Pies, którego syn kupił dzieciom, mieszka u mnie „tymczasowo" drugi rok - karma, weterynarz, spacery o szóstej. W grudniu przyjechali go pożyczyć na jeden wieczór. Do zdjęcia na kartkę świąteczną: cała czwórka na kanapie i Burek w czapce Mikołaja.

Tę kartkę mam przypiętą magnesem do lodówki. Patrzę na nią każdego ranka, kiedy nastawiam czajnik o piątej czterdzieści pięć, zanim Burek zacznie skrobać łapą w drzwi sypialni. Uśmiechnięte twarze wnuków, synowa z idealnym makijażem, Tomek w swetrze, który mu kupiłam na imieniny. A pośrodku Burek - oszołomiony, z przekrzywioną czapką Mikołaja i wyrazem pyska mówiącym: ratunku, zabierzcie mnie do babci.

No to zabrali. Znaczy - odwieźli go następnego ranka, jeszcze przed śniadaniem. Synowa wysiadła z samochodu, otworzyła bagażnik, wypuściła psa na parking przed blokiem i zawołała do mnie przez domofon: „Mamo, Burek jest pod klatką!". Nawet nie weszła na górę.

Ale zacznę od początku, bo ta historia zaczęła się dwa lata temu, w maju, kiedy Tomek zadzwonił z pytaniem, które brzmiało jak prośba, a okazało się rozkazem.

- Mamo, Oliwier i Zosia tak bardzo chcą pieska. Kupiliśmy szczeniaka, jest cudowny. Ale wiesz, mamy remont kuchni, i Agnieszka mówi, że przez miesiąc nie damy rady z psem i z robotnikami naraz. Mógłby u ciebie pomieszkać? Miesiąc, góra dwa?

Miesiąc, góra dwa. Pamiętam, jak powtarzałam to zdanie Krysi z parteru, kiedy następnego dnia stałam przed blokiem ze szczeniakiem na rękach, a Tomek odjeżdżał swoim kombiakiem. Krysia pokiwała głową, poprawiła okulary i powiedziała: „Grażyna, ty to masz dobre serce. Ale miesiąc to u nich zawsze znaczy do odwołania".

Krysia ma siedemdziesiąt dwa lata i zna życie lepiej niż ja, choć obie wyrosłyśmy na tym samym osiedlu w Poznaniu. Ja mam sześćdziesiąt jeden lat, trzydzieści osiem przepracowałam na poczcie, trzy lata temu przeszłam na emeryturę. Mieszkam sama, odkąd Henryk odszedł - nie umarł, tylko odszedł, do koleżanki z pracy, osiem lat temu. Ale to inna historia. Ta jest o psie.

Burek był wtedy malutki, mieścił się w pudełku po butach. Mieszaniec, coś z jamnikiem, coś z terierem, łapy za krótkie, uszy za długie, nos mokry jak gąbka. Śmierdziało od niego szczenięcym mlekiem i nadzieją. Pierwszej nocy spał na mojej poduszce, bo skomlał tak, że nie wytrzymałam.

Po miesiącu zadzwoniłam do Tomka. Remont się przeciągał, Agnieszka była zmęczona, dzieci miały szkołę i basen i angielski - pies by im teraz rozwalił plan dnia. „Jeszcze ze dwa tygodnie, mamo, dobrze?" Dobrze. Po dwóch tygodniach zadzwoniłam znowu. Wtedy Tomek powiedział coś, co zapamiętałam słowo w słowo:

- Mamo, Burek się u ciebie zadomowił, nie? Dzieci mówią, że u babci mu lepiej. Może niech jeszcze trochę zostanie, żeby się nie stresował przeprowadzką.

Żeby się nie stresował przeprowadzką. Pies, który miał cztery miesiące i nie znał innego domu niż moje trzypokojowe mieszkanie na trzecim piętrze. Stres przeprowadzki. Jasne.

Ale nie powiedziałam tego na głos. Bo ja nigdy nie mówię na głos. Całe życie gryzłam się w język - przy Henryku, przy teściowej, przy sąsiadkach. Emerytura miała być czasem, kiedy wreszcie zacznę mówić to, co myślę. Zamiast tego gadam do psa.

Burek rósł. Ja chodziłam z nim na spacery o szóstej rano i o ósmej wieczorem. Kupiłam mu legowisko, potem drugie, bo pierwsze rozszarpał. Zapisałam go do weterynarza na Grunwaldzkiej, zaszczepiłam, odrobaczałam, kastracja w październiku - sześćset złotych. Tomek powiedział, że mi odda. Nie oddał.

Nie chodzi o pieniądze, naprawdę nie. Moja emerytura jest skromna, ale daję radę. Chodzi o coś innego - o to, że mój syn traktuje mnie jak przechowalnię. Nie tylko dla psa. Kiedyś to była torba z zimowymi kurtkami dzieci, którą miałam „tylko przechować do jesieni". Potem rower Oliwiera, bo w ich garażu nie ma miejsca. Potem Burek.

A ja kocham tego psa. W tym jest cały problem.

