Po operacji leżałam tydzień na chirurgii. Córka nie przyjechała ani razu - „urwanie głowy w pracy, mamuś". Trzeciego dnia przyszedł za to przelew: dwieście złotych, tytułem „na taksówki i owoce, trzymaj się".

Patrzyłam na ekran telefonu tak długo, aż litery się rozmazały. Dwieście złotych. Tyle kosztuje miłość córki w przeliczeniu na jeden pobyt w szpitalu. Odłożyłam komórkę na szafkę, obok kubka z nietkniętą herbatą, i pomyślałam, że chyba powinnam być wdzięczna. Bo przelew przyszedł. Bo napisała „trzymaj się". Bo w ogóle pamięta, że mam numer konta.

Na łóżku obok leżała pani Krystyna, siedemdziesiąt dwa lata, po usunięciu pęcherzyka. Jej syn przyjeżdżał codziennie o szesnastej, zostawiał obiad w słoikach i siedział pół godziny, choć Krystyna powtarzała, że nie musi. Patrzyłam na to zza zasłonki i czułam coś, czego się wstydziłam - czystą, gorzką zazdrość.

Mam na imię Halina, ale to akurat nieważne. Ważne jest to, że mam sześćdziesiąt jeden lat, przepracowałam trzydzieści osiem w księgowości zakładu mięsnego pod Poznaniem, wychowałam córkę sama po tym, jak Ryszard odszedł do koleżanki z pracy, i że teraz leżę na chirurgii po operacji tarczycy, z bandażem na szyi i z uczuciem, że coś mnie boli dużo głębiej niż rana po skalpelu.

Moja Natalia mieszka w Warszawie od dziesięciu lat. Pracuje w jakiejś korporacji, w czymś związanym z marketingiem - nigdy do końca nie umiałam zrozumieć, co dokładnie robi, choć tłumaczyła mi trzy razy. Jest inteligentna, zaradna, ładna. Ja się nią szczyciłam przed sąsiadkami na osiedlu. „Moja Natalka w Warszawie, wie pani, taki awans dostała, że aż głowa mała". I wierzyłam w każde słowo, które mówiłam.

Kiedy dowiedziałam się o tarczycy, zadzwoniłam do niej wieczorem. Była środa, pamiętam, bo akurat leciał ten program kulinarny, który oglądam od lat.

- Mamo, to na pewno nic groźnego - powiedziała szybko. - Teraz tyle ludzi ma tarczycę, to jak angina kiedyś.

- Natalia, lekarz mówił o operacji.

- No to się zoperujesz i będzie po sprawie. Słuchaj, ja teraz lecę, bo mam deadline na piątek, ale pogadamy, dobrze? Buziaki.

Deadline. Kolejne słowo, którego nie rozumiem, a które w ustach mojej córki brzmi jak przepustka od wszystkiego. Deadline. Jakby ten termin był ważniejszy niż moja szyja, moje nerwy, mój strach przed narkozą.

Do operacji zostały trzy tygodnie. Przez ten czas Natalia zadzwoniła dwa razy. Za pierwszym razem rozmawiałyśmy jedenaście minut - wiem, bo potem sprawdziłam w rejestrze połączeń, i natychmiast się za to znienawidziłam. Za drugim razem powiedziała, że spróbuje przyjechać dzień przed zabiegiem. „Spróbuję" - to słowo nosiłam w sobie jak kamień.

Nie przyjechała. Napisała SMS o dwudziestej trzeciej: „Mamuś, nie dam rady, jutro ważna prezentacja. Ale myślę o Tobie! Dasz radę, jesteś silna!".

Jestem silna. Tak mówią ludzie, którzy nie chcą przy tobie siedzieć.

Do szpitala zawiozła mnie Bożena, sąsiadka z drugiego piętra, z którą piję kawę w niedziele od piętnastu lat. Pomogła mi spakować torbę, sprawdziła, czy mam kapcie i ładowarkę, i w samochodzie trzymała mnie za rękę, choć sama śmiertelnie boi się szpitali od czasu, gdy umarł jej mąż na SOR-ze.

- Halinka, a Natalka wie, że dzisiaj? - spytała na parkingu.

- Wie.

- I co?

- I nic. Pracuje.

Bożena ścisnęła usta, ale się nie odezwała. Za to po operacji przyszła następnego dnia z rosołem w słoiku i gazetą z krzyżówkami. Powiedziała: „Leż, ja tu posiedzę". I siedziała dwie godziny, choć w telewizorze na sali leciał program, którego nie znosiła.

Natalia przysłała te dwieście złotych trzeciego dnia. Zobaczyłam powiadomienie i przez chwilę myślałam, że to pomyłka. Potem przeczytałam tytuł przelewu: „na taksówki i owoce, trzymaj się". Bez wykrzyknika. Bez serduszka. Suchy, rzeczowy. Jak faktura.

