
Przy mamie w szpitalu dyżurowałyśmy na zmianę, ale w ostatnim tygodniu siostra została sama, bo „lepiej znosi te noce". Po pogrzebie okazało się, że jest testament, podpisany właśnie wtedy, drżącą ręką. Mieszkanie zapisane jej.
Kiedy notariusz odczytał ostatnią wolę mamy, w kancelarii było tak cicho, że słyszałam tykanie zegara na ścianie. Nie tego starego zegara z wahadłem, który mama miała w salonie na Grochowie - tamten stanął razem z nią, trzeciego marca o czwartej nad ranem. Ten zegar był zwykły, biurowy, plastikowy. I tykał tak głośno, jakby odliczał sekundy do momentu, w którym wreszcie zrozumiem, co się stało.
Renata siedziała obok mnie. Moja młodsza siostra, pięćdziesiąt trzy lata, fryzjerka z własnym salonem na Saskiej Kępie. Paznokcie jak zawsze perfekcyjne, nawet na pogrzebie - bordowy lakier, idealny French na kciukach. Patrzyła prosto przed siebie z twarzą, której nie umiałam odczytać. Ani zdziwienie, ani wstyd. Spokój. Taki spokój, od którego robi się zimno.
Notariusz powiedział: „Czy są pytania?" Nie miałam pytań. Miałam pustkę w głowie i mrowienie w dłoniach, takie samo jak wtedy, gdy piętnaście lat temu dowiedziałam się, że Andrzej ma kogoś. Ciało reaguje szybciej niż rozum. Wstałam, wzięłam torebkę i wyszłam. Na klatce schodowej kamienicy pachniało starym drewnem i środkiem do podłóg. Oparłam się o ścianę i stałam tak chyba z pięć minut, zanim Renata wyszła za mną.
- Bożena, poczekaj. Musimy porozmawiać.
- O czym? - zapytałam. - O tym, jak przy umierającej matce załatwiałaś sobie mieszkanie?
Nawet się nie skrzywiła. Tylko pokręciła głową, jakbym powiedziała coś głupiego, i odeszła w stronę przystanku.
Muszę cofnąć się o parę miesięcy, żebyście zrozumieli, jak to wyglądało. Mama zachorowała w październiku. Rak trzustki, czwarty stopień. Lekarz w szpitalu na Szaserów powiedział wprost: „Proszę się przygotować, to kwestia tygodni, może miesięcy." Miał rację - mama odeszła w marcu, pięć miesięcy później.
Przez pierwsze trzy miesiące dyżurowałyśmy po równo. Ja przyjeżdżałam po pracy - pracuję w księgowości w firmie budowlanej na Mokotowie, od dwudziestu dwóch lat, dzień w dzień. Zostawałam na noc, rano jechałam prosto do biura. Renata przyjeżdżała na dzień, bo salon miała blisko i mogła zostawić dziewczyny same. Czasem zamieniałyśmy się - ja brałam wolne, ona zostawała na noc. Było ciężko, ale sprawiedliwie.
Pod koniec stycznia mama zaczęła słabnąć szybciej. Przestała jeść. Mówiła coraz mniej, a jak mówiła, to cicho, jakby każde słowo kosztowało ją wysiłek. I wtedy Renata zaproponowała: „Bożena, ja zostanę na stałe przy mamie. Ty się wykańczasz. Widzę, jak wyglądasz po tych nocach - szara na twarzy, ręce ci się trzęsą. Ja to lepiej znoszę. Zawsze byłam tą nocną ptaszką, wiesz."
Zgodziłam się. Powiem szczerze - z ulgą. Noce w szpitalu to nie jest coś, do czego można się przyzwyczaić. Zapach środków dezynfekujących, światło jarzeniówek na korytarzu, piski aparatury z sąsiedniej sali. I mama, która budzi się o trzeciej i patrzy na ciebie tak, jakby wiedziała, że to już niedługo, i jednocześnie błagała, żebyś jej powiedziała, że nie. Nie wytrzymywałam tych nocy. Renata najwyraźniej tak.
Przez ostatni tydzień przyjeżdżałam w odwiedziny codziennie po południu. Siadałam przy mamie, trzymałam ją za rękę, czytałam jej fragmenty „Nocy i dni", które kochała. Mama czasem otwierała oczy, a czasem nie. Renata wtedy wychodziła na papierosa albo szła na kawę do automatu. Wracała po godzinie. Wszystko wyglądało normalnie.
Tylko raz, na trzy dni przed końcem, weszłam na oddział i zobaczyłam przy mamie kogoś. Mężczyznę w garniturze, z teczką, schylającego się nad łóżkiem. Renata stała obok. Kiedy mnie zauważyła, powiedziała szybko: „To znajomy, przyszedł odwiedzić." Nie zapytałam, co za znajomy odwiedza umierającą kobietę, którą nie zna, w garniturze i z teczką. Powinnam była zapytać. Wiedziałam, że powinnam. Ale mama akurat otworzyła oczy i szepnęła moje imię, więc podeszłam do niej i zapomniałam o reszcie świata.