Burek jest jedyną istotą, która na mnie czeka, kiedy wracam z zakupów. Która kładzie łeb na moich kolanach, kiedy oglądam serial. Która nie ocenia, że jem sernik na kolację i że czasem płaczę wieczorem bez powodu. Burek nie pyta, czy znowu dzwoniłam do Henryka, bo nie dzwonię, ale gdybym dzwoniła, to Burek by nie oceniał.

Tymczasem mój syn dzwoni średnio raz na dwa tygodnie. Agnieszka pisze SMS-y - krótkie, rzeczowe. „Mamo, Oliwier ma komunię w maju, kupiłam mu garnitur, jak chce mama dołożyć się do prezentu to podaję konto." Zawsze podaje konto.

Przez dwa lata Tomek i Agnieszka odwiedzili mnie może osiem razy. Z tego pięć razy w święta, bo wypada. Dzieci za każdym razem biegły do Burka, tuliły go, wrzeszczały „Buruś, Buruś!", robiły mu zdjęcia na telefon - a potem siadały do tabletu. O zabranie psa do siebie nie było mowy. Raz zapytałam wprost.

- Tomek, kiedy weźmiecie Burka? Kupiliście go przecież dla Oliwiera i Zosi.

Syn spojrzał na mnie tak, jakbym powiedziała coś niestosownego.

- Mamo, ale tobie jest z nim dobrze, nie? Masz towarzystwo. My pracujemy, dzieci w szkole - kto by go pilnował? U ciebie ma raj.

Raj. Czterdzieści osiem metrów kwadratowych, balkon z widokiem na parking i działka ROD, którą dostaję od Krysi raz w tygodniu, bo ona ma problem z kolanami i chętnie wpuszcza Burka, żeby biegał między grządkami.

A w grudniu przyjechali po niego. Na jeden wieczór. Tomek napisał dzień wcześniej: „Mamo, robimy rodzinną kartkę świąteczną. Taka tradycja, wiesz. Agnieszka znalazła fotografa. Przyjedziemy jutro po Burka o czwartej, odwieziemy następnego dnia rano." Taka tradycja. Dwa lata psa u babci i nagle - tradycja.

Ubrałam Burka w jego szelki, spakowałam torbę z karmą na jeden dzień i miseczką na wodę. Tomek zajechał, zatrąbił. Nawet nie wyszedł z samochodu. Zaniosłam psa na dół. Burek patrzył na mnie przez tylną szybę, kiedy odjeżdżali, i szczerze powiem - czułam się tak, jakby mi zabierali dziecko na przesłuchanie.

Wieczorem było cicho. Strasznie cicho. Nie włączyłam telewizora. Siedziałam w fotelu, piłam herbatę z cytryną i patrzyłam na puste legowisko przy kaloryferze. O szóstej rano obudziłam się jak zwykle - odruch, budzik w ciele. Nałożyłam kurtkę, wzięłam smycz i dopiero w przedpokoju przypomniałam sobie. Stałam tam chyba minutę, ze smyczą w ręku, patrząc na puste mieszkanie.

O ósmej Agnieszka odwiozła Burka. Znaczy - wypuściła go z bagażnika pod klatką. Burek wbiegł po schodach sam, drapał w drzwi, skomlał. Kiedy otworzyłam, rzucił się na mnie tak, że prawie upadłam.

Kartkę świąteczną dostałam pocztą trzy dni później. Piękna. Cała czwórka na kanapie, Burek w czapce Mikołaja, złoty napis „Wesołych Świąt od Rodziny Kowalczyków". Nie Grażyna. Nie babcia. Rodzina Kowalczyków to Tomek, Agnieszka, Oliwier, Zosia. I Burek - na jedno zdjęcie.

Przyczepiłam kartkę do lodówki. Codziennie na nią patrzę.

Krysia mówi, że powinnam postawić się synowi. Powiedzieć: albo zabieracie psa, albo Burek jest oficjalnie mój i nie wypożyczam go na sesje zdjęciowe. Krysia mówi, że jestem za miękka, że Tomek mnie wykorzystuje, że Agnieszka to wyrachowana baba. Może ma rację. Może nie.

Bo jest jeszcze jedna rzecz, której Krysi nie powiedziałam. Kiedy Burek wrócił tamtego ranka, kiedy skomlał pod drzwiami i wskoczył mi na ręce - poczułam ulgę tak wielką, że się jej przestraszyłam. Nie chcę, żeby go zabrali. Nie chcę, żeby Tomek powiedział: „Dobra, mamo, bierzemy psa". Bo wtedy zostanę znowu sama w tych czterdziestu ośmiu metrach z herbatą i ciszą.

Więc milczę. Nie stawiam się. Kupuję karmę, chodzę do weterynarza, wstaję o szóstej. I nie wiem, czy to miłość do psa, czy strach przed pustym mieszkaniem. I nie wiem, co jest gorsze - że syn mnie wykorzystuje, czy że ja na to pozwalam, bo mi to na rękę.

Wczoraj Tomek zadzwonił. „Mamo, Oliwier ma w maju komunię. Zrobimy zdjęcie rodzinne na pamiątkę. Przyjedziemy po Burka."

Powiedziałam: dobrze. Jak zawsze.