Syn przyszedł z „propozycją nie do odrzucenia": odkupi moje mieszkanie za połowę ceny rynkowej - „w rodzinie się nie zarabia, mamo, a ty będziesz miała gotówkę". Pośrednik wycenił pełną: prawie dwa razy tyle. Odpowiedziałam jego słowami: w rodzinie się nie zarabia - więc nie zarabiaj na mnie.
Marcin wszedł do mojej kuchni w czwartek po południu, bez uprzedzenia, z takim uśmiechem, jaki zwykle zakładał, kiedy chciał pożyczyć samochód albo poprosić o opiekę nad wnukami w ostatniej chwili. Postawił na stole pudełko pączków z cukierni na rogu - tych z różą, które lubiłam - i zaczął od pytania, jak moje kolano. Wiedziałam, że to wstęp. Marcin nigdy nie pytał o kolano.
- Mamo, usiądź, pogadajmy poważnie - powiedział i odsunął mi krzesło.
Usiadłam. Herbata stygła na blacie, pączki leżały w pudełku jak łapówka. A mój syn, czterdziestoletni mężczyzna z własną firmą remontową, zaczął mi tłumaczyć, dlaczego powinnam sprzedać mu swoje trzypokojowe mieszkanie na Gocławiu - to samo, w którym go wychowałam, w którym umarł jego ojciec, w którym stoją jeszcze meble kupowane za pożyczkę z zakładu pracy w osiemdziesiątym dziewiątym.
Za połowę ceny.
- Mamo, pomyśl logicznie - mówił, gestykulując jak na spotkaniu z klientem. - Ty tu siedzisz sama w trzech pokojach, po co ci tyle? Przepiszesz na mnie, ja ci dam gotówkę, kupisz sobie kawalerkę gdzieś bliżej centrum albo na Pradze, jeszcze ci zostanie. A ja urządzę tu biuro i pokój dla Zośki, bo wiesz, ona w przyszłym roku idzie do liceum i potrzebuje swojego kąta.
Zośka. Moja wnuczka. To był ten argument, który miał mnie złamać. Marcin wiedział, że dla Zośki zrobiłabym wszystko. Siedem lat temu, kiedy Agnieszka - jego żona - leżała po komplikacjach po porodzie drugiego dziecka, to ja spałam na materacu w ich salonie i karmiłam noworodka butelką co trzy godziny. Nie narzekałam ani razu.
Ale jedno to pomagać, a drugie - dać się okroić.
Nie powiedziałam mu tego od razu. Pokiwałam głową, wzięłam pączka i odgryzłam kęs, żeby nie musieć mówić. Marcin przyjął to za dobry znak. Wstał, pocałował mnie w czubek głowy i powiedział:
- Pogadaj z Kasią, niech ci powie, że to ma sens. Dam ci tydzień do namysłu, dobra?
Kasia to moja córka, młodsza o pięć lat od Marcina. Mieszka we Wrocławiu, pracuje w bibliotece, ma męża Grzegorza i dwa koty. Dzwoni do mnie co drugi dzień, czasem co trzeci. Nie prosi o nic. Nigdy nie prosiła.
Zadzwoniłam do niej tego samego wieczoru.
- Mamo, ty chyba żartujesz - powiedziała po minucie ciszy. - Połowa ceny? On chce cię oskubać.
- Kasiu, nie mów tak o bracie.
- A jak mam mówić? - jej głos się podniósł. - To jest twoje mieszkanie. Tata je dostał z przydziału, macie tam pięćdziesiąt lat wspomnień, a Marcin ci proponuje wyprzedaż jak na pchlim targu?
Kasia miała rację, ale mnie bolało, że ma rację. Bo to oznaczało, że mój syn - ten sam, którego uczyłam jeździć na rowerze na podwórku za blokiem, ten, który na Dzień Matki rysował mi serduszka kredkami i podpisywał „Dla najlepszej mamy na swiecie" z błędem ortograficznym - ten syn patrzył na moje mieszkanie jak na okazję inwestycyjną.
Przez trzy dni nie mogłam spać. Chodziłam po tym mieszkaniu nocami, dotykałam ścian, futryn, tapety w przedpokoju, która pamięta jeszcze czasy, gdy Zbyszek żył. Mój mąż Zbyszek - elektryk z Fabryki Samochodów Osobowych, potem z prywatnego zakładu, wreszcie emeryt z chorobą płuc - umarł w tym salonie osiem lat temu, na kanapie pod oknem, bo nie chciał jechać do szpitala. Powiedział: „Grażyna, ja chcę być w domu". Byłam przy nim do końca.
