- Mamo, pożyczysz tysiąc do pierwszego? - A oddałeś, syneczku, tamten z maja? - No wiesz co, z tobą się nie da rozmawiać. Odłożył słuchawkę. Pięć minut później zadzwoniła synowa. Zaczęła od tego, że „babcia podobno robi problemy".

Odłożyłam telefon na blat i patrzyłam na niego, jakby to był karaluch, który właśnie wpełzł mi na kuchenny stół. Herbata stygła w kubku. Za oknem ktoś kosił trawnik na osiedlu i ten monotonny warkot kosiarki był jedynym normalnym dźwiękiem w moim mieszkaniu. Bo to, co usłyszałam od Agnieszki, normalnego nie miało w sobie nic.

„Babcia robi problemy". Babcia. Tak o mnie mówią, w trzeciej osobie, jakbym była postacią z anegdoty, a nie kobietą, która wychowała ich ojca, prała mu gacie do osiemnastego roku życia i jeszcze trzy lata po ślubie łatała dziury w ich budżecie, kiedy Grzesiek i Agnieszka urządzali mieszkanie na kredyt.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Pracowałam jako księgowa w firmie transportowej pod Poznaniem - dwadzieścia osiem lat w tym samym biurze, przy tym samym biurku. Liczby to moja specjalność. I może dlatego tak dobrze pamiętam każdą kwotę, którą pożyczyłam synowi.

Zaczęłam je spisywać w marcu. Nie dlatego, że jestem skąpa. Dlatego, że w marcu po raz pierwszy poczułam coś, czego nigdy wcześniej nie czułam wobec własnego dziecka - nieufność.

Grzegorz ma trzydzieści osiem lat. Pracuje jako elektryk, ma żonę Agnieszkę i dwójkę dzieci - Olka, lat dziesięć, i Zosię, lat sześć. Mieszkają piętnaście minut ode mnie autobusem, na nowym osiedlu za rondem. Ładne mieszkanie, sześćdziesiąt metrów, spłacają kredyt. Agnieszka pracuje w aptece na pół etatu. Niby wszystko normalnie. Niby.

W styczniu Grzesiek zadzwonił, że potrzebuje pięćset złotych, bo nie przewidział opłaty za ubezpieczenie samochodu. Dałam. W lutym - osiemset na naprawę pralki. Dałam. W marcu poprosił o tysiąc dwieście, bo „Agnieszce nie wypłacili na czas". Dałam, ale coś mnie tknęło. Nic z tego nie wróciło. A kiedy w kwietniu powiedział, że potrzebuje „tylko czterysta na leki dla Zosi", nie pytałam nawet na co - przelałam od razu. Dopiero potem zadzwoniłam do Agnieszki zapytać, co Zosi dolega.

- Zosi? - Agnieszka się zdziwiła. - Nic jej nie dolega. Dlaczego pytasz?

I wtedy zaczęłam liczyć. Zeszyt w kratkę, który leżał w szufladzie pod rachunkami za prąd, posłużył mi za księgę. Wypisałam wszystko od stycznia. Styczeń - pięćset. Luty - osiemset. Marzec - tysiąc dwieście. Kwiecień - czterysta plus tysiąc, o który poprosił pod koniec miesiąca. Maj - kolejny tysiąc. Razem od stycznia do maja: cztery tysiące dziewięćset złotych. Z mojej emerytury, która wynosi dwa tysiące trzysta osiemdziesiąt sześć złotych netto.

Zamknęłam zeszyt i oparłam głowę o ścianę. Nie płakałam. Byłam za bardzo zła, żeby płakać.

Rozumiecie - ja nie mam oszczędności jak pani prezes. Mam lokatę, na której trzymam pieniądze na pogrzeb, dwanaście tysięcy, i tego nie ruszam. Reszta idzie na życie - czynsz, leki na ciśnienie, jedzenie, raz w roku wyjazd do sanatorium w Kołobrzegu, jeśli NFZ przyzna. Z tego budżetu, ciasnego jak moje mieszkanie na trzecim piętrze, wycisnęłam prawie pięć tysięcy w pięć miesięcy. Dla syna, który mówi, że nie może oddać, bo „jest ciężko".

Ciężko. Ale na nowy telewizor sześćdziesiąt pięć cali, który widziałam u nich na ścianie w niedzielę, pieniądze się znalazły.

- Mamo, to była promocja - powiedział Grzesiek, kiedy zapytałam. - Na raty, zero procent.

Raty. Zero procent. A ja jem chleb z masłem na kolację, bo pod koniec miesiąca nie starcza na wędlinę. Ale o tym synowi nie powiem, bo co to za matka, która liczy każdą złotówkę pożyczoną własnemu dziecku?

