Moje łóżko „za szerokie na ten pokój" wymienili na kanapę z funkcją spania - „nowocześnie, i goście się zmieszczą". Goście to oni, dwa razy w roku. Ja na funkcji śpię co noc: sprężyna przy biodrze, rozkładanie na kolanach. Łóżko poszło „po znajomości". Sen poszedł z nim.

Wieczorem rozkładam kanapę i za każdym razem muszę przesunąć stolik pod okno, bo inaczej się nie zmieści. Rano składam, przesuwam stolik z powrotem. Czasem bolą mnie kolana tak, że klękam na podłodze i odpoczywam, zanim wstanę. Mam sześćdziesiąt dwa lata, przepracowałam trzydzieści osiem lat w księgowości i nigdy nie sądziłam, że codzienny sen stanie się moim największym problemem.

Zaczęło się w lutym, kiedy syn Tomek z synową Patrycją przyjechali na weekend. Mieszkają we Wrocławiu, ja w Poznaniu, w bloku na Ratajach - trzy pokoje, kuchnia, balkon. Henryk, mój mąż, odszedł pięć lat temu. Zawał, w nocy, cicho - nawet nie zdążyłam się obudzić. Od tamtej pory mieszkam sama. Tomek jest jedynym dzieckiem, które mi zostało.

W lutym weszli do mojej sypialni, rozejrzeli się i Patrycja powiedziała: „Mamo, ale tu ciasno. To łóżko zajmuje cały pokój. Przecież jak przyjeżdżamy z Olkiem, nie ma gdzie się obrócić".

Olek to mój wnuk, sześć lat, moje słońce. Kiedy przyjeżdżają, śpi ze mną albo na materacu na podłodze. Trzy razy w roku, może cztery. Nigdy mi to nie przeszkadzało.

„Wiesz co, mamo" - Tomek stanął w drzwiach z kawą - „kolega z pracy oddaje super kanapę, prawie nową, z funkcją spania. Szeroka, wygodna, a do tego nowocześnie będzie wyglądało. I jak przyjedziemy, to Olek zmieści się na fotelu, a my tu - bo jest rozkładana".

Chciałam powiedzieć: ale ja tu śpię co noc, nie wy. Chciałam powiedzieć: to łóżko kupiliśmy z Henrykiem dwadzieścia lat temu, ma dobrą sprężynę, twardy materac, dokładnie taki, jaki mi lekarz kazał. Chciałam powiedzieć tyle rzeczy.

Powiedziałam: „No dobrze, jak uważacie".

Łóżko zniknęło w sobotę rano. Przyszedł kolega Tomka z busem, załadowali w dwadzieścia minut. Nawet pościel zabrali - „bo wymiary inne, mamo, nie pasuje". Patrycja umyła podłogę, wstawiła kanapę. Pokój wyglądał jak z katalogu IKEA. Patrycja zrobiła zdjęcie i wrzuciła na Facebooka z podpisem „metamorfoza pokoju teściowej".

Siedemnaście polubień. Koleżanka Patrycji napisała: „Super, nowoczesny styl!". Ja stałam w kuchni i kroiłam cebulę do zupy. Nie płakałam. Cebula tak, ja nie.

Pierwszą noc na kanapie pamiętam dokładnie. Rozłożyłam ją - ciężka, trzeba pociągnąć mocno, a potem nogi wsunąć pod ramę, żeby się nie złożyła z powrotem. Materac cienki, pod nim metalowa konstrukcja. Położyłam się i poczułam sprężynę. Dokładnie w tym miejscu, gdzie leży biodro. Przekręciłam się na drugi bok. Tam druga sprężyna, wyżej. Leżałam na plecach i patrzyłam w sufit.

O trzeciej w nocy wstałam, poszłam do kuchni i zrobiłam herbatę. Siedziałam przy stole i myślałam o tym, jak Henryk zawsze mówił: „Tereniu, kto dobrze śpi, ten dobrze żyje". Henryk był mądrym człowiekiem.

Minął tydzień, potem drugi. Zaczęłam kłaść dodatkowy koc pod prześcieradło - nie pomagało. Kupiłam nakładkę piankową za sto osiemdziesiąt złotych - trochę lepiej, ale kanapa się ugina na środku i budzi mnie zjazd w dół. Bolą mnie plecy. Bolą kolana od rozkładania. Rano jestem zmęczona, jakbym w ogóle nie spała.

Zadzwoniłam do Tomka po trzech tygodniach.