Czwartego dnia zadzwoniła. Byłam akurat po obchodzie, lekarz powiedział, że wyniki histopatologiczne będą za tydzień, ale raczej się nie martwi. Raczej. Kolejne słowo, które nie daje spokoju.

- Mamuś, jak się czujesz? - głos Natalii brzmiał jak zawsze. Ciepły, ale jakby nagrany. Profesjonalny.

- Boli mnie szyja. I trudno mi przełykać.

- To normalne po takim zabiegu, poczytałam w internecie. Powinno przejść za kilka dni.

- Poczytałaś w internecie - powtórzyłam. Nie wiem dlaczego, ale to zdanie zabolało bardziej niż wszystko inne. Moja córka poczytała o mojej operacji w internecie, zamiast przyjść i zobaczyć.

- Mamo, no nie zaczynaj, proszę. Wiesz, jaka jest sytuacja w firmie. Gdybym mogła...

- Mogłabyś - powiedziałam cicho. - Poznań jest dwie i pół godziny pociągiem.

Milczała. Słyszałam w tle szum jakiejś klimatyzacji, stukanie klawiatury. Była w biurze. Oczywiście, że była w biurze.

- Przyjadę w weekend - powiedziała w końcu. - Obiecuję.

W piątek wieczorem napisała: „Mamuś, przesuwam na następny weekend, bo muszę lecieć na teambuilding do Zakopanego. Wiem, że rozumiesz".

Siódmego dnia wypisali mnie ze szpitala. Bożena znów przyjechała, znów pomogła z torbą, znów milczała mądrze w tych miejscach, gdzie inna by pytała. W domu pachniało kurzem i zamkniętym powietrzem. Na parapecie zwiędły frezje, które kupiłam sobie sama przed wyjazdem. Na lodówce wisiał magnes z Krynicy, który Natalia przywiozła dwa lata temu. „Dla najlepszej mamy na świecie".

Usiadłam w kuchni, zapaliłam światło. Na stole leżała koperta z wypisem i zaleceniami, w telefonie dwieście złotych na koncie i jedno nieodebrane połączenie od Natalii. Nie oddzwoniłam.

Minęły dwa tygodnie. Natalia nie przyjechała. Dzwoniła co trzy-cztery dni, pytała o wyniki, o samopoczucie, o to, czy piję leki. Rozmowy trwały po osiem, dziesięć minut. Ja odpowiadałam krótko. Nie potrafiłam inaczej. Coś we mnie zaschło, jak ta gleba na działce, kiedy przez całe lato nikt nie podleje.

Bożena powiedziała mi przy kawie w niedzielę:

- Halina, ja ci powiem jedno. Mój Piotrek przyjeżdżał do ojca codziennie, a potem, jak Staszek umarł, i tak miał wyrzuty sumienia, że za mało. A twoja Natalia nie przyjeżdża wcale i wyrzutów nie ma. Wiesz, co to znaczy?

- Co?

- Że ty ją za dobrze wychowałaś na twardą. I za słabo na czułą.

Zabolało. Bo Bożena miała rację i nie miała racji jednocześnie. Bo ja Natalię wychowywałam sama i dawałam jej wszystko, co mogłam - a widocznie nie mogłam dać jej tego jednego, najważniejszego. Albo mogłam, ale nie umiałam.

Wyniki histopatologiczne przyszły dobre. Zadzwoniłam do Natalii, żeby powiedzieć. Ucieszyła się, naprawdę się ucieszyła, słyszałam to w głosie.

- Widzisz, mamuś? Mówiłam, że będzie dobrze!

I wtedy powiedziałam coś, czego nie planowałam:

- Natalia, ja te dwieście złotych ci zwrócę.

Cisza. Długa, dziwna cisza.

- Mamo, co ty mówisz? Przecież to był prezent.

- Nie - odpowiedziałam spokojnie. - Prezent to jest, jak ktoś przychodzi. A to był przelew.

Rozłączyłam się pierwsza, chyba po raz pierwszy w życiu. Siedziałam potem w kuchni, przy oknie, patrzyłam na bloki osiedla i kwitnące kasztany na podwórku. Na koncie wciąż miałam te dwieście złotych. Jeszcze ich nie zwróciłam. I nie wiem, czy zwrócę. Ale wiem, że coś się zmieniło - nie między mną a Natalią, tylko we mnie. Jakby po tej operacji usunęli mi nie tylko guzek, ale i tę część, która zawsze znajdowała usprawiedliwienie. Dla wszystkich. Dla niej. Dla siebie.

Telefon milczy od trzech dni. Nie wiem, czy to ja czekam, czy ona.