Przez całe życie mówiłam, że na takie rzeczy szkoda pieniędzy. W ten poniedziałek zapisałam się na basen i kupiłam pierwszy w życiu kostium kąpielowy. Mam sześćdziesiąt trzy lata i wreszcie pływam.

Ale żeby to zrozumieć, musicie wiedzieć, kim byłam jeszcze trzy miesiące temu. Kim byłam przez ostatnie czterdzieści lat.

Córka wydzwoniła do mnie w lutym. „Mamo, tata dzwonił. Mówi, że chce się spotkać, pogadać." Odłożyłam telefon na blat kuchenny i patrzyłam na niego długo, jakby mógł eksplodować. Tata. Ryszard. Mój były mąż, który odszedł, kiedy Agnieszka miała jedenaście lat, a Tomek czternaście. Dwadzieścia dwa lata temu.

Ryszard zadzwonił do dzieci, nie do mnie. I to mnie zabolało bardziej, niż powinno. Bo niby co miałam oczekiwać - że po dwudziestu dwóch latach powie: „Bożena, przepraszam"? Nie. Ale że zadzwoni do Agnieszki i poprosi ją, żeby mnie przygotowała - to było typowe. Zawsze wszystko przez kogoś. Nigdy prosto.

Nazywam się Bożena, mieszkam w bloku na Ratajach w Poznaniu, na trzecim piętrze, od trzydziestu pięciu lat. Pracowałam jako księgowa w hurtowni budowlanej - przez dwadzieścia osiem lat w tym samym biurze, przy tym samym biurku z laminatu. Emeryturę dostałam półtora roku temu. I od tamtej pory żyłam tak, jakby nic się nie zmieniło, tyle że zamiast rachunków liczyłam dni do kolejnej wizyty wnuków.

Ryszard odszedł w dziewięćdziesiątym dziewiątym. Do Ireny, sekretarki z jego firmy transportowej. Klasyka. Zostawił mieszkanie, meble, kryształowy wazon od teściowej i dwa tysiące złotych alimentów, które przychodziły regularnie - to muszę mu oddać. Ale nie zostawił ani słowa wyjaśnienia, które by wystarczyło. „Bożena, ja cię szanuję, ale ja z tobą nie żyję, ja obok ciebie trwam" - powiedział wtedy. I wyszedł z jedną walizką.

A ja zostałam. I trwałam dalej. Tyle że sama.

Dzieci dorosły, Tomek jest w Warszawie, pracuje w IT, Agnieszka tu, w Poznaniu - fryzjerka, własny salonik na Wildzie. Oboje mają rodziny, oboje dzwonią, przyjeżdżają na Wigilię. Normalne polskie życie. Nikomu nic nie brakowało. Przynajmniej tak mówiłam.

Bo wiecie, jak to jest. Kiedy mąż odchodzi, a ty masz czterdzieści jeden lat i dwójkę dzieci, to nie siadasz i nie myślisz o sobie. Myślisz o obiadach, rachunkach za prąd, o tym, żeby Tomek miał na wycieczkę szkolną. I tak mijają lata. Odkładasz każdą złotówkę na czarną godzinę. Na sanatorium - „ale nie teraz, może za rok". Na nowe buty - „te jeszcze posłużą". Na basen, na kino, na kawę z koleżanką - „a po co, szkoda pieniędzy".

I nagle masz sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę tysiąc osiemset, oszczędności na koncie i nie wiesz, po co one są. Bo czarna godzina nie przyszła. A ty i tak żyłaś, jakby była tuż za rogiem.

W marcu Ryszard w końcu zadzwonił do mnie. Głos miał inny - cichszy, z zadyszką. „Bożena, chciałbym cię zobaczyć. Nie przez telefon." Zgodziłam się, bo Agnieszka prosiła. Bo sama byłam ciekawa. Bo po dwudziestu dwóch latach złość zamienia się w coś innego - nie w przebaczenie, ale w jakieś otępienie, które wygląda jak obojętność.

Przyszedł do mnie na herbatę w sobotę. Był chudy, siwy, w kurtce za dużej o dwa rozmiary. Usiadł przy stole w kuchni - tym samym stole - i powiedział, że Irena zmarła rok temu. Że jest sam. Że ma problemy z sercem. I że przeprasza.

