
Poszłam do banku zamknąć konto męża. Urzędniczka powiedziała, że nie wszystko wchodzi do spadku - jest „dyspozycja na wypadek śmierci". Mąż wpisał, komu wypłacić oszczędności. Nazwiska nie znałam. Bank, zgodnie z prawem, nie może mi powiedzieć nic więcej.
Wyszłam z banku na ulicę i stałam chyba z pięć minut przed wejściem, ściskając w dłoni plastikową teczkę z dokumentami. Ludzie mnie omijali. Ktoś się o mnie potknął i powiedział „przepraszam". Nie odpowiedziałam. Myślałam tylko jedno: kto? Kogo Zbyszek uznał za ważniejszego ode mnie na wypadek swojej śmierci?
Miałam wrócić do domu, rozłożyć pranie, zrobić obiad dla Kasi, bo córka przyjeżdżała po południu z Krakowa. Zamiast tego usiadłam na ławce przy przystanku i zaczęłam przeglądać w telefonie kontakty Zbyszka. Nadal je miałam - nie skasowałam ich z jego starej komórki, którą trzymałam w szufladzie razem z jego okularami i portfelem. Same znajome nazwiska: koledzy z pracy, brat Tadeusz, sąsiad Mirek, mechanik, dentysta. Nikt, kogo nie znałam. A jednak ktoś taki istniał.
Ze Zbyszkiem byliśmy trzydzieści osiem lat. Poznaliśmy się na zabawie u wspólnych znajomych w osiemdziesiątym szóstym. On pracował jako elektryk w zakładach na Woli, ja byłam księgową w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Ślub wzięliśmy po roku. Kasia urodziła się w osiemdziesiątym dziewiątym, Bartek dwa lata później. Życie toczyło się normalnie - rachunki, remonty, wakacje w Łebie, komunia dzieci, potem ich studia, potem ich własne życie. Zbyszek przeszedł na emeryturę trzy lata przede mną. Odkrył działkę. Hodował pomidory i ogórki, naprawiał altankę, zaprzyjaźnił się z działkowcami z sąsiednich parcel. Był spokojnym, cichym człowiekiem. Nigdy nie podnosił głosu. Nigdy nie trzasnął drzwiami.
Umarł w lutym. Zawał. Szybko, bez cierpienia - tak powiedzieli lekarze, jakby to miało być pocieszenie. Miał sześćdziesiąt trzy lata. Pogrzeb, stypa w domu, kwiatki na grobie co niedzielę, formalności. ZUS, notariusz, bank. Myślałam, że to będzie rutyna. Akt zgonu, postanowienie o stwierdzeniu nabycia spadku, podpis, podpis, jeszcze jeden podpis. Czterdzieści lat wspólnego życia zamknięte w pieczątkach i formularzach.
A potem ta urzędniczka. Młoda, może trzydziestoletnia, z kucykiem i okularami w czerwonych oprawkach. Patrzyła na ekran komputera i powiedziała tym swoim urzędowym tonem: „Proszę pani, na tym koncie jest dyspozycja na wypadek śmierci. Środki objęte dyspozycją nie wchodzą do masy spadkowej". Spytałam, co to znaczy. Wyjaśniła. Mąż za życia wskazał osobę, której bank ma wypłacić pieniądze po jego śmierci. Bez mojej zgody, bez wiedzy spadkobierców. Zgodnie z prawem bankowym - do określonej kwoty - może to zrobić każdy posiadacz konta.
- Ale ja jestem żoną. Byłam żoną - poprawiłam się. - Czy mogę wiedzieć, kto to jest?
- Niestety nie mogę udzielić takiej informacji - powiedziała cicho, jakby naprawdę jej było przykro. - Mogę powiedzieć tylko tyle, że dyspozycja została złożona i środki zostały już wypłacone osobie wskazanej.
Już wypłacone. Ktoś przyszedł do tego banku z dowodem osobistym i aktem zgonu mojego męża, i wyszedł z jego pieniędzmi. Może tydzień temu. Może dwa tygodnie. Kiedy ja składałam kwiaty na grobie, ktoś obcy inkasował jego oszczędności.
Wieczorem przyjechała Kasia. Postawiłam przed nią herbatę z cytryną i powiedziałam wprost. Nie umiałam inaczej.
