
Wnuk pisał licencjat o samotności seniorów - nagrał ze mną trzy rozmowy, „mów, jak jest, babciu, będzie anonimowo". Na obronie przeczytał fragment i sala ucichła. Jego matka spytała po wszystkim: „czyja to babcia tak opowiadała?". Odpowiedział: „nasza".
To zdanie - „nasza" - wróciło do mnie kilka dni później, kiedy Bartek zadzwonił i powiedział, że dostał piątkę. Gratulowałam mu, śmiałam się, mówiłam, że jestem dumna. A kiedy się rozłączyłam, usiadłam przy kuchennym stole i siedziałam tak chyba z godzinę. Bo nagle dotarło do mnie, że mój wnuk powiedział na uczelni to, czego nie usłyszała ode mnie ani moja córka, ani mój syn. Że jestem samotna. I że powiedział to publicznie.
Nazywam się Halina, mam siedemdziesiąt cztery lata i od ośmiu jestem wdową. Mieszkam na trzecim piętrze bloku na Ratajach w Poznaniu - tym samym, do którego wprowadziliśmy się z Tadeuszem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim roku. Czterdzieści dwa lata pod tym samym adresem. Tadeusz umarł na raka trzustki, szybko, w pięć miesięcy. Pracowałam wcześniej jako księgowa w spółdzielni, na emeryturę przeszłam w sześćdziesiątym roku życia. Mam dwójkę dzieci: Renatę, która mieszka w Poznaniu, dziesięć minut samochodem, i Marcina, który jest w Warszawie. Bartek to syn Renaty. Dwadzieścia trzy lata, studiuje socjologię.
Kiedy Bartek zadzwonił w styczniu, że pisze licencjat o samotności osób starszych i chciałby ze mną porozmawiać, pomyślałam, że to taki pretekst, żeby babcię odwiedzić. Ucieszyłam się. Upiekłam sernik, nastawiłam herbatę, wyciągnęłam te dobre filiżanki po Tadeuszu, bo Bartek je lubi - mają takie złote obwódki.
Przyszedł z dyktafonem. Małe, czarne pudełko, położył na stole między nami.
- Babciu, mów, jak jest. Będzie anonimowo, nikt się nie dowie. Po prostu opowiedz mi, jak wygląda twój dzień.
I wtedy coś się we mnie odblokowało.
Zaczęłam od poranków. Że budzę się o piątej trzydzieści, bo tak jest od lat, i że najgorsza jest ta pierwsza minuta, kiedy sięgam ręką na drugą stronę łóżka. Odruch. Po ośmiu latach wciąż to robię. Potem wstaję, robię herbatę, włączam radio - Jedynkę, bo lubię słuchać wiadomości, nawet złych, bo to znaczy, że świat jeszcze jest. Jem śniadanie: chleb z masłem, plasterek sera. Czasem jajko. Potem myję naczynia. Sprzątam. Idę na zakupy do Biedronki na rogu. Wracam. Gotuję obiad, choć nie zawsze mam ochotę, bo dla jednej osoby to taki absurd - garnuszek zupy wystarcza na trzy dni.
Bartek słuchał i nie przerywał. Tylko kiwał głową.
Opowiedziałam mu o telefonach. Że Renata dzwoni we wtorki i piątki, zawsze po szóstej, zawsze na pięć minut. „Cześć, mamo, co u ciebie? Dobrze? No to dobrze. A u nas Kacper miał angielski, Bartek coś tam, Darek pracuje nad projektem. No to pa, mamo, dbaj o siebie." Pięć minut. Marcin dzwoni w niedzielę, ale nie co tydzień. Czasem co dwa tygodnie. Czasem co trzy.
- A odwiedziny? - spytał Bartek.
Zaśmiałam się, ale chyba jakoś krzywo, bo spojrzał na mnie tak... uważnie.
- Renata wpada czasem w sobotę, ale rzadko wchodzi. Staje w drzwiach, podaje siatkę z zakupami: „Mamo, kupiłam ci jabłka i tę kaszę, co lubisz." Ja mówię: „Wejdź na herbatę." A ona: „Nie mogę, Darek czeka w samochodzie, jedziemy do Ikei." Albo do Castoramy. Albo gdzieś. Zawsze gdzieś jadą.
Bartek podczas drugiej rozmowy - przyszedł tydzień później - zapytał mnie o coś, co mnie zaskoczyło.
- Babciu, czy ktoś wie, że jesteś samotna?
- Oczywiście, że wiedzą - odpowiedziałam. - Mieszkam sama, to chyba widać.