Teraz wiem, że to był notariusz. Że Renata go sprowadziła. Że mama, na morfinie, ledwo przytomna, drżącą ręką podpisała testament, w którym swoje trzypokojowe mieszkanie na Grochowie - jedyne, co miała - zapisała młodszej córce.
Po wyjściu z kancelarii nie rozmawiałyśmy trzy tygodnie. Dzwoniła raz, nie odebrałam. Napisała SMS: „Bożena, to nie jest tak jak myślisz. Mama sama chciała. Proszę, porozmawiajmy." Nie odpisałam.
Mój syn Tomek, trzydzieści jeden lat, elektryk, spokojny chłopak po ojcu, powiedział mi: „Mamo, może babcia naprawdę tak chciała. Może ciocia Renata dała jej więcej w tym ostatnim czasie i babcia chciała to jakoś wynagrodzić." Spojrzałam na niego i pomyślałam: dała jej więcej? Dała jej więcej, bo mnie stamtąd odesłała? Bo powiedziała, że „lepiej znosi te noce"?
Zaczęłam się zastanawiać nad rzeczami, o których wcześniej nie myślałam. Renata od lat miała kłopoty finansowe. Salon na Saskiej Kępie piękny, ale czynsz zjadał połowę dochodu. Dwa lata temu pożyczyła ode mnie osiem tysięcy, oddała pięć. Nigdy się o to nie upominałam, bo siostra to siostra. Mieszkanie mamy na Grochowie - trzy pokoje, pięćdziesiąt osiem metrów, drugie piętro - jest teraz warte pewnie z sześćset tysięcy. Dla Renaty to byłoby rozwiązanie wszystkich problemów.
Ale potem w nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, przychodziły inne myśli. Takie gorsze. Że może mama naprawdę tak chciała. Że może przez te ostatnie noce, kiedy Renata trzymała ją za rękę, zmieniała pościel, podawała wodę łyżeczką - może wtedy mama zdecydowała, że to Renata zasługuje na ten jedyny spadek, jaki może zostawić. Może to nie była manipulacja. Może to był wybór umierającej kobiety, która wiedziała, że ma dwie córki, ale tylko jedna jest przy niej o trzeciej w nocy.
I wtedy zaczynałam płakać. Bo jeśli mama tak chciała - to znaczy, że uznała, iż Renata kochała ją bardziej. Albo lepiej. Albo po prostu była przy niej wtedy, kiedy trzeba było być. A ja byłam po pracy, na godzinę, z książką.
Po miesiącu Renata przyszła do mnie bez zapowiedzi. Sobota, późne przedpołudnie. Stałam w kuchni i kroiłam jabłka na szarlotkę - nawyk po mamie, która piekła co sobotę. Renata usiadła przy stole, nie zdjęła kurtki. Wyglądała źle. Cienie pod oczami, poluzowany kucyk, paznokcie bez lakieru - pierwszy raz, odkąd pamiętam.
- Nie przyszłam cię przepraszać - powiedziała. - Przyszłam ci powiedzieć, jak było.
Odłożyłam nóż. Słuchałam.
Powiedziała, że mama w ostatnim tygodniu miała momenty jasności. Że budziła się w nocy i mówiła. Że pewnej nocy powiedziała: „Renatka, ty nie masz nic. Bożena ma mieszkanie, ma pracę, ma Tomka. Ty nie masz nikogo. Chcę, żebyś miała to mieszkanie." Że Renata próbowała ją odwieść, ale mama była uparta - „taka uparta jak zawsze, wiesz jaka była". Że sama zażądała notariusza.
- I ty go sprowadziłaś - powiedziałam. - Do umierającej kobiety na morfinie. Nie zadzwoniłaś do mnie, nie powiedziałaś słowa. Sama to załatwiłaś.
Renata zacisnęła usta. Przez chwilę myślałam, że się rozpłacze. Ale nie.
- Bo wiedziałam, że będziesz ją odwodzić. I wiedziałam, że mama tego nie chce. Chciałam spełnić jej wolę, Bożena. Jej. Nie swoją.
Długo milczałam. Jabłka na desce ciemniały. Gdzieś za oknem dzieci grały w piłkę na podwórku, tak jak my grałyśmy czterdzieści lat temu na tym samym osiedlu.
- Wyjdź - powiedziałam w końcu. Cicho, bez krzyku.
Renata wstała. Przy drzwiach odwróciła się.
- Mama cię kochała, Bożena. Tak samo jak mnie. To nie był wybór między nami.
Może nie był. A może właśnie był - i mama go dokonała, a Renata jej w tym pomogła. Albo pomogła sobie. Nie wiem. Już nie wiem, czy chcę wiedzieć. Wiem tylko, że w szufladzie mam numer prawnika, który zajmuje się podważaniem testamentów. I wiem, że gdybym tam zadzwoniła, to walczyłabym nie o mieszkanie. Walczyłabym o to, żeby udowodnić, że mama kochała mnie tak samo.
Nóż leży na blacie. Jabłka ciemnieją. Szarlotki dzisiaj nie będzie.