Otóż taka, która musiała się nauczyć liczyć.

Bo widzicie - mąż Henryk, ojciec Grzesia, był dokładnie taki sam. Pożyczał od szwagra, od sąsiada, od kolegów z pracy. Nie na wódkę - Henryk nie pił. Na gadżety, na elektronikę, na kolejny zestaw wędkarski, na „okazję, która się nie powtórzy". Umarł osiem lat temu na zawał i dopiero wtedy, przeglądając papiery, dowiedziałam się, że mieliśmy dwa niespłacone kredyty, o których nie wiedziałam. Zamknęłam je z lokaty, którą potem odbudowywałam latami.

I teraz patrzę na Grzesia i widzę Henryka. Ten sam urok, to samo „mamo, no co ty", ten sam brak poczucia, że pieniądze to nie powietrze.

Więc w maju, kiedy Grzesiek poprosił o kolejny tysiąc, zapytałam o ten z marca. Powiedział, że odda. Nie oddał. I w czerwcu, kiedy zadzwonił z tym tysiącem „do pierwszego", zapytałam znowu. I usłyszałam, że „z tobą się nie da rozmawiać".

A potem telefon od Agnieszki.

- Bożena, ja rozumiem, że emerytura jest niewielka, ale Grzesiek się denerwuje. Dzieci pytają, czemu tata po telefonie do babci trzaska drzwiami. Może byśmy to jakoś spokojnie ustalili?

- Ustalili co, Agnieszko?

- No, żebyś nie wypominała. On oddaje, jak może. A te pytania o każdą złotówkę - wiesz, to jest upokarzające dla dorosłego mężczyzny.

Milczałam. Agnieszka mówiła dalej, coraz szybciej, o tym, że życie jest drogie, że raty, że Zosia potrzebuje aparatu na zęby, że Olek rośnie jak na drożdżach i co miesiąc nowe buty. Znałam to wszystko. Przeszłam przez to samo trzydzieści lat temu, tylko bez nikogo, kto by mi pożyczył.

- Agnieszko - przerwałam jej w końcu. - Ile ja wam pożyczyłam od stycznia?

Cisza.

- No... nie wiem dokładnie. Ze dwa tysiące?

- Cztery tysiące dziewięćset.

Znowu cisza. Dłuższa.

- Na pewno? - zapytała w końcu cichym głosem.

- Na pewno. Mam zapisane.

Agnieszka się rozłączyła. Nie powiedziała „do widzenia", nie powiedziała „przepraszam". Po prostu zniknęła z linii, jakby ktoś wyrwał kabel z gniazdka.

Minęły trzy dni. Nikt nie dzwonił. Ani Grzesiek, ani Agnieszka. W niedzielę, kiedy zwykle jeżdżę do nich na obiad, zostałam w domu. Ugotowałam sobie rosół z jednego udka kurczaka. Zjadłam przy stole, z serwetką, z porządnym talerzem, nie z garnka jak czasem, kiedy nie mam siły. I myślałam.

Myślałam o tym, że Henryk nigdy nie uważał, żeby pożyczanie było problemem, bo zawsze był ktoś, kto dawał. I że Grzesiek wyrósł w domu, gdzie matka jakoś ogarniała, jakoś łatała, jakoś wyciągała. „Mamo, ty dasz radę" - to było jego ulubione zdanie od dziecka. I ja dawałam. Radę, pieniądze, czas, cierpliwość. Może za dużo dawałam?

We wtorek wieczorem ktoś zapukał do drzwi. Olek, mój wnuk, stał na klatce z pudełkiem. Sernik na zimno, ten, który robię na święta, tylko że zrobiła go Agnieszka.

- Mama kazała przynieść i powiedzieć, że przeprasza - powiedział Olek, patrząc gdzieś w bok.

- A tata?

Olek wzruszył ramionami.

Wzięłam pudełko. Pogłaskałam wnuka po głowie. Zamknęłam drzwi. Postawiłam sernik na blacie obok zeszytu w kratkę.

I teraz siedzę i patrzę na jedno i na drugie. Na sernik, który pachnie wanilią i przeprosinami. I na zeszyt z kolumnami cyfr, które nie kłamią. I nie wiem, co zrobić, kiedy Grzesiek zadzwoni następnym razem. Bo zadzwoni. Może nie jutro, może nie za tydzień. Ale zadzwoni. I powie „mamo, pożyczysz?". I ja będę musiała wybrać - między byciem matką a byciem człowiekiem, który ma prawo powiedzieć „nie".

Bo może to jest to samo. A może nie.