Odbieram wnuka z przedszkola we wtorki, w pozostałe dni jeździ z nianią. Wczoraj przewrócił się na schodach tuż przy mnie. Podniósł się i pobiegł z płaczem do niej, choć stała dziesięć kroków dalej.

Stałam z wyciągniętymi rękami jak kukiełka, której ktoś przeciął sznurki. Kubuś nawet na mnie nie spojrzał. Przeleciał obok, z rozbitą kolanką, z tą swoją rozpaczą czterolatka - i wtulił się w Karolinę. Ona go podniosła, pogłaskała po głowie i szepnęła coś, od czego natychmiast przestał płakać. Ja nadal stałam na tych schodach.

Karolina zerknęła na mnie ponad jego ramieniem. Nie było w tym spojrzeniu triumfu ani złośliwości. Raczej zakłopotanie. I może właśnie to bolało najbardziej - że ta dziewczyna, dwadzieścia pięć lat, studentka zaoczna pedagogiki, czuła się niezręcznie z powodu tego, co właśnie zobaczyłyśmy obie.

Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni przy stole, na którym jeszcze stygła herbata z cytryną. Mieszkanie na Bemowie, trzecie piętro, dwa pokoje - za duże od kiedy Zbigniew odszedł cztery lata temu, a Magda z Tomkiem i Kubusiem wprowadzili się na Ochotę. Siedziałam i patrzyłam na lodówkę obklejoną rysunkami wnuka. Dinozaury, rakiety, jeden portret podpisany drukowanymi literami: BABCIA. Narysował mnie z ogromnymi rękoma i małą głową. Kiedyś mnie to śmieszyło.

Teraz pomyślałam, że te wielkie ręce to było życzenie, nie rzeczywistość. Jego życzenie albo moje - już nie wiem.

Kiedy Magda wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, nie było dyskusji - to ja miałam się zająć Kubusiem. Byłam już na emeryturze, dwadzieścia osiem lat w sekretariacie szkoły podstawowej za mną, zdrowie jeszcze trzymało. Taki był plan. Oczywisty, naturalny. Babcia na posterunku.

Przez pierwszy rok jeździłam do nich codziennie. Autobus 171, potem przesiadka, trzydzieści pięć minut w jedną stronę. Kubuś miał roczek, potem półtora, potem dwa lata. Uczyłam go mówić „babcia", śpiewałam mu „Wlazł kotek", robiłam kleik ryżowy dokładnie tak, jak Magda kazała - bio, bez cukru, bez soli, bo teraz się tak robi. Nie narzekałam. To był mój wnuk. Jedyny.

Problemy zaczęły się powoli, jak to w życiu. Najpierw kolano. Potem biodro. Ortopeda na NFZ powiedział, żeby schudnąć i mniej dźwigać. A ja codziennie dźwigałam trzynastokilowego chłopca po schodach, bo winda w ich bloku co drugi tydzień się psuła. Magda widziała, że się męczę. Albo Tomek jej powiedział - tego nie wiem. W każdym razie pewnego wieczoru córka zadzwoniła i oznajmiła tonem, który znałam jeszcze z jej licealnych lat - takim, który nie zostawiał miejsca na dyskusję:

- Mamo, znaleźliśmy nianię. Będzie od poniedziałku. Ty będziesz przyjeżdżać we wtorki i w weekendy, kiedy będziesz chciała. Odciążymy cię trochę.

Odciążymy. Jakbym była wózkiem z zakupami, który trzeba rozładować.

- Nie musicie mnie odciążać - powiedziałam. - Daję sobie radę.

- Mamo, ostatnio dwa razy prawie upuściłaś Kubusia na spacerze.

- Raz. Raz się potknęłam. I go nie upuściłam.

- Mamo.

To „mamo" z kropką na końcu. Bez wykrzyknika, bez znaku zapytania. Magda zawsze tak kończyła rozmowy, których nie chciała ciągnąć. Nauczyła się tego ode mnie, co jest w tym wszystkim najgorsze.

Karolina pojawiła się w poniedziałek. Młoda, spokojna, uśmiechnięta. Kubuś na początku płakał i czepiał się moich nóg. Pamiętam, jak Magda powiedziała: „Daj mu tydzień, przyzwyczai się." Dałam mu tydzień. Potem miesiąc. Potem pół roku.

Przyzwyczaił się.

