłe rzeczy. Nie pamiętam, kiedy ostatnio ich słuchałam.
Nie wiem, czy to wystarczy. Nie wiem, czy Lucyna zniknie, czy dalej będzie czekać na tym parkingu z termosem i uśmiechem. Nie wiem nawet, czy mu wierzę, że to tylko rozmowy. Ale wiem jedno - przez te lata oboje staliśmy przywiązani do poręczy. Każde do swojej. I skomliliśmy cicho, czekając, aż ktoś przyjdzie i nas odwiąże.
Pytanie, czy po dwudziestu siedmiu latach da się zapomnieć, jak się to robi - wracać do siebie nawzajem. Czy może jest już za późno, a ta herbata na stole to tylko kolejny nawyk, który z czasem straci smak.