
Nikt z dzieci nie wie, że mam jeszcze jedno konto. Odkładam na nie po dwieście złotych miesięcznie - na własny pogrzeb, żeby nikogo nie prosić i nikomu nie wisieć. W kopercie obok leżą wybrane zdjęcie i wybrana piosenka.
Kopertę trzymam w szufladzie pod rachunkami za prąd. Biała, zwykła, z Biedronki - trzy za złotówkę. Na wierzchu napisałam flamastrem: „Dla tego, kto znajdzie pierwszy". Nie podpisałam się, bo kto inny miałby trzymać takie rzeczy w tej szufladzie? Tylko ja. Halina. Sześćdziesiąt cztery lata, emerytowana księgowa z Wrocławia, matka trojga dorosłych dzieci, które dzwonią w niedzielę - jeśli akurat nie zapomną.
Zdjęcie wybrałam sprzed pięciu lat, z działki ROD. Stoję przy krzaku porzeczek, w kapeluszu słomkowym, i śmieję się, bo Ryszard - mój mąż, wtedy jeszcze żywy - właśnie powiedział coś śmiesznego o sąsiadce, co hodowała króliki w altanie. Na tym zdjęciu wyglądam na szczęśliwą. I byłam. A piosenka? „Nim wstanie dzień" Marka Grechuty. Ryszard puszczał ją na magnetofonie każdego lata, wieczorami, kiedy dzieci już spały.
Konto założyłam trzy miesiące po jego pogrzebie.
Bo pogrzeb Ryszarda mnie nauczył.
Umarł w grudniu, dwa dni przed Wigilią. Serce. Pięćdziesiąt osiem lat, żadnych sygnałów - a przynajmniej żadnych, które chciał mi pokazać. Wrócił z warsztatu, powiedział „Halinka, coś mnie tu", pokazał na klatkę piersiową, usiadł w fotelu i już nie wstał. Karetka przyjechała w jedenaście minut. Za późno.
Pogrzeb organizowałam sama. Dzieci przyjechały - Marek z Poznania, Kasia z Warszawy, Ewa z Opola - ale przyjechały jako goście. Stały obok, płakały, trzymały się za ręce. Nikt nie zapytał, ile kosztuje trumna. Ile za wieniec, ile za organistę, ile za kondukt, ile za obiad w „Miłoszówce" na czterdzieści osób, bo Ryszard miał kupę znajomych. Nikt nie zapytał, bo nie wypadało. Bo matka się zajmie. Matka zawsze się zajmie.
Zajęłam się. Wyciągnęłam z naszego wspólnego konta siedem tysięcy czterysta złotych. Do tego dwa tysiące pożyczyłam od Lucyny, sąsiadki z trzeciego piętra. Pamiętam, jak stałam u niej w przedpokoju, w czarnej sukience, i mówiłam: „Lucyna, oddaj ci po Nowym Roku". Ona tylko machnęła ręką: „Halinko, nie gadaj głupot". Ale ja oddałam. Co do grosza, drugiego stycznia.
Potem, w lutym, usiadłam z kalkulatorem. Emerytura po księgowej to nie jest fortuna, ale mam swoje przyzwyczajenia - wszystko liczę, wszystko zapisuję. Policzyłam, ile kosztował pogrzeb. Ile mam na koncie. Ile mi zostaje po rachunkach, lekach, jedzeniu. I wtedy pomyślałam: a co będzie, jak ja umrę?
Marek ma kredyt hipoteczny. Kasia dopiero co się rozwiodła, sama ciągnie dwójkę małych. Ewa pracuje w bibliotece - dużo powiem, że zarabia trzy i pół tysiąca? Skąd one wezmą te pieniądze? Z czego? I co - będą się kłócić, która da więcej? Będą pożyczać od obcych? Będą mi urządzać pogrzeb na kredyt?
Nie. Nie na mojej zmianie.
Poszłam do banku i otworzyłam drugie konto. Zwykłe, oszczędnościowe, bez żadnych szaleństw. Ustawiłam zlecenie stałe: dwieście złotych co miesiąc, pierwszego dnia. Trzy lata temu. Na koncie jest teraz prawie osiem tysięcy. Wystarczy na przyzwoity pogrzeb, na skromny nagrobek, na wieniec, na obiad. Może nawet zostanie trochę, żeby dziewczyny mogły kupić sobie po kawie na stypie, nie martwiąc się o rachunek.