- Nie o to pytam. Czy ktoś wie, jak to naprawdę wygląda? Że na przykład w Wigilię siedzisz sama?
Zamilkłam. Bo to nie była prawda. Na Wigilię zawsze jadę do Renaty. Siadam przy stole, jem barszcz, łamię się opłatkiem, daję prezenty. Ale Bartek miał rację w inny sposób. Na Wigilię dwadzieśmy trzeciego roku Renata posadził mnie na końcu stołu, przy ścianie, bo „tam jest cieplej, mamo". Siedzieli z Darkiem i dziećmi na drugim końcu. Kacper grał na tablecie. Darek sprawdzał telefon. Renata biegała między kuchnią a salonem. I ja siedziałam tam z talerzem barszczu i myślałam: jestem tu ciałem, ale jakby mnie nie było, nikt by nie zauważył przez pierwszą godzinę.
To powiedziałam Bartkowi. I że tego wieczoru, kiedy Darek odwiózł mnie do domu, stałam w przedpokoju z reklamówką, w której była resztka sernika od Renaty, i płakałam. Nie z żalu do nich. Z żalu do siebie, że nie potrafię o tym powiedzieć.
Trzecia rozmowa była najkrótsza. Bartek zapytał, czego się boję.
- Że umrę i nikt się nie zorientuje przez kilka dni - powiedziałam. - Sąsiadka z dołu, pani Lucyna, ma klucz. Ale ona ma osiemdziesiąt lat i sama ledwo chodzi. Więc realistycznie - Renata zadzwoniłaby we wtorek. Gdybym umarła w środę, to prawie tydzień.
Bartek odłożył wtedy dyktafon, wstał i mnie przytulił. Długo. Pachniał jakimś młodzieżowym dezodorantem i wiatrem, bo przyjechał na rowerze. I powiedział cicho: „Przepraszam, babciu."
Nie wiedziałam, za co przeprasza. Może za to, że sam też dzwonił rzadko. Może za całą rodzinę. Nie pytałam.
Potem był kwiecień i obrona. Bartek nie mówił mi, że przeczyta mój fragment. Dowiedziałam się od niego już po fakcie - zadzwonił podekscytowany, mówił o ocenie, o pytaniach komisji. A potem dodał takim innym głosem:
- Wiesz, babciu, mama była na obronie. I jak przeczytałem twój fragment - ten o Wigilii i o tym, że nikt by nie zauważył - to na sali zrobiło się cicho. Naprawdę cicho. A po obronie mama podeszła i spytała: „Czyja to babcia tak opowiadała?"
- I co powiedziałeś?
- Powiedziałem: „Nasza."
Cisza w słuchawce. Moja i jego.
- I co mama?
- Nic nie powiedziała. Wyszła na parking i siedziała w samochodzie. Chyba z dziesięć minut.
Od obrony minęły trzy tygodnie. Renata nie zadzwoniła ani razu. Ani we wtorek, ani w piątek. Nie przyjechała z siatką jabłek. Cisza. Kompletna.
Myślałam, że jest zła. Że poczuła się upokorzona. Że to, co powiedziałam wnukowi, odebrała jako akt oskarżenia. Może miała rację. Może to było oskarżenie - nie wiem. Wiem, że mówiłam prawdę.
A potem, w niedzielę rano, zadzwonił domofon. Otworzyłam drzwi i stała tam Renata. Bez siatki, bez jabłek, bez Darka czekającego w samochodzie. Sama. W oczach miała coś, czego dawno nie widziałam - jakby się bała.
- Mogę wejść? - zapytała. Tak jakoś cicho, jakby nie była pewna, czy ma prawo.
Wpuściłam ją. Nastawiłam herbatę. Wyjęłam te filiżanki ze złotymi obwódkami. Usiadłyśmy naprzeciwko siebie przy tym samym stole, na którym jeszcze niedawno leżał dyktafon Bartka.
Renata wzięła filiżankę w obie dłonie i powiedziała:
- Mamo, dlaczego nigdy mi tego nie powiedziałaś?
A ja patrzyłam na nią i myślałam: a ty, córko, dlaczego nigdy nie zapytałaś?
Nie powiedziałam tego na głos. Jeszcze nie. Piłyśmy herbatę w ciszy, która tym razem nie była pusta. Tylko bardzo ciężka. I nie wiem, co z niej wyrośnie - rozmowa czy kolejne milczenie. Ale Renata siedziała przy moim stole i nie spieszyła się do Ikei. I to był, jak myślę, jakiś początek. Albo przynajmniej koniec udawania, że wszystko jest dobrze.