- Tata miał kogoś - powiedziałam. Kasia postawiła szklankę na stole tak gwałtownie, że herbata chlusnęła na obrus.
- Mamo, co ty mówisz? Nie miał nikogo. Tata nie był takim człowiekiem.
- Nie mówię, że miał kochankę. Mówię, że zapisał pieniądze komuś, kogo ja nie znam. Komuś, kto nie jest rodziną.
Kasia milczała długo, kręcąc łyżeczką w szklance, choć cukier dawno się rozpuścił.
- Ile? - spytała w końcu.
- Nie wiem dokładnie. Urzędniczka powiedziała, że dyspozycja może obejmować do dwudziestokrotności przeciętnego wynagrodzenia. To może być ponad sto tysięcy.
- Jezus Maria.
- Właśnie.
Bartek, kiedy zadzwoniłam do niego następnego dnia, zareagował inaczej. Chłodno, analitycznie, jak to on.
- Mamo, to może być cokolwiek. Może tata pomagał komuś finansowo. Może miał dług wdzięczności. Nie zakładaj najgorszego.
- A co nie jest najgorsze w tej sytuacji? - spytałam. Bartek nie odpowiedział od razu.
- Wiesz co, pogadam z wujkiem Tadkiem - powiedział w końcu. - Może on coś wie.
Tadeusz, brat Zbyszka, mieszkał pod Radomiem. Przyjechał w sobotę. Siedział w kuchni, jadł sernik, który upiekłam dzień wcześniej, i kręcił głową.
- Bożena, ja nic nie wiem. Zbyszek ze mną o pieniądzach nie rozmawiał. Ale... - urwał i odłożył widelczyk.
- Ale co, Tadek?
- Pamiętasz, jak Zbyszek jeździł na tę działkę? Ostatnie dwa lata bardzo często, prawda? Czasem zostawał na noc.
- Na działce nie ma prądu, Tadek. Spał w altance pod kocem.
- No właśnie. Ja raz do niego dzwoniłem w sobotę wieczorem. Nie odebrał. Zadzwoniłem na stacjonarny, na waszą komórkę domową, bo myślałem, że może jednak wrócił. Ty powiedziałaś, że jest na działce. A ja następnego dnia dzwoniłem rano i Zbyszek powiedział, że w sobotę wieczorem był w domu. Pomyliło mi się, uznałem. Nie wracałem do tego.
Zaległa cisza. Tadeusz patrzył w okno. Ja patrzyłam na resztki sernika na talerzu i myślałam o tym, że Zbyszek zawsze chwalił mój sernik. Że prosił o dokładkę. Że mówił: „Bożena, jak ty piec umiesz, to nikt inny". I że teraz te słowa brzmiały inaczej. Wszystko brzmiało inaczej.
Przez kolejne dwa tygodnie przeszukałam dom. Systematycznie, szuflada po szufladzie, półka po półce. Znalazłam paragony ze stacji benzynowej w miejscach, do których Zbyszek - według moich obliczeń - nie miał powodu jeździć. Znalazłam w kieszeni zimowej kurtki wizytówkę kwiaciarni z drugiego końca Warszawy. I znalazłam w piwnicy, w kartonie z narzędziami, kopertę. Pustą, ale z adresem nadawcy. Kobiecym pismem, starannym, drobnym. Adres w Legionowie. Nazwiska nie było - tylko inicjały: M.W.
Mogłam pojechać. Legionowo to pół godziny pociągiem. Mogłam zapukać do drzwi, zobaczyć twarz tej osoby, spytać wprost. Kim pani jest? Co łączyło panią z moim mężem? Dlaczego zostawił pani pieniądze, a mnie - pustkę i pytania?
Kasia powiedziała: jedź, masz prawo wiedzieć. Bartek powiedział: nie jedź, nic ci to nie da, tata nie żyje. Tadeusz powiedział: zrób, jak uważasz, Bożena.
Jest czwartek. Koperta leży na kuchennym stole, obok filiżanki z niedopitą herbatą. Za oknem kwitną kasztany. Pociąg do Legionowa odjeżdża co dwadzieścia minut.
Wciąż nie wiem, czy wstanę z tego krzesła.