Lucyna wie. Tylko Lucyna. Dałam jej numer konta i PIN, zapisany na karteczce, schowany w tej samej kopercie. „Gdyby coś" - powiedziałam jej. Pokiwała głową. Nie pytała dlaczego, bo Lucyna ma siedemdziesiąt jeden lat i rozumie takie rzeczy bez tłumaczenia.
Dzieciom nie powiedziałam. I tu się zaczyna ta część, która nie daje mi spać.
Bo Kasia zadzwoniła w zeszłą niedzielę. Gadałyśmy o bzdurach - o tym, że Jaś ma angielski we wtorek, że Zuzia rośnie jak na drożdżach, że w Biedronce była promocja na mascarpone. I nagle Kasia mówi: „Mamo, a ja ci chciałam powiedzieć... słuchaj, z Ewą gadałyśmy i myślimy, że powinnyśmy się umówić, co robimy, jak... no, jak coś się stanie. Wiesz, z tobą".
Cisza. Słyszałam, jak Jaś w tle krzyczy coś o dinozaurach.
„Jak to - co robimy?" - zapytałam, chociaż doskonale wiedziałam, o co chodzi.
„No, mamo. Żebyśmy nie były zaskoczone. Żebyśmy wiedziały, czego ty chcesz. Tata... no, z tatą to było tak nagle, nikt nie wiedział, co on by chciał, jaki grób, jakie kwiaty. Ewa mówi, że powinnyśmy z tobą porozmawiać".
Miałam to wszystko w kopercie. Zdjęcie. Piosenkę. Numer konta z pieniędzmi, które od trzech lat odkładam grosz po groszu. Mogłam powiedzieć: „Kasiu, to wszystko jest załatwione. W szufladzie pod rachunkami. Koperta z flamastrem. Nie musicie się o nic martwić".
I nie powiedziałam.
Zamiast tego odparlam: „Kasiu, przestań gadać głupoty, jeszcze mnie nie chowajcie".
A Kasia się roześmiała, lekko, z ulgą - bo pewnie się bała tej rozmowy - i przeszła na temat mascarpone. I rozłączyłyśmy się.
Potem siedziałam przy kuchennym stole i piłam herbatę z cytryną, która zdążyła wystygnąć. I myślałam. Dlaczego nie powiedziałam?
Może dlatego, że to jedyna rzecz, którą kontroluję od początku do końca. Moje pieniądze. Moja decyzja. Moje zdjęcie, moja piosenka, moja koperta. Przez czterdzieści lat życia z Ryszardem - pięknego życia, nie narzekam - zawsze byłam tą, która organizuje dla innych. Wigilie, komunie, obozy letnie, wywiadówki, obiady niedzielne. A teraz organizuję dla siebie. Po raz pierwszy i ostatni.
A może dlatego, że jeśli im powiem - zaczną się kłótnie. Marek powie, że to absurd, że on jest od tego, żeby zapłacić. Kasia powie, że skoro Marek, to ona też. Ewa się obrazi, że ją pominęłam. I nagle mój spokojny, cichy plan stanie się kolejnym polem bitwy, a ja będę musiała znowu wszystko tłumaczyć, uspokajać, mediować. Jak zawsze.
Lucyna mówi, żebym im powiedziała. „Halinko, one mają prawo wiedzieć. To twoje dzieci". A ja na to: „Właśnie dlatego, Lucyna. Właśnie dlatego".
Wczoraj dołożyłam do koperty jeszcze jedną rzecz. Kartkę. Napisałam na niej kilka zdań - nic wielkiego, żadne testamenty, żadne wielkie wyznania. Tylko: „Nie kłóćcie się o to. Wszystko jest opłacone. Zdjęcie dajcie to, co wybrałam - naprawdę ładnie na nim wyglądam. A piosenkę puśćcie na koniec, nie na początku. Ryszard by wiedział dlaczego".
Schowałam kartkę z powrotem. Zamknęłam szufladę.
Dwieście złotych pójdzie pierwszego. Jak co miesiąc. Kasia pewnie zadzwoni w niedzielę. Pewnie znowu nie powiem.
Ale koperta leży. I czasem myślę - może to nie jest troska. Może to jest duma. A może jedno od drugiego nie da się oddzielić, kiedy człowiek ma sześćdziesiąt cztery lata i szufladę pełną rachunków za prąd.