Siedziałam naprzeciwko niego i trzymałam kubek z herbatą tak mocno, że bolały mnie palce. Czekałam na coś w sobie - na ulgę, na triumf, na gniew. Nic nie przyszło. Tylko cisza. I zapach tej herbaty - miętowej, którą piję od lat, bo jest najtańsza.

„Bożena, ja wiem, że to za późno" - mówił. „Ale gdybyś chciała... gdybyśmy mogli spróbować... jakoś razem..."

Nie odpowiedziałam od razu. Patrzyłam na jego ręce - pomarszczone, z brązowymi plamami. Kiedyś były mocne. Kiedyś trzymały mnie za talię, kiedy tańczyliśmy na weselu Zośki z drugiego piętra. To było w osiemdziesiątym czwartym. Inny świat.

„Ryszard" - powiedziałam w końcu - „ja muszę o tym pomyśleć."

I myślałam. Dwa tygodnie myślałam. Agnieszka dzwoniła co wieczór - „Mamo, co zdecydowałaś?" Tomek napisał SMS-a: „Mamo, to twoja sprawa, ale pamiętaj, ile cię kosztował." A ja chodziłam po mieszkaniu i rozglądałam się dookoła jak po raz pierwszy. Meblościanka, którą kupiliśmy razem z Ryszardem w dziewięćdziesiątym pierwszym. Serwetki szydełkowe od mamy. Album ze zdjęciami ze ślubu - wciśnięty na dno szafy, ale wciąż tam. Dwadzieścia dwa lata samotności zakonserwowanej w tych meblach jak kompot w słoiku.

I wtedy zrozumiałam coś, co powinnam była zrozumieć dawno temu. Że ja nie oszczędzałam pieniędzy. Ja oszczędzałam siebie. Na później, na kiedyś, na kogoś. Jakby moje ciało, moja radość, mój czas - to wszystko było czymś, co muszę zachować na zapas. Na wypadek gdyby przyszła czarna godzina. A ona nie przyszła. Za to przyszedł Ryszard.

Zadzwoniłam do niego w piątek wieczorem. „Ryszard, ja ci nie mówię nie. Ale zanim cokolwiek zdecyduję, muszę najpierw zrobić jedną rzecz."

„Jaką?" - zapytał.

„Nauczyć się pływać."

Cisza w słuchawce. A potem cichy śmiech. „Bożena, ty nigdy nie umiałaś pływać?"

„Nigdy. Bo zawsze było szkoda pieniędzy."

W poniedziałek poszłam do sklepu sportowego na Ratajach. Stałam w przymierzalni z kostiumem kąpielowym - granatowym, jednoczęściowym, nic wyszukanego - i patrzyłam na swoje odbicie. Sześćdziesiąt trzy lata. Skóra miękka i luźna. Blizna po cesarskim z Agnieszką. Kolana krzywe od lat stania przy kuchence. I pomyślałam: to jest moje ciało. Jedyne, jakie mam. I nigdy nie zanurzyłam go w basenie.

Kupiłam ten kostium. Czepek. Klapki. I karnet miesięczny na basen na Chwiałce.

Pierwszy raz weszłam do wody we wtorek rano. Nogi mi się trzęsły. Woda była cieplejsza, niż myślałam. Trzymałam się krawędzi i powoli opuszczałam ramiona. Kobieta na torze obok - może ze czterdzieści lat, szczupła, w okularach pływackich - uśmiechnęła się do mnie i kiwnęła głową. Jakby wiedziała.

Pływam teraz trzy razy w tygodniu. Nadal źle, nadal się boję głębokiej wody. Ale pływam.

A Ryszard? Ryszard czeka. Dzwoni w niedziele, pyta jak basen. Ja odpowiadam: „Dobrze." I nic więcej. Bo nie wiem jeszcze, czy chcę go wpuścić z powrotem do tego mieszkania, do tego życia. Nie wiem, czy człowiekowi, który wyszedł z jedną walizką, można otworzyć drzwi po dwudziestu dwóch latach - i czy to będzie odwaga, czy głupota.

Wiem jedno: najpierw muszę nauczyć się unosić na wodzie. Sama.