Blok głosuje nad dociepleniem - rata na dziesięć lat. Syn: „głosuj na nie, mamo, po co ci to - a my potem odziedziczymy koszty". Zagłosowałam na tak: „po co mi to? Mieszkam tu. I zamierzam mieszkać ciepło". Syn obraził się o koszty. Odziedziczy ocieplony blok i rachunki o połowę mniejsze. Proszę bardzo.

Kartka do głosowania leżała na stole kuchennym trzy dni. Trzy dni obracałam ją w palcach, piłam nad nią herbatę z cytryną i patrzyłam przez okno na szary blok naprzeciwko, który docieplili rok temu. Wyglądał teraz jak nowy. A nasz - z popękanym tynkiem i pleśnią pod oknami na parterze - wyglądał jak jego starszy, chory brat.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu dwóch mieszkam w tym samym bloku na poznańskim Ratajach. Trzecie piętro, trzy pokoje, balkon na zachód. Wprowadziliśmy się tu z Tadeuszem jeszcze przed narodzinami Marcina.

Tadeusz umarł sześć lat temu - rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do końca. Od tamtej pory mieszkam sama. I jakoś nie zamierzam się stąd ruszać, mimo że Marcin regularnie powtarza, że powinnam sprzedać i kupić coś mniejszego.

Zebranie wspólnoty było w czwartek, o osiemnastej, w świetlicy na parterze. Przyszłam kwadrans wcześniej, bo chciałam usiąść przy oknie - lubię wiedzieć, kto wchodzi. Pan Wojciech z zarządu przedstawił oferty trzech firm, pokazał wyliczenia. Rata - sto osiemdziesiąt złotych miesięcznie na mieszkanie mojej wielkości. Przez dziesięć lat. Do tego fundusz remontowy, który i tak płacimy. Razem - jakieś trzysta czterdzieści.

- A rachunki za ogrzewanie? - spytała Bożena z czwartego piętra, ta, co zawsze siedzi w pierwszym rzędzie.

- Spadną o czterdzieści do pięćdziesięciu procent - odpowiedział pan Wojciech. - Mam tu symulacje z bloku obok, tego po dociepleniu. Mogę pokazać.

Już wtedy wiedziałam, że zagłosuję na tak. Zimą w moim mieszkaniu jest zimno. Nie mroźno, nie dramatycznie, ale tak uparcie, przenikliwie zimno, że od listopada do marca chodzę w dwóch swetrach i wełnianych skarpetkach. Kaloryfery grzeją na pełnych obrotach, rachunki rosną, a ciepło ucieka przez ściany jak przez sito. Tadeusz zawsze mówił, że to kwestia starej stolarki, ale okna wymieniliśmy piętnaście lat temu i nic się nie zmieniło. Problem jest w ścianach. Wiedzieliśmy to oboje. Tylko że za Tadeusza wspólnota nie chciała słyszeć o dociepleniu.

Zadzwoniłam do Marcina w piątek rano. Chciałam mu powiedzieć, pochwalić się nawet, że w końcu coś ruszy. Że może następną zimę przeżyję bez tych dwóch swetrów.

- Mamo, ile to będzie kosztować? - zapytał od razu. Nie „o, fajnie". Nie „nareszcie". Ile kosztować.

Powiedziałam mu o racie. O dziesięciu latach. O rachunkach, które spadną.

Cisza. Potem usłyszałam, jak wzdycha. To westchnienie znałam - Marcin tak wzdycha, kiedy uważa, że robię coś głupiego, ale jeszcze szuka uprzejmego sposobu, żeby mi to powiedzieć.

- Mamo, ty masz sześćdziesiąt cztery lata - powiedział w końcu. - Rata na dziesięć lat. Po co ci to? Zagłosuj na nie.

Zamarłam z kubkiem przy ustach.

- Jak to po co mi to? Mieszkam tu, Marcin.

- No właśnie, mamo. Mieszkasz. Ale pomyśl racjonalnie. Dziesięć lat raty. A potem my z Agnieszką to odziedziczymy - mieszkanie z kosztami, z obciążeniem. Nie mówię, że jutro, broń Boże, ale trzeba patrzeć praktycznie.

