Synowa pożyczyła ode mnie pięć tysięcy - „na zaległy ZUS firmy, tylko Markowi nie mów, załamie się". Oddaje po dwieście, w kopertkach, przy powitaniu. W niedzielę Marek rzucił przy stole: „my tam długów nie mamy - to mama coś przed nami kręci?". Trzymam i kopertę, i tajemnicę.
Kopertę z ostatnią ratą - dwieście złotych w banknotach po pięćdziesiąt - schowałam do torebki tak szybko, że aż mi się zamek zaciął. Ania uścisnęła mnie w progu jak zawsze, pocałowała w policzek, podała mi Zosię na ręce. Wnuczka pachniała malinowym szamponem.
A ja stałam z tą kopertą w torebce i udawałam, że wszystko jest w porządku.
Dopiero w autobusie, linią 174 z Bemowa na Bielany, otworzyłam ją. Cztery banknoty. Na jednym, tym na wierzchu, Ania dopisała ołówkiem: „Dziękuję, mamo". Nikt mnie tak nie nazywał oprócz Marka. Poczułam ciepło i natychmiast po nim - ukłucie. Bo kłamałam. Kłamałam własnemu synowi od trzech miesięcy.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem z nich przepracowałam w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Żoliborzu. Wiem, jak wyglądają zaległości w ZUS-ie. Wiem, ile kosztuje spokój. I wiem, że tajemnice w rodzinie są jak wilgoć w ścianach - na początku nie widać, a potem tynk leci.
Marek to moje jedyne dziecko. Urodził się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat, trzy lata po ślubie z Andrzejem. Andrzej odszedł, kiedy Marek miał dwanaście lat - nie do innej kobiety, po prostu odszedł. Pewnego dnia wziął torbę i powiedział: „Bożena, ja tak dalej nie potrafię". Wychowałam syna sama. Działka na ROD-ach w Kielczynie, dwupokojowe mieszkanie na Bielanach, rower, dobre stopnie, studia techniczne. Marek wyrósł na porządnego człowieka. Ożenił się sześć lat temu z Anią, która prowadziła mały salon fryzjerski na Woli.
Kiedy trzy miesiące temu zadzwoniła do mnie Ania z prośbą o pieniądze, byłam akurat na działce. Przycinałam porzeczki, radio grało Marylę Rodowicz, dzień pachniał ciepłą ziemią. Numer Ani na wyświetlaczu - to rzadkość. Zwykle to Marek dzwonił.
- Mamo, mogę o coś poprosić? Tylko że to między nami.
Głos miała napięty jak struna. Poprosiła o pięć tysięcy na zaległy ZUS firmy. Salon przynosił coraz mniej, a od trzech miesięcy - jak powiedziała - nie opłacała składek. Marek o tym nie wiedział. „On się tak martwi o wszystko, dostanie ataku paniki. Oddam, mamo, słowo. Po dwieście, co miesiąc."
Pomyślałam o Andrzeju. O tym, jak odkryłam trzy lata po jego odejściu, że zostawił dług u brata na osiem tysięcy. Pięć lat go spłacałam. Dług, o którym nic nie wiedziałam. I pomyślałam: nie. Nie będę tą teściową, która odmawia pomocy. Przelałam pieniądze następnego dnia.
Ania oddawała tak, jak obiecała. Za każdym razem, gdy przychodziłam na Bemowo w niedzielę, czekała przy drzwiach chwilę wcześniej niż Marek. Kopertka wsuwana do mojej torebki z szybkością doświadczonej kieszonkowej. Marek w kuchni kroił chleb i nie widział.
Pierwszy miesiąc było łatwo. Drugi - trudniej, bo Marek zapytał przy obiedzie: „Mamo, czemu ty się ostatnio z Anią tak szepczesz?". Odwróciłam to jakimś żartem o przepisie na szarlotkę. W trzecim miesiącu zaczęłam źle spać. Budziłam się o czwartej z myślą: co będzie, jeśli się dowie nie ode mnie?
A potem nadeszła ta niedziela.
Siedzieliśmy we czwórkę plus Zosia w wysokim krzesełku. Ania zrobiła rosół z makaronem, taki jak lubię - cienkim, krajankowym. Marek był w dobrym humorze, opowiadał o nowym projekcie w biurze. Zosia rzucała marchewką na podłogę. Normalny, spokojny obiad.
I wtedy Marek odłożył łyżkę i powiedział to.
- Wiesz, mamo, my z Anią ostatnio przejrzeliśmy nasze finanse. Wszystko się zgadza, żadnych długów, żadnych zaległości. A ty coś gromadzisz, odkładasz, z tymi kopertkami - Krysia z trzeciego piętra mi powiedziała, że widziała, jak chowasz pieniądze do szuflady. Ty coś przed nami kręcisz?
Cisza. Zosia przestała rzucać marchewką. Ania patrzyła w talerz. Ja patrzyłam na Anię.
Miałam dwie sekundy na decyzję. Dwie sekundy, w których przewinęło mi się przez głowę wszystko - te cztery banknoty z ołówkowym „Dziękuję, mamo", Andrzej z torbą w drzwiach, dług u brata, nieprzespane noce. Patrzyłam na synową, która ścisnęła serwetki w pięść pod stołem tak mocno, że aż jej knykcie pobielały.
- Odkładam na remont łazienki - powiedziałam. - Chciałam was poprosić o pomoc przy wyborze kafelków, ale jakoś mnie wstyd było, bo to taka głupota, wydawać na emeryturze.
Marek się zaśmiał. „Mamo, od tego masz syna!". Ania podniosła wzrok. Nasze oczy się spotkały na ułamek sekundy. Widziałam w nich coś - ulgę i coś jeszcze, czego nie umiałam nazwać. Może wstyd. Może wdzięczność. A może strach, że następnym razem mi się nie uda tak szybko wymyślić odpowiedzi.
Wróciłam do domu o szóstej. Zdjęłam buty, postawiłam czajnik. Wyjęłam z torebki pustą kopertę po ostatniej racie. Ania oddała już trzy tysiące dwieście. Zostało tysiąc osiemset. Na karteczce, którą znalazłam na dnie koperty, było napisane: „Ostatnią oddam przed Wielkanocą. Przepraszam za wszystko".
Usiadłam przy kuchennym stole i pomyślałam, że nie wiem, za co dokładnie przeprasza. Za dług? Za kłamstwo? Za to, że wciągnęła mnie w spisek przeciwko mojemu własnemu dziecku?
A może ja powinnam przepraszać? Bo przecież to ja zdecydowałam. Ja pożyczyłam. Ja milczałam. I ja przed chwilą skłamałam synowi prosto w oczy, patrząc na niego ponad talerzem rosołu, który mi ugotowała kobieta, z którą wspólnie go okłamujemy.
Herbata wystygła. Koperta leżała na stole. Telewizor w sąsiednim pokoju nadawał wieczorne wiadomości. A ja myślałam o tym, że za miesiąc znowu przyjdę na Bemowo, znowu będzie kopertka, znowu będzie rosół i uśmiech Marka, który nie wie.
I że jest tylko jedno pytanie, na które nie znam odpowiedzi: kiedy to kłamstwo zacznie kosztować więcej niż te pięć tysięcy?
Bo pieniądze Ania odda. Ale czy odda mi spokojne sumienie - tego już nie jestem pewna.