Pożyczyłam przyjaciółce osiem tysięcy na naprawę dachu. Od dwóch lat przy każdym spotkaniu mówi: „Oddam, jak tylko się pozbieramy". W sobotę widziałam ją w galerii handlowej z trzema torbami z Reserved.

Stałam na piętrze, przy balustradzie obok kawiarni, z kubkiem americano w ręce. Patrzyłam w dół na tłum ludzi i nagle zobaczyłam tę charakterystyczną chustkę - turkusową, z frędzlami, którą Renata nosiła na każdą okazję. Szła szybkim krokiem, śmiejąc się do telefonu, a w drugiej ręce kołysały się trzy duże, papierowe torby. Poczułam, jak mi się zaciskają szczęki. Odstawiłam kawę na blat. Ręce mi drżały.

Nie zeszłam do niej. Nawet nie wiem dlaczego. Może dlatego, że bałam się tego, co bym powiedziała.

Z Renatą znałyśmy się dwadzieścia sześć lat. Poznałyśmy się w poradni, do której obie chodziłyśmy z dziećmi na szczepienia. Ja z Dominikiem, który wtedy miał roczek, ona z bliźniaczkami. Zamieszkałyśmy przypadkiem na tym samym osiedlu na Gocławiu, trzy bloki od siebie. Pracowałam wtedy jako księgowa w hurtowni materiałów budowlanych przy Grochowskiej. Renata była fryzjerką, miała maleńki salon na Saskiej Kępie, który jakoś ciągnęła między pieluchami a rachunkami.

Przez te dwadzieścia sześć lat przeżyłyśmy razem wszystko. Mój rozwód z Leszkiem, który odszedł do koleżanki z pracy, kiedy Dominik miał osiem lat. Jej ciężką operację kręgosłupa. Śmierć jej matki, przy której siedziałam z nią na korytarzu szpitala do trzeciej w nocy. Komunię moją, komunię jej bliźniaczek, matury dzieci, ślub mojego Dominika. Byłyśmy bliżej niż siostry. Tak przynajmniej myślałam.

Dwa lata temu, we wrześniu, zadzwoniła do mnie wieczorem. Głos miała taki, jakby się zaraz miała rozpłakać. Powiedziała, że po ostatnich ulewach dach ich domu w Ząbkach zaczął przeciekać. Że dekarz wycenił naprawę na dwanaście tysięcy, a oni mają cztery, bo Waldemar, jej mąż, akurat zmienił pracę i przez dwa miesiące nie miał wypłaty.

- Bożena, ja wiem, że to dużo - powiedziała cicho. - Ale nie mam do kogo się zwrócić. Oddamy, jak tylko Waldek dostanie pierwszą pensję. Dwa, trzy miesiące.

Nie wahałam się. Miałam te osiem tysięcy na koncie oszczędnościowym - zbierałam na nowy piekarnik i remont łazienki. Pomyślałam: łazienka poczeka. Renata by dla mnie zrobiła to samo. Następnego dnia przelałam pieniądze.

Przez pierwszy miesiąc pisała do mnie co tydzień. Że dach naprawiony, że nie cieknie, że jest wdzięczna. Że Waldek zaczął pracę, że za miesiąc, dwa oddadzą. Potem wiadomości zaczęły się rozrzedzać. Raz w miesiącu, raz na dwa. Gdy w grudniu, przed Wigilią, delikatnie wspomniałam, odpowiedziała: „Bożenka, ja pamiętam, naprawdę. Ale teraz mamy wydatki świąteczne, wiesz jak jest. W styczniu się pozbieramy".

Styczeń minął. Luty. Marzec. Za każdym razem, gdy się spotykałyśmy - na kawie u niej, na spacerze, na imieninach wspólnej znajomej - widziałam to samo: ten przepraszający uśmiech i to zdanie, które zaczęłam słyszeć przez sen: „Oddam, jak tylko się pozbieramy".

Przestałam pytać. Czułam się głupio. Jakbym to ja robiła coś niestosownego, upominając się o własne pieniądze. Renata zachowywała się normalnie - zapraszała mnie na kawę, pisała śmieszne wiadomości, dzwoniła w urodziny. Tylko ten temat wisiał między nami jak mokra szmata na sznurku. Obie udawałyśmy, że jej nie widzimy.

Moja siostra Jadwiga, kiedy jej opowiedziałam, powiedziała krótko: „Bożena, dałaś się zrobić". Wściekłam się na nią. Bo jak to - Renata to nie obca osoba, to dwadzieścia sześć lat przyjaźni, to ta sama kobieta, która przynosiła mi rosół, kiedy po rozwodzie nie mogłam wstać z łóżka.

Ale tamta sobota w galerii coś we mnie przeorała.