Praktycznie. Mój syn patrzył praktycznie na moje mieszkanie. Na moje mieszkanie, w którym stawiał pierwsze kroki, w którym miał swój pokój z plakatami Legii na ścianie, w którym jadł moje pierogi i odrabiał lekcje przy tym samym stole, na którym teraz leżała kartka do głosowania. Patrzył na nie jak na pozycję w bilansie.

Nie krzyknęłam. Nie płakałam. Powiedziałam tylko:

- Marcin, ja zamierzam tu mieszkać. I zamierzam mieszkać ciepło. Zagłosuję na tak.

- No to zagłosuj - odparł sucho. - Ale potem nie mów, że cię nie uprzedzałem.

Rozłączył się. Albo ja się rozłączyłam. Nie pamiętam. Pamiętam za to, że usiadłam przy stole i przez dłuższą chwilę wpatrywałam się w tę kartkę. I myślałam o tym, kiedy mój syn zaczął widzieć moje mieszkanie jako swoją przyszłą własność. Kiedy zaczął liczyć, co jest mi potrzebne, a co nie - na podstawie tego, ile lat statystycznie mi zostało.

Zagłosowałam na tak. Wspólnota przegłosowała docieplenie większością - siedemdziesiąt dwa procent za. Bożena z czwartego piętra klaskała. Pan Wojciech odetchnął z ulgą. Ja wróciłam do mieszkania, zrobiłam sobie herbatę i usiadłam na balkonie, choć wieczór był jeszcze chłodny. Kwiecień w Poznaniu potrafi być złośliwy.

Marcin nie dzwonił przez dwa tygodnie. To nasza najdłuższa cisza od czasu, kiedy miał dwadzieścia lat i pokłócił się z Tadeuszem o ten nieszczęsny samochód. Wreszcie napisał SMS-a: „Cześć mamo, jak tam zdrowie?". Nic o dociepleniu. Nic o głosowaniu. Odpisałam: „Dobrze. Mają zacząć rusztowania w czerwcu". Nie odpowiedział.

Agnieszka, synowa, zadzwoniła w niedzielę. Rozmowa była uprzejma, ciepła nawet. Pytała o ciśnienie, o wizyty u lekarza, o to, czy potrzebuję czegoś z Ikei - bo akurat jechali. Ani słowem o dociepleniu. Ale pod koniec powiedziała coś, co mi się wbiło pod skórę:

- Wie pani, mamo, Marcin się po prostu martwi. On nie chciał pani urazić. On myśli o przyszłości.

O czyjej przyszłości - chciałam zapytać, ale ugryzłam się w język. Podziękowałam i pożegnałam się.

Wczoraj spotkałam na klatce sąsiadkę, panią Krystynę z pierwszego piętra. Ma siedemdziesiąt osiem lat, chodzi o lasce, ale głowę ma jak brzytwa. Opowiedziałam jej o Marcinie - nie wiem czemu, jakoś samo wyszło, przy skrzynkach pocztowych.

Pokiwała głową i powiedziała:

- Halinka, moja Jola mi kiedyś powiedziała, że zamiast wydawać na nowe okna, lepiej odłożyć te pieniądze „na potem". Wiesz, na jakie potem? Na takie, kiedy mnie już nie będzie. Wymieniłam okna. A Jola się przyzwyczaiła.

Uśmiechnęłam się. Pani Krystyna dodała jeszcze:

- Oni nas kochają, Halinka. Ale czasem mylą kochanie z liczeniem.

Stoję teraz na balkonie, patrzę na rusztowania, które zaczęli stawiać dwa dni temu. Robotnicy w pomarańczowych kaskach montują metalowe rury, śmieją się i palą papierosy na dole. Blok będzie piękny. Ciepły. Mój blok.

Marcin przyjedzie w niedzielę na obiad. Robię rosół i schabowe - jego ulubione. Nie zamierzam przepraszać. Nie zamierzam tłumaczyć. Postawię talerz, naleję zupy i będę czekać, czy syn zobaczy przy tym stole swoją matkę - czy metraż do odziedziczenia.

Rata wynosi sto osiemdziesiąt złotych. Tyle co dwa razy do fryzjera. Stać mnie. I zamierzam tu mieszkać ciepło. A co będzie za dziesięć lat - to już nie jest pytanie do Marcina.