We wtorki przyjeżdżałam punktualnie na piętnastą pod przedszkole. Kubuś wychodził, brał mnie za rękę i szliśmy na plac zabaw albo po lody do budki na rogu. Rozmawialiśmy. Opowiadał o dinozaurach - głównie o dinozaurach, bo to jedyny temat, który go interesował. Ja słuchałam o tyranozaurach i triceratopsach i udawałam zdziwienie za każdym razem, kiedy mówił mi, że brontozaur tak naprawdę nazywa się apatozaur. Były to dobre wtorki.

Ale ostatnio zaczęłam zauważać rzeczy. Drobne. Jak to, że w samochodzie Magdy fotelik stał za siedzeniem kierowcy - tam, gdzie siadała Karolina, kiedy jechali we trójkę. Że Kubuś mówił „Linka powiedziała" częściej niż „babcia powiedziała". Że na pytanie „kto ci zawiązał buty?" odpowiadał „Linka", nawet jeśli to ja zawiązałam. Linka - tak ją nazywał. Nie wiedziałam, kto wymyślił to zdrobnienie, ale drażniło mnie bardziej, niż powinno.

A potem był wczorajszy wtorek. Schody. Kolano. Płacz. I ten bieg - nie do mnie, lecz do niej.

Wieczorem zadzwoniłam do Magdy. Chciałam powiedzieć spokojnie, rzeczowo. Wyszło inaczej.

- Ten dzieciak mnie nie potrzebuje - powiedziałam, i głos mi się złamał na ostatnim słowie, jak suchy patyk.

- Mamo, co ty mówisz. Oczywiście, że cię potrzebuje.

- Wczoraj przewrócił się tuż przy mnie. Pobiegł do Karoliny.

Cisza. Słyszałam, jak Magda odkłada coś - kubek albo telefon, nie wiem. Potem westchnęła.

- Dzieci biegną do tego, kto jest codziennie. To nie znaczy, że cię nie kocha.

- A kto zdecydował, że to nie ja będę codziennie?

Znowu cisza. Dłuższa.

- Mamo, rozmawiałyśmy o tym. Twoje kolano…

- Moje kolano jest moje. Mogłam sama zdecydować, ile jeszcze dam radę.

- Nie mogłaś. Bo nie powiedziałabyś prawdy. Bo ty, mamo, nigdy nie mówisz, kiedy coś cię boli. Zacisnęłabyś zęby i dźwigała dalej, aż byś się w końcu złamała. Ja nie chciałam na to patrzeć.

Zabolało, bo było prawdziwe. Taka już jestem - pokolenie kobiet, które nie mówią „boli mnie", tylko „daj, poniosę". Moja matka była taka. Ja jestem taka. Magda - Magda jest inna. I może dlatego potrafi podejmować decyzje, które mnie ranią, ale które, być może, mają jakiś sens.

Leżałam potem w ciemności i myślałam o tym, jak Kubuś przebiega obok mnie. Dziesięć kroków. To przecież nic - dziesięć kroków czterolatka, może pięć metrów. A mnie się wydawało, że to przepaść.

Rano wstałam i zrobiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Zadzwoniłam do Karoliny. Numer miałam w telefonie, bo Magda go kiedyś przesłała „na wszelki wypadek".

- Karolina? Tu babcia Kubusia. Grażyna. Chciałam zapytać… czy mogłybyśmy się spotkać na kawę? Bez Kubusia, bez Magdy. Tylko my dwie.

Zawahała się. Pewnie pomyślała, że chcę jej urządzić awanturę. Ale powiedziała „dobrze" - cicho, bez entuzjazmu, lecz bez strachu.

Spotkamy się w czwartek w kawiarni na rogu Grójeckiej. Nie wiem jeszcze, co jej powiem. Może zapytam, co Kubuś je na podwieczorek i dlaczego od niej nie uciekł ten jeden raz, kiedy ona go uderzyła łyżeczką za rękę - tak opowiadała Magda, śmiejąc się, bo to był żart, bo to było lekkie muśnięcie. Nie wiem, czy Karolina to potwierdzi, czy powie coś innego.

A może po prostu zapytam ją, jak to jest - być tą, do której biegnę nie ja, nie Magda, ale czterolatek z rozbitym kolankiem. Jak to jest być kimś pierwszym wyborem, choć nie jest się ani matką, ani babcią.

Wciąż widzę te wyciągnięte ręce - moje - i pustą przestrzeń między nimi. Może w czwartek dowiem się, czy da się ją czymś wypełnić. A może tylko potwierdzę to, czego się boję - że dziesięć kroków to za daleko, żeby ktoś do ciebie wrócił.