Trzy torby z Reserved. Nie jedna, trzy. Wiedziałam, ile kosztują rzeczy w tym sklepie - sama tam czasem zaglądałam. Trzy pełne torby to co najmniej pięćset, sześćset złotych. Może więcej. Stałam przy tej balustradzie i robiłam w głowie rachunek: gdyby przez dwa lata odkładała po trzysta złotych miesięcznie, dawno by mi oddała. Po dwieście - też by starczyło. Po sto pięćdziesiąt - miałaby już ponad trzy i pół tysiąca.

W poniedziałek spotkałyśmy się na kawie. Umówiłyśmy się wcześniej, jeszcze przed tą sobotą. Renata siedziała w naszej cukierni na Gocławskiej, uśmiechnięta, w nowej bluzce - granatowej, z koronkowym dekoltem. Rozpoznałam krój. Reserved.

- Ładna bluzka - powiedziałam, siadając naprzeciwko.

- A, taka promocja była - machnęła ręką. - Kupiłam Waldkowi koszulę, a potem tak jakoś wyszło. Wiesz, jak to jest.

Wiedziałam. Dokładnie wiedziałam, jak to jest.

Herbata stygła przede mną. Mieszałam łyżeczką, patrząc na bąbelki wirujące w szklance. Renata opowiadała o weselu córki znajomej, o nowym serialu, o tym, że Waldek znowu narzeka na kolano. Normalny, ciepły wieczór dwóch bliskich kobiet.

- Renata - powiedziałam, a ona chyba usłyszała coś w moim głosie, bo urwała w pół zdania. - Muszę cię zapytać o te pieniądze.

Cisza. Łyżeczka w jej dłoni zatrzymała się nad filiżanką.

- Bożena, ja wiem, naprawdę, ja pamiętam. Oddam, jak tylko...

- Jak tylko się pozbieracie - dokończyłam za nią. - Wiem. Słyszę to od dwóch lat.

Zobaczyłam, jak jej twarz tężeje. Nie ze złości - z zaskoczenia. Jakby przez te dwa lata naprawdę wierzyła, że nasze milczenie oznacza, że nie mam nic przeciwko. Że poczekam. Że rozumiem.

- Widziałam cię w sobotę w galerii - powiedziałam cicho. - Z torbami.

Renata odstawiła filiżankę. Patrzyła na mnie przez moment, a potem spuściła wzrok. Nie powiedziała nic. Tylko nerwowo wygładzała serwetkę na stole, składając ją w coraz mniejszy kwadracik.

- Ja nie mówię, że nie masz prawa kupować sobie rzeczy - próbowałam mówić spokojnie, chociaż głos mi się łamał. - Ale wiesz co, Renata? Ja od dwóch lat odkładam remont łazienki. Kafelki mi odpadają za prysznicem. I czuję się jak idiotka, bo za każdym razem, kiedy o tym myślę, słyszę w głowie twoje „jak tylko się pozbieramy".

Renata podniosła oczy. Były wilgotne.

- Przepraszam - szepnęła. - Naprawdę przepraszam. Ja... nie wiem, jak to się stało. Że tyle czasu minęło. Myślałam, że jakoś... że ty rozumiesz...

- Rozumiem co? - zapytałam. I naprawdę chciałam wiedzieć.

Nie odpowiedziała od razu. Sięgnęła po torebkę, wyjęła chusteczkę, otarła nos. Przez chwilę wyglądała jak tamta kobieta sprzed dwudziestu sześciu lat, z mokrymi oczami na korytarzu szpitala. I poczułam coś okropnego - że mi jej żal. Że mi żal osoby, która od dwóch lat traktuje moje oszczędności jak swoje kieszonkowe.

- Przeleje ci w przyszłym tygodniu dwa tysiące - powiedziała w końcu. - A resztę w ratach. Obiecuję.

Skinęłam głową. Zapłaciłam za swoją herbatę. Wyszłam.

Minął tydzień. Przelew nie przyszedł. Renata nie zadzwoniła. Napisała tylko w środę wieczorem krótką wiadomość: „Bożenka, pamiętam, po prostu Waldek miał awarię auta i musieliśmy wydać. Za tydzień na pewno".

Siedzę teraz w kuchni, patrzę na telefon z tą wiadomością i nie wiem, co zrobić. Mogę odpowiedzieć „rozumiem", jak robiłam przez dwa lata. Mogę napisać, że to koniec, że albo pieniądze, albo przyjaźń - ale czy ta przyjaźń jeszcze w ogóle istnieje? A może nigdy nie istniała tak, jak mi się wydawało?

Dwadzieścia sześć lat. Tyle się nie wyrzuca z powodu ośmiu tysięcy. Prawda?