I teraz ten dom miał kosztować połowę tego, co jest wart?
W poniedziałek poszłam do biura pośrednika nieruchomości. Pan Tomasz - młody chłopak, trzydzieści parę lat, uprzejmy - przyszedł, zmierzył, pofotografował, sprawdził okolicę, metraż, stan techniczny. Dwa dni później zadzwonił z wyceną. Kiedy usłyszałam kwotę, musiałam usiąść.
Prawie dwa razy tyle, ile proponował Marcin.
Prawie dwa razy.
Stałam z telefonem w ręku i patrzyłam na zdjęcie na komodzie - Marcin w wieku może dziesięciu lat, w za dużej kurtce, uśmiechnięty, ze Zbyszkiem na działce ROD. Tamten chłopiec nie umiałby policzyć, ile warte jest mieszkanie matki. Tamten chłopiec przynosił mi mniszek lekarski w garści i mówił, że to bukiet.
Ale tamten chłopiec dorósł.
Marcin przyszedł w sobotę. Tym razem bez pączków. Usiadł naprzeciwko mnie przy kuchennym stole, na tym samym krześle co zawsze - tym z podklejoną taśmą nogą - i zapytał:
- No i co, mamo? Przemyślałaś?
Położyłam przed nim kartkę z wyceną pośrednika. Nie powiedziałam ani słowa. Patrzyłam, jak czyta. Jak mu się zmieniają oczy.
- Mamo, to są ceny rynkowe, nikt tyle nie da - zaczął, ale głos mu się zmienił. Ten sam ton co wtedy, gdy jako nastolatek tłumaczył mi, dlaczego w dzienniku jest jedynka. - Poza tym to obcy ludzie tak wyceniają, a my jesteśmy rodziną. W rodzinie się nie zarabia.
- W rodzinie się nie zarabia - powtórzyłam za nim. Powoli. Patrząc mu prosto w oczy. - Więc nie zarabiaj na mnie, synku.
Cisza. Lodówka mruczała w kącie, za oknem ktoś na podwórku wołał dziecko na obiad. Normalny sobotni dzień na Gocławiu.
Marcin wstał. Nie trzasnął drzwiami - schował kartkę do kieszeni kurtki, jakby to był jego dokument, i wyszedł bez pożegnania. Usłyszałam jego kroki na klatce schodowej, potem trzask drzwi na dole, potem silnik samochodu.
Zadzwoniłam do Kasi. Opowiedziałam jej wszystko.
- Dobrze zrobiłaś, mamo - powiedziała. Ale w jej głosie nie było triumfu. Była zmęczona. - Tylko... wiesz, że on się na ciebie obrazi?
Wiedziałam.
Minął miesiąc. Marcin nie dzwoni. Zośka napisała mi SMS-a na imieniny - krótki, z emotikonem serduszka, pewnie nie wie, co się stało. Agnieszka milczy. Na klatce schodowej spotkałam sąsiadkę Halinę, która powiedziała, że widziała Marcina, jak wychodził tamtego dnia, i że „miał taką minę, jakby ktoś mu samochód zarysował".
Siedzę wieczorami w tym swoim trzypokojowym mieszkaniu, w którym jest za dużo miejsca na jedną kobietę. Piję herbatę z cytryną, oglądam teleturnieje, rozmawiam z Kasią przez telefon. Czasem łapię się na tym, że patrzę na ten telefon i czekam, aż wyświetli się „Marcin". Nie wyświetla się.
Koleżanka Bożena z dawnej pracy powiedziała mi, żebym go przeprosiła. „Grażyna, to twój syn, jedyny, nie możesz się z nim kłócić o pieniądze." Inna koleżanka, Lucyna, powiedziała: „Dobrze, że mu nie dałaś, bo by cię zeżarł i jeszcze pretensje miał".
A ja nie wiem, kto ma rację. Wiem tylko, że mam sześćdziesiąt trzy lata, mieszkanie warte tyle, ile warte, i syna, który nie odbiera telefonu. I że na komodzie stoi zdjęcie chłopca z mniszkiem lekarskim w garści, a ja nie potrafię na nie patrzeć bez bólu.
Może powinnam była się zgodzić. Może te pieniądze nie są warte tej ciszy. A może właśnie są - bo jeśli syn widzi w matce okazję, to czym jest ta cisza naprawdę?