„Synku, ta kanapa nie jest wygodna do spania na co dzień. Może bym kupiła sobie jakieś łóżko, nieduże..."

Cisza. Potem Patrycja w tle - wyraźnie miał głośnik - „Ale mamo, przecież dopiero wstawiliśmy! Jakie łóżko, znowu będzie ciasno!".

Tomek odchrząknął. „Mamo, daj jej czas, przyzwyczaisz się. Naprawdę, to dobra kanapa, Krzyśka żona na niej spała miesiąc i mówi, że super".

Miesiąc. Miesiąc to nie pięć lat. Nie dziesięć. Nie reszta życia.

Nie powiedziałam tego. Powiedziałam: „No dobrze".

To moje dwa ulubione słowa w ostatnich latach. „No dobrze". Na wszystko. Jak Patrycja wyrzuciła moje firanki i powiesiła rolety - „nowocześniej, mamo" - no dobrze. Jak Tomek zamontował mi aplikację w telefonie do umawiania wizyt u lekarza, a ja nie umiem z niej korzystać - no dobrze. Jak powiedzieli, że nie przyjadą na Wielkanoc, bo lecą z Olkiem do Chorwacji - no dobrze, dziecko musi zobaczyć morze.

Ale sen to co innego. Sen to zdrowie. Budzę się trzy, cztery razy w nocy. W pracy - jeszcze pracuję na pół etatu, bo emerytura to tysiąc osiemset, nie wyżyję - mylę cyfry. Ja, księgowa z trzydziestoośmioletnim stażem, mylę cyfry. Szefowa patrzy, nic nie mówi, ale widzę.

W maju przyjechała Lucyna, moja siostra z Kalisza. Zobaczyła kanapę, zobaczyła mnie, zobaczyła cienie pod oczami.

„Terenia, ty na tym śpisz?"

Opowiedziałam jej. Lucyna usiadła na kanapie, wstała, pokręciła głową.

„I co, Tomek wie?"

„Mówiłam mu".

„I co?"

„I nic. Że się przyzwyczaję".

Lucyna zdjęła okulary, przetarła je rąbkiem bluzki. Znam ten gest - robi tak, kiedy zbiera się na awanturę.

„Terenia, to twoje mieszkanie. Twój pokój. Twój sen. Kup sobie łóżko i koniec".

„Ale Patrycja..."

„Patrycja tu nie mieszka. Patrycja tu bywa. Dwa razy w roku".

Wiem to. Oczywiście, że wiem. Problem nie w tym, że nie wiem. Problem w tym, że jeśli kupię łóżko, będzie awantura. Patrycja się obrazi, bo „tyle zachodu, tyle pieniędzy na transport, a teściowa i tak niezadowolona". Tomek będzie w środku. Olek nie przyjedzie na ferie zimowe, bo Patrycja powie, że nie ma gdzie spać. I będę miała łóżko, ale nie będę miała wnuka na święta.

Tak to działa. Nie chodzi o kanapę. Chodzi o to, że w pewnym momencie zaczęłam być gościem we własnym domu.

Wczoraj wieczorem, rozkładając kanapę, złamałam paznokieć i rozcięłam sobie palec o metalowy mechanizm. Stałam z krwawiącym palcem nad rozłożonym posłaniem i nagle zobaczyłam to z boku - sześćdziesięciodwuletnią kobietę, która boi się kupić sobie łóżko, żeby nie stracić syna.

Rano wstałam, wypiłam kawę i otworzyłam w telefonie stronę sklepu meblowego. Wybrałam łóżko - jednoosobowe, z dobrym materacem, dokładnie takie, jakie przepisał mi kręgarz. Dostawą za tydzień. Zapisałam zamówienie, ale nie kliknęłam „kup".

Siedzę teraz przy kuchennym stole i patrzę na ekran telefonu. Za ścianą stoi kanapa, gotowa na gości, którzy przyjadą w sierpniu. Albo nie przyjadą. Kursor miga nad przyciskiem „zamawiam". Palec mnie boli. Plecy mnie bolą. Wszystko mnie boli.

Myślę o tym, co powiedziałby Henryk. Pewnie by powiedział: „Tereniu, kliknij i idź spać". Ale Henryka nie ma. Jest Tomek, jest Patrycja, jest Olek. Jest cisza w telefonie, kiedy mówię, że coś mi nie pasuje.

Nie wiem, czy kliknę. Może jutro.