Mieszkanie przepisałam trzy lata temu - „nic się nie zmieni, mamo". W październiku synowa położyła na stole wyliczenie: „media rosną, dokładaj się osiemset miesięcznie, symbolicznie". Symbolicznie płacę za ściany, które kupiliśmy ze Stefanem. Mecenas przeczytał akt: służebności nie wpisano. Wpisujemy - sądownie.
Kartka leżała między cukiernicą a serwetnikiem - wydrukowana na drukarce, z nagłówkiem „Koszty utrzymania lokalu - podział", tabelka w Excelu, kwoty rozbite na pozycje. Ogrzewanie, woda, prąd, wywóz śmieci, fundusz remontowy.
Na samym dole, pogrubioną czcionką: „Udział Mamy - 800 zł/mies." Mamy. Z dużej litery, jakby to było imię, a nie tytuł, który kiedyś coś znaczył.
Patrycja nawet nie usiadła, kiedy to kładła. Stała w drzwiach kuchni w tym swoim szarym dresie od biegania, z telefonem w ręku, jakby między jednym a drugim powiadomieniem znalazła chwilę, żeby mi zakomunikować nowe zasady. „Pogadamy wieczorem, jak Marek wróci" - rzuciła i zniknęła na korytarzu. Usłyszałam, jak zamykają się drzwi ich sypialni. Tej sypialni, w której przez trzydzieści osiem lat spałam ze Stefanem.
Marek to mój syn. Jedynak. Czterdzieści dwa lata, inżynier budowlany w firmie deweloperskiej pod Wrocławiem. Patrycja - analityczka finansowa, pracuje zdalnie, więc jest w domu cały dzień. Razem od dwunastu lat, ślub wzięli w kościele na Ostrowie Tumskim, pamiętam, bo Stefan jeszcze żył i mówił, że w życiu nie widział piękniejszego wesela.
Półtora roku później Stefan odszedł - rak trzustki, szybko, brutalnie, bez pożegnań. Zostałam w tym mieszkaniu sama. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na park Szczytnicki. Kupiliśmy je ze Stefanem w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, za wszystkie oszczędności i pożyczkę od brata Stefana, której spłacanie trwało sześć lat.
Trzy lata temu Marek powiedział, że chcą mieć dziecko. Że Patrycja potrzebuje większego metrażu, bo pracuje z domu. Że ich kawalerka na Krzykach to za mało. „Mamo, przepisz mieszkanie na mnie, zamieszkamy razem, będę się tobą opiekował. Nic się nie zmieni." Siedziałam wtedy na tym samym krześle co teraz i patrzyłam na niego - na tę twarz tak podobną do Stefana, na te same ciemne oczy - i myślałam: przecież to mój syn. Przecież nie muszę się zabezpieczać przed własnym dzieckiem.
Poszliśmy do notariusza w lutym. Akt darowizny. Notariusz pytał, czy wpisać służebność osobistą mieszkania - prawo dożywotniego zamieszkiwania.
Marek machnął ręką. „Panie mecenasie, to moja matka, no co pan." A ja? Ja się uśmiechnęłam. Bo mi było głupio. Bo pomyślałam, że żądanie służebności to jak powiedzenie synowi: nie ufam ci. I podpisałam bez tego zapisu. Notariusz spojrzał na mnie ponad okularami, ale nic nie powiedział. Miał obowiązek pouczyć, pouczył. Mój wybór.
Przez pierwszy rok było dobrze. Patrycja urządziła pokój dziecięcy z mojej dawnej sypialni - ja przeniosłam się do mniejszego pokoju, tego z oknem na podwórko.
Gotowałam obiady, bo Patrycja pracowała do trzeciej, a Marek wracał dopiero o szóstej. Kiedy urodziła się Hania, pomagałam przy kąpielach, wstawałam w nocy, żeby Patrycja mogła spać. Byłam potrzebna. A potem Hania skończyła rok i Patrycja powiedziała, że chce „ustalić granice".
Granice wyglądały tak: nie wchodzę do pokoju dziecięcego bez pukania. Nie podaję Hani jedzenia, którego Patrycja nie zatwierdziła. Nie opowiadam bajek o aniołkach, bo wychowują laicko. Nie włączam telewizora po dwudziestej, bo Hania słyszy przez ścianę. Połknęłam to wszystko. Myślałam - młoda matka, hormony, stres. Przejdzie.
Nie przeszło. Zaczęło narastać. Drobne uwagi przy śniadaniu. „Mamo, mogłabyś nie zostawiać butów na wycieraczce, Hania się potyka." „Mamo, twój krem do rąk pachnie za mocno, dziecko kicha." Marek milczał. Jadł kanapki i patrzył w telefon. Kiedy próbowałam z nim porozmawiać na osobności, mówił: „Mamo, nie wyolbrzymiaj. Patrycja ma rację, trzeba się dostosować."
Dostosować. W mieszkaniu, za które pracowałam trzydzieści lat. W kuchni, w której nauczyłam Marka robić jajecznicę. Na balkonie, na którym Stefan hodował pomidory w doniczkach. Ale dobrze - dostosowywałam się. Bo miałam emeryturę dwa tysiące czterysta złotych i dokąd miałam iść?
A potem przyszedł październik i ta kartka z tabelką.
Osiemset złotych. Jedna trzecia mojej emerytury. Za „media". Patrycja tłumaczyła wieczorem, spokojnie, rzeczowo, jak na zebraniu w korporacji. „Proszę pani" - bo nagle przestałam być „mamo" - „proszę pani, to jest uczciwy podział kosztów. Pani korzysta z łazienki, kuchni, ogrzewania. To nie jest kwestia emocji, to jest kwestia matematyki."
Marek siedział obok i kiwał głową. Nie patrzył mi w oczy. Kiwał głową i obracał obrączkę na palcu. Tę samą obrączkę, którą Stefan nosił przed nim - po śmierci ojca Marek poprosił, żeby ją przerobić na jego rozmiar. Wtedy mnie to wzruszyło. Teraz patrzyłam na ten gest i czułam coś zimnego w żołądku.
Następnego dnia zadzwoniłam do Lucyny. Lucyna to moja kuzynka, starsza o trzy lata, mieszka w Poznaniu. Całe życie pracowała na poczcie, więc o papierach wie tyle, co niejeden urzędnik. Wysłuchała mnie w ciszy. Potem powiedziała jedno zdanie: „Halina, idź do prawnika. Jutro."
Poszłam. Mecenas Grabowski, kancelaria na Rynku, drugie piętro, skrzypiące schody. Starszy pan, siwe włosy, biurko zasypane aktami. Przeczytał akt darowizny dwa razy. Zdjął okulary, przetarł je chusteczką. „Pani Halino" - powiedział wolno - „służebności osobistej mieszkania nie wpisano. Formalnie jest pani w tym mieszkaniu… gościem. Syn może panią wymeldować."
Wymeldować. To słowo uderzyło mnie tak, jakby ktoś przewrócił szklankę z wrzątkiem na kolana. Wiedziałam to. Gdzieś głęboko wiedziałam to od początku. Ale usłyszeć to od prawnika, w gabinecie pachnącym starymi papierami i kawą z ekspresu - to było coś zupełnie innego.
Mecenas mówił dalej. Że mogę złożyć wniosek do sądu o ustanowienie służebności osobistej. Że jest orzecznictwo - darowizna mieszkania, brak wpisanej służebności, sąd może ją ustanowić, jeśli wykaże się, że taka była wola stron. Że będzie trudno, bo Marek może zaprzeczyć. Że potrwa to miesiące, może rok.
„A jeśli syn się zgodzi dobrowolnie?" - zapytałam.
Mecenas pokręcił głową. „Gdyby chciał, toby pani tu nie siedziała."
Wrócłam do domu - do ich domu, bo to już było ich mieszkanie - i przez trzy dni nie powiedziałam nikomu ani słowa. Gotowałam obiady. Kąpałam Hanię, kiedy Patrycja pozwalała. Sprzątałam łazienkę po dwudziestej drugiej, żeby nikogo nie budzić. A w nocy leżałam w ciemności i myślałam o Stefanie. Co by powiedział? Pewnie krzyknąłby na Marka tak, że by ściany zatrzęsły. Ale Stefana nie ma. Jest tylko cisza w małym pokoju z oknem na podwórko i świszczący kaloryfer, za który mam teraz płacić osiemset złotych miesięcznie.
W piątek zadzwoniłam do mecenasa Grabowskiego i powiedziałam: „Wpisujemy. Sądownie."
Marek jeszcze nie wie. Patrycja tym bardziej. Pozew leży w teczce w mojej szafce nocnej, pod stosem starych zdjęć ze Stefanem. Mecenas powiedział, żeby się nie spieszyć, że mam czas na decyzję. Ale ja już podjęłam decyzję. Problem w tym, że kiedy to zrobię - kiedy Marek dostanie wezwanie do sądu - coś się między nami skończy. Coś, czego żaden wyrok nie naprawi.
Wczoraj wieczorem Hania przybiegła do mojego pokoju w piżamce w misie, wdrapała się na łóżko i powiedziała: „Babciu, poczytaj mi." Czytałam jej o Koziołku Matołku, tym starym, jeszcze z mojego dzieciństwa. Patrycja zajrzała do pokoju, ale nic nie powiedziała. Tylko stała w drzwiach i patrzyła.
Nie wiem, co zobaczyła. Starą kobietę, która zajmuje pokój i zużywa media? Czy matkę swojego męża, która kocha tę wnuczkę tak mocno, że boli?
Teczka leży w szafce. Czekam